I to by było na tyle (?)
BEZ ROZGRZEWKI - Andrzej Grygierczyk
Wybaczcie daleko posuniętą nieskromność – tym razem będzie o mnie. Tytułem usprawiedliwienia: na dniach kończę moją aktywność, przede wszystkim jako redaktor naczelny „Sportu”, w dalszej kolejności – choć nie zarzekam się, że tak na amen, tak definitywnie – jako dziennikarz. Przyczyna? Banalna! Wiek, zdrowie i takie tam... W tym coraz słabsze przystosowanie do dzisiejszych wymogów dziennikarstwa, na czele z koniecznością pojawiania się na fejsbukach, tłiterach, iksach, insta coś tam, tik-tokach czy też tic tacach. No! Niedzisiejszy jestem, jak ci XIX-wieczni robotnicy, co to niszczyli maszyny, bo wychodzili z założenia, że to one pozbawiają ich pracy. Jakby tak zresztą spojrzeć zdroworozsądkowo, to trochę racji mieli, podobnie jak dzisiaj ci, którzy twierdzą, że za chwilę w robocie dziennikarskiej zastąpi ich sztuczna inteligencja zwana AI.
Oczywiście zależy, co kto czyta. Jeśli komuś wystarczy elementarna informacja (wygrał, przegrał, zremisował), to AI będzie jak znalazł, jeśli zaś ktoś woli – na przykład – wywiad z Robertem Talarczykiem (patrz numer czwartkowy „Sportu”) albo – też dla przykładu – świetne, pełne refleksji i humoru wynurzenia naszych stałych współpracowników – Jurka Chromika, Roberta Kiłdanowicza, Wojtka Kuczoka, Michała Listkiewicza – to znaczy, że jego czytelnicze wymagania sięgają dużo dalej i głębiej. I że nie zaspokoi ich AI. No ale czy za 10-20 lat ktoś jeszcze takie wymagania będzie miał? Pewnie ktoś tak, ale ilu tych ktosiów będzie. Czy na tyle, by dało się utrzymywać tytuły prasowe (telewizyjne, radiowe, internetowe), skoro już dzisiaj rządzi coś, co zwą klik-bajt czy jakoś tak. I jak ma się przez to przebić lektura, która wymaga nieco gruntowniejszego przygotowania?
Klimat do pisania (i czytania) mamy zatem taki sobie, z góry zatem można współczuć wszystkim tym, którzy za punkt honoru i szczyt marzeń przyjmą utrzymywanie się z dzielenia treściami z innymi. Swoją drogą z niejakim zdumieniem podchodzę do informacji o tzw. influencerach, którzy dzieląc się poprzez internet z oglądaczami wszystkim, co przydarza się im w życiu, świetnie z tego żyją. I zastanawia mnie, czy tacy giganci dziennikarstwa i prozy w ogóle, jak chociażby Ryszard Kapuściński czy Stefan Kisielewski (takich wielkich nazwisk można wymienić jeszcze dziesiątki) zdołaliby się przebić przez dzisiejszą rozpaczliwie powszechną miałkość; no i stać się dzięki temu milionerami.
To mnie na swój sposób pociesza. Nie przebiłem się – zabrakło wiedzy, talentu, rynkowego rozeznania, a w podtekście dobrego słowa gadanego i pisanego; lata też zrobiły swoje. Nie zostałem w związku z tym milionerem i już nie zostanę.
Jakoś nie żałuję. Dane mi było spędzić w zawodzie 48 lat, a koniecznie muszę dodać, że i teraz nikt mnie nie wyganiał, nie wyzywał od niedzisiejszych starców, nie nakłaniał do odejścia tekstami w rodzaju: „Idź i w końcu zajmij się wnukami”. Jak widać, otoczenie było i jest dla mnie tolerancyjne.
Może jakbym się uparł – i zdrowie pozwoliło – to dotrwałbym do złotych dziennikarskich godów. Ale czuję, że już najwyższa pora oddać stery i miejsce w ukochanej redakcji innym, młodszym, lepiej przystosowanym do dzisiejszych wymogów, lepiej rozumiejącym współczesny świat, w tym współczesne media.
W sumie chodzi o to, by ten mój „Sport” trwał, rozwijał się, dostarczał ważnej i ciekawej lektury tym wszystkim, którzy jeszcze czytają, którzy emocjonują się tą dziedziną życia, którzy poza wynikami chcą wiedzieć coś więcej, którzy dążą do tego, by zapoznać się ze sposobem patrzenia na sport przez różnych autorów. I tak dalej...
Wydawcy, Ryszardowi Halembie, życzę cierpliwości i wytrwałości w trudnej rynkowej walce o czytelnika. Moim świetnym kolegom życzę tego, by każdy z nich przepracował w „Sporcie” (lub dziennikarstwie w ogóle) 48 albo i więcej lat. By znaleźli dość młodych następców, dla których będą autorytetami i przewodnikami po sporcie i dziennikarskim świecie. Takimi, jakimi byli dla mnie wielcy ludzie sportu i „Sportu”: Tadeusz Bagier, Janusz Jeleń, Stanisław Wojtek, Zbigniew Dobrowolny, Lech Drapiński, Stanisław Penar i wielu innych.
Dziękuję za te wszystkie lata Wam, kochani Czytelnicy, bo przecież i Wy byliście dla mnie przewodnikami i nauczycielami. Bez Was nie byłoby mnie.
I to by było na tyle – jak mawiał legendarny, choć niebelwederski, profesor mniemanologii stosowanej Jan Tadeusz Stanisławski. A po co ten znak zapytania w tytule? Ano tak na wszelki wypadek; tytułem usprawiedliwienia, jeśli raz na święty czas zaświerzbi mnie klawiatura, a koledzy zdecydują się na publikację efektów tego świerzbienia.
