Sport

Górnik z reprezentacyjnym stażem

Grzegorz Tomala zadebiutował w drużynie narodowej w meczu z Nową Zelandią.

Pod koniec lat 90. Grzegorz Tomala należał do najlepszych bramkarzy ekstraklasy. Fot. Jerzy Kleszcz/Sport

Pierwszy w historii polskiej piłki nożnej mecz Biało-czerwonych z Nową Zelandią w życiu Grzegorza Tomali na zawsze pozostanie wyjątkowym. Urodzony 6 września 1974 roku bramkarz rozegrał bowiem 19 czerwca 1999 roku w Bangkoku swój jedyny oficjalny mecz w drużynie narodowej.

- To był dla mnie debiutancki sezon – przypomina wychowanek Odry Wodzisław Śląski. – Po latach spędzonych najpierw w KS 27 Gołkowice, a następnie w Górniku Pszów, gdzie broniłem w III lidze, wróciłem do swojego macierzystego klubu i dostałem szansę gry w ekstraklasie. Oczywiście nie od razu, bo numerem jeden był wtedy w naszej drużynie doświadczony Marek Bęben, którego grze wiosną 1998 roku wodzisławianie w dużej mierze zawdzięczali utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Miał już jednak wtedy 41 lat i po nieudanym początku nowego sezonu sam powiedział, że czas postawić na młodszych. Drugi w kolejce był jednak rok ode mnie starszy Maciek Polak, którego trener Albin Mikulski sprowadził z Wawelu Kraków i to on zagrał w kolejnych 3 spotkaniach, po których znowu Marek Bęben wrócił na jeden mecz między słupki. Aż wreszcie po 7 kolejkach, w których Odra ciągle była bez zwycięstwa, trener postawił na mnie. Dwa tygodnie po moich 24. urodzinach zadebiutowałem więc w ekstraklasie i nie oddałem już miejsca w bramce do końca sezonu. Co prawda w moim debiucie przegraliśmy z Górnikiem Zabrze 0:1, ale pamiętam słowa trenera po tym spotkaniu: „Gdybym wiedział, że mam takiego bramkarza jak Grzegorz Tomala, to mielibyśmy więcej punktów niż mamy”. Najbardziej pamiętny z tamtego okresu był dla mnie mecz z Legią w Warszawie, bo zremisowaliśmy 0:0, a ja dostałem bardzo wysoką notę, tak samo jak Rysiek Staniek, który do Odry przyszedł wtedy z Legii i bardzo chciał się pokazać w Warszawie z najlepszej strony. Naprawdę zagrał tam jak profesor, a naszą obroną dyrygował 20-krotny reprezentant Polski, Piotrek Jegor, obok którego grali Mirek Szwarga, czyli tata Dawida, trenera Arki Gdynia, i Piotrek Sowisz, który później grał w Japonii. Mieliśmy dobrą drużynę, która ostatecznie zajęła 14. miejsce.

Niespodziewane powołanie

Tamten sezon nie skończył się jednak dla Grzegorza Tomali 29 maja 1999 roku meczem ostatniej kolejki z GKS-em Bełchatów, w którym bramkarz Odry obronił rzut karny wykonywany przez Jacka Berensztajna, a wodzisławianie dzięki bramce Jana Wosia, remisując 1:1, przypieczętowali utrzymanie.

- Od ówczesnego trenera Jerzego Wyrobka dostaliśmy dwa tygodnie wolnego na regenerację przed przygotowaniami do następnych rozgrywek – dodaje Grzegorz Tomala. – W tamtych czasach nie jeździło się na jakieś egzotyczne last minute, więc byłem w domu w Wodzisławiu i gdy po 5 dniach odpoczynku dostałem wiadomość od pana Edka Sochy, że zostałem powołany do reprezentacji na turniej do Bangkoku to byłem w szoku. Miałem co prawda za sobą niezły sezon, ale przecież w tamtych czasach, zresztą tak jak teraz, polska szkoła bramkarska była bogata w utalentowanych chłopaków. Legia i Wisła nie puściły jednak wtedy swoich piłkarzy, a zawodnicy zagranicznych klubów byli już na wczasach, więc selekcjoner Janusz Wójcik zbudował drużynę dublerów, a z bramkarzy postawił na mnie i Piotrka Lecha. W stolicy Tajlandii – licząc z Tomkiem Wałdochem, który był na urlopie na Bali i dotarł do Bangkoku na jeden mecz – było nas 16. W dodatku okazało się, że Piotrek Lech, który już wcześniej trochę narzekał na ból w kolanie, doznał kontuzji na treningu i nie mógł grać. Na placu boju pozostałem więc sam. Ba, nawet trener reprezentacyjnych bramkarzy Zbigniew Pocialik, który miał wtedy 54 lata i miał pełnić rolę rezerwowego, też złapał uraz. Na gierce Maciek Żurawski chciał go przelobować, a trener Pocialik próbował się cofnąć i zerwał ścięgno Achillesa. Nie było więc innego wyjścia – musiałem zadebiutować w reprezentacji Polski. Spełniło się moje dziecięce marzenie z czasów biegania za piłką po asfaltowym czy szutrowym boisku w Wodzisławiu. Myślałem też o tym, gdy bramkarskiego abecadła uczył mnie Franciszek Pelczar, kiedyś bramkarz pierwszoligowego ROW-u Rybnik. Mogłem zagrać w koszulce z orzełkiem na piersi i byłem dumny.

Od Brazylii do Tajlandii

W turnieju w Tajlandii zagrały cztery reprezentacje. Najpierw rozgrywane są półfinały, a następnie mecze o trzecie i pierwsze miejsce. W 1999 roku w pierwszym spotkaniu 16 czerwca Polska uległa 0:2 głębokim rezerwom Brazylii – dlatego ten mecz jest uznawany za nieoficjalny – a Nowa Zelandia po zremisowanym 2:2 starciu z Tajlandią przegrała w karnych. Dlatego w starciu o brąz biało-czerwoni otworzyli zupełnie nowy rozdział spotkań międzynarodowych.

- W meczu z Brazylią szybko przepuściłem dwa gole, jednego w sytuacji sam na sam i drugiego po strzale głową, ale przez pozostałe ponad 70 minut już zachowałem czyste konto, choć ponad pół godziny graliśmy w osłabieniu po czerwonej kartce Przemka Urbaniaka – wspomina Grzegorz Tomala. – To mi pozwoliło do następnego meczu podejść już spokojniej, bez stresu. Już się oswoiłem z tą myślą, że chłopak z Wodzisławia pojechał do Tajlandii grać w reprezentacji Polski. W samej Odrze byli bardziej doświadczeni i ograni w europejskich pucharach zawodnicy, ale to ja i nasz najlepszy strzelec Mariusz Nosal, który strzelił 14 goli i jako trzeci snajper ligi przechodził do Petro Płock, znaleźliśmy się drużynie narodowej. Razem z nami debiutował też Michał Żewłakow, który doszedł aż do 102 występów w reprezentacji. W sumie było nas chyba 8 debiutantów, więc dla wszystkich był to szczególny wyjazd, a mecz z Nową Zelandią kojarzy mi się głównie z karnymi. W samym meczu nie udało nam się strzelić gola choć kilka okazji było, a ja, szczególnie w końcówce, miałem okazję do kilku interwencji „na rozgrzewkę” przed karnymi, bo one przy bezbramkowym remisie wyłoniły zdobywcę trzeciego miejsca. W karnych przez cztery serie strzelcy okazywali się lepsi od bramkarzy, a w piątej kolejce, gdy Jacek Chańko oddał skuteczny strzał, ja wyczekałem rywala do końca. Rzuciłem się w ostatniej chwili w swoją lewą stronę, tam, gdzie leciała piłka. Nie musiałem jednak interweniować, bo zawodnik Nowej Zelandii się przestraszył i jego strzał okazał się niecelny. Nie można więc mówić, że zostałem bohaterem karnych, ale swoją cegiełkę dołożyłem.

Pod ziemią

To wszystko jest już jednak odległą historią, bo działo się w minionym stuleciu, ponad ćwierć wieku temu. Życie toczyło się natomiast dalej. Grzegorz Tomala w sumie w ekstraklasie rozegrał 70 spotkań, a po odejściu z Odry grał jeszcze w: Kolejarzu Stróże, Przyszłości Rogów, Granicy Ruptawa, GKS-ie Jastrzębie, Wypoczynku Buków, a w poprzednim sezonie, jako 50-latek zagrał jeszcze w A-klasowym Rozwoju Bełsznica i czasem jeszcze siada na ławce jako rezerwowy.

- Dzisiaj jestem przede wszystkim górnikiem – wyjaśnia Grzegorz Tomala. – Pracuję w KWK Borynia-Zofiówka jako wiertacz odmetanowania kopalni. Codziennie zjeżdżam więc pod ziemię, gdzie czasem mówimy o piłce nożnej i gdy ktoś słyszy, że ja byłem reprezentantem Polski to robi duże oczy. Jestem też trenerem bramkarzy w Rozwoju Bełsznica i razem z synem Mateuszem, który teraz broni w Przyszłości Rogów, prowadzimy zajęcia bramkarskie w kobiecej drużynie SWD Wodzisław Śląski. Moim zdaniem Mateusz ma większy talent niż ja. Ma dopiero 23 lata i gra w okręgówce. W tamtym sezonie jego drużyna zajęła pierwsze miejsce w grupie raciborskiej, ale ze względów finansowych nie awansowała. Dalej rogowianie grają więc w okręgówce, a Mateusz jest mocnym punktem zespołu. Mam też 19-letnią córkę. Martyna próbowała grać w siatkówkę, ale ostatecznie nie poszła sportową ścieżką. Mieszkam z rodziną w Bełsznicy, bo tu wybudowałem dom. Z żoną Iwoną obchodziliśmy 25-lecie ślubu. 23 września ćwierć wieku temu przysięgaliśmy sobie w kościele, przy ołtarzu, przed Panem Bogiem, że będziemy razem do śmierci i cieszymy się życiem rodzinnym. Nie narzekam, że gdybym wcześniej poszedł do pracy na kopalni to dzisiaj byłbym już emerytem. Grałem w piłkę, bo kochałem bronienie i dopiero w 2008 roku zostałem górnikiem i mam stałą pensję, bo w klubach piłkarskich różnie z tym bywało. Mnie to, co zarobiłem jako piłkarz, wystarczyło na wybudowanie domu, zrobienie wesela i zakup auta. A piłkę nadal kocham. Na meczu reprezentacji ostatnio byłem jednak bardzo dawno temu, bo we Wrocławiu w 2012 roku. Drużyna Waldemara Fornalika, grała wtedy z Mołdawią. Wygraliśmy 2:0, a później już nie było czasu na reprezentacyjne wyprawy, bo człowiek żył swoimi meczami i meczami syna. Na mecz z Nową Zelandią też się nie wybieram, ale na pewno siądę przed telewizorem, żeby zobaczyć, jak gra drużyna Jana Urbana, bo ceniłem go jako piłkarza, reprezentanta Polski, mistrza naszego kraju oraz zawodnika ligi hiszpańskiej i szanuję go jako trenera. Widać, że ma podejście do zawodników i potrafi do nich dotrzeć, co udowodnił w kilku polskich klubach z Górnikiem Zabrze na czele. Życzę mu, żeby doprowadził Polskę do mistrzostw świata i żebyśmy się mogli wszyscy znowu cieszyć grą i wynikami naszej reprezentacji. A mecz z Nową Zelandią, jak to sparing, będzie dla niego okazją do sprawdzenia zawodników i taktyki na lepszą przyszłość polskiej piłki. Na to czekam.

Jerzy Dusik