J.J. ze stali
To historia jak z bajki. J.J. Spaun, chwilę temu nieszczególnie znany i nie będący typem herosa, w niesłychanych okolicznościach sięgnął po jedno z największych trofeów w golfie, zostając mistrzem U.S. Open.
J.J. Spaun zwycięża w Oakmont. Fot. Facebook U.S. Open Championship.
Zaczął z rozmachem
Tydzień rozpoczął się od prowadzenia 34-letniego J.J. Spauna, który na dzień dobry wystrzelił z rundą 66, prowadząc jednym uderzeniem przed Thristonem Lawrence'em. Wiele osób myślało wtedy, że Amerykanin wyskoczył jak z konopi i pewnie tyle go widziano w czołówce. Mając na uwadze, to co wyczyniał w The Players, gdzie uległ McIlroyowi dopiero w poniedziałkowej dogrywce oraz znając jego wypowiedzi wyjaśniające, że im bardziej stresujące okoliczności, tym potrafi się lepiej skoncentrować – można było być innego zdania i wierzyć, że będzie liczył się także w niedzielę.
– Potrafię występować na największych arenach i radzić sobie z presją – powiedział wtedy lider. – W tym tygodniu również będzie dużo presji i mam nadzieję, że będę mógł polegać na tych doświadczeniach.
W piątek zabłysnął Sam Burns, przebijając nawet czwartkowy wynik Spauna jednym uderzeniem. Burns jest gwiazdą Ryder Cup, na koncie ma pięć tytułów PGA Tour i zwykle, kiedy łapie formę, pozostaje dość niewzruszony. Spaun o Ryder Cup mógł do tej pory głównie śnić, a wygrywał tylko raz w lidze – trzy lata temu w Valero Texas Open. Trzymał się jednak dzielnie, zajmując na półmetku drugie miejsce, jedno uderzenie za Burnsem. Ten ostatni w sobotę wciąż prowadził jednym strzałem, a na podium wdarł się 44-letni Adam Scott, dzieląc drugą pozycję z J.J. Spaunem. W niedzielę grał w przedostatniej grupie, razem z Viktorem Hovlandem, a stawkę zamykali „Sammy” i „Scotty”. Powiedzieć, że niedziela była thrillerem, to tyle, co nic nie powiedzieć.
Niedzielne trzęsienie ziemi
Rozpoczął dzień nie najlepiej. Koszmarne sześć pierwszych dołków, na których zaliczył pięć soczystych bogeyów, spowodowały, że szybko spadł w niebyt klasyfikacji i w zasadzie można było o nim zapomnieć. Na szczęście dla niego wkrótce nadeszła burza, a po ponad półtoragodzinnej przerwie w grze wrócił jak nowo narodzony. Od tego momentu grał fantastycznie, pnąc się mozolnie w klasyfikacji. Czołówka gęstniała. Dość powiedzieć, że po dwunastu dołkach Burnsa i Scotta na prowadzeniu z wynikiem +1 było pięciu rywali – Burns, Scott, Spaun, Tyrrell Hatton, Carlos Ortiz. Uderzenie straty do nich mieli Viktor Hovland i Robert MacIntyre, Scottie Scheffler był +3, a Jon Rahm +4! W tym momencie nie można było nawet zgadywać, kto może wyjść z tego kotła jako zwycięzca. Posypał się Australijczyk, zapisując na pięciu ostatnich dołkach: bogey-bogey-doble bogey-par-bogey i spadając na miejsce 12. Rozsypał się Burns, po tym, jak na piętnastce zaliczył double bogeya – po mocno kontrowersyjnej, a nawet skandalicznej decyzji sędziego o nieprzyznaniu mu uwolnienia od piłki znajdującej się ewidentnie w kałuży. Od tej pory zagrał bogeya, jakimś cudem birdie, i bogeya na koniec, kiedy nie miało to już znaczenia, bo turniej należał wtedy do jego rodaka. Tyrrell finiszował dwoma bogeyami, do końca walczył Hovland, wysoko był Rahm, Cameron Young, Carlos Ortiz, działo się! Jakby tego było mało, do rozgrywki o tytuł włączył się Szkot Robert MacIntyre, który zakończył swoją rundę ponad pół godziny przed Spaunem.
Wymarzone zakończenie
Mniej więcej o drugiej w nocy polskiego czasu na ekranach telewizorów ukazała się zadowolona twarz siedzącego w domu klubowym Szkota, który całkiem zrelaksowany obserwuje, jak piłka Spauna ląduje na ostatnim greenie, strasznie daleko od dołka. Bob wie, że jego rywal ma przed sobą bardzo trudne dwa putty na zwycięstwo. Tuż za jego piłką spadła ta Hovlanda, który będzie puttował jako pierwszy i wskaże tym samym linię Amerykaninowi. Grupa za nimi już się nie liczy, Burns i Scott stracili wszelkie szanse. Hovland gra za daleko, a Spaun ma przed sobą najdłuższe 20 metrów w życiu. Musi zmieścić się w dwóch uderzeniach – inaczej czeka go dogrywka ze Szkotem. Co robi w tej sytuacji? Trafia putta swojego życia – birdie daje mu dwupunktowe zwycięstwo! Od czasu powrotu po burzy zagrał dwa pary na dziesiątce i jedenastce. Później szalał, trafiając birdie na dołkach 12, 14, 17 – po zagraniu turnieju, kiedy to wylądował pierwszym strzałem na greenie na liczącym prawie 300 metrów dołku par 4. Na koniec na ekstremalnie trudnej osiemnastce dorzucił ostatnie birdie! Co bardzo symboliczne, jako jedyny zakończył cztery dni batalii na tym piekielnie trudnym polu z wynikiem minusowym. Jako jedyny pokonał Oakmont z rezultatem -1.
– Samo zakończenie tego w ten sposób to po prostu marzenie – powiedział triumfator. – Patrzysz, jak robią to inni. Widzisz chip Tigera, widzisz putt Nicka Taylora, widzisz inne szalone momenty. Przeżyć swój własny moment w tych mistrzostwach, nie zapomnę tego do końca życia.
Z SOR-u do historii
– Byłem na SOR-ze, bo moja córka miała grypę żołądkową i wymiotowała całą noc – powiedział o sobotnim wieczorze. – To był dość ciężki początek poranka. Nie obwiniam się, ale to w pewien sposób pasowało do tego, co się działo – chaosu.
Grę przerwano, kiedy J.J. był na dziewiątym dołku. Gdy wrócił na pole ponad 90 minut później, zapomniał o wszystkich tych złych momentach. Skupił się na robocie do wykonania. Jego trenerzy mówili mu podczas przerwy: „Stary, po prostu się uspokój. Zwyczajnie pozwól, żeby to do ciebie przyszło, bądź spokojny. Przestań się tak bardzo starać”. Posłuchał tych rad. – To właśnie robiłem. Na początku dnia czułem, że mam szansę, naprawdę dużą szansę na wygranie U.S. Open. Wszystko bardzo szybko się rozwiało. Ale ta przerwa była dla mnie kluczem do zwycięstwa w tym turnieju – podkreślał.
Do tej pory znany był głównie z przegranej dogrywki The Players, gdzie McIlroy rozniósł go w pył na czterech poniedziałkowych dołkach. Świat ponownie przypomniał sobie o nim po tym, jak w czwartek wyskoczył na prowadzenie w Pensylwanii. – Przyjechałem tutaj bez żadnej wcześniejszej historii w Oakmont, nie wiedząc, czego się spodziewać, nawet jeśli chodzi o U.S. Open. To dopiero mój drugi raz. Nie wiem, czy to mnie w jakiś sposób uwolniło – powiedział po pierwszej rundzie. – Jestem po prostu bardzo zadowolony z tego, jak rozpocząłem turniej.
Wcześniej nawet nie wierzył, że to możliwe. Nie wierzył, że jest wystarczająco dobry. – Nigdy nie wiedziałem, jak dobry mogę być – powiedział w obchodzony tego dnia w krajach anglosaskich Dzień Ojca. Teraz już to wie, wie jego córka, przez którą niewiele spał poprzedniej nocy, wiedzą kibice na całym świecie. To był klasyczny U.S. Open. Brutalny i bezkompromisowy. J.J. potrafił rozgryźć Oakmont, zapisując się na kartach historii. Zapamięta każdą spędzoną tam chwilę.
Kasia Nieciak
Wyjątkowy Dzień Ojca. Fot. Facebook U.S. Open Championship.
Chwila zadumy. Fot. Facebook U.S. Open Championship.