Sport

Górali weźmie Szulczek?

Głównym kandydatem do zastąpienia Krzysztofa Bredego w Podbeskidziu Bielsko-Biała jest Dawid Szulczek. Na przeszkodzie może stanąć fakt, że trener ten wciąż widnieje na liście płac Ruchu Chorzów.

Niewykluczone że wkrótce Dawid Szulczek znów będzie robił to, co najbardziej lubi. Fot. Mateusz Sobczak/PressFocus

Na razie bielski klub ogłosił, że tymczasowo trenerem będzie Tomasz Pawliczak, czyli dotychczasowy asystent zwolnionego w niedzielę Krzysztofa Bredego. Taki wybór potwierdza, że rozstanie z dotychczasowym szkoleniowcem było nagłe, a prezes Krzysztof Sałajczyk nie prowadził rozmów z potencjalnymi kandydatami. Faworytem władz klubu do objęcia posady ma być Dawid Szulczek, który rozstał się z Ruchem Chorzów po zaledwie trzech kolejkach nowego sezonu. Choć klub informował, że rozwiązał kontrakt z 35-latkiem za porozumieniem stron, to w rzeczywistości trener ten wciąż widnieje na liście płac pierwszoligowca.

Taka sytuacja będzie miała miejsce do momentu znalezienia sobie przez niego nowej pracy. Wciąż młodego szkoleniowca widziałby w Podbeskidziu prezes Sałajczyk. Panowie znają się z Warty Poznań, gdzie Szulczek był trenerem w latach 2021-24, a Sałajczyk pełnomocnikiem zarządu ds. rozwoju i biznesu. Górale już wcześniej chcieli sięgnąć po szkoleniowca rodem ze Świętochłowic. Po spadku z ekstraklasy nowym dyrektorem sportowym klubu został Łukasz Piworowicz, który chciał sprowadzić Szulczka, gdy ten pracował w Wigrach Suwałki. Ich działacze za swojego szkoleniowca oczekiwali jednak odstępnego, ale bielski klub nie zamierzał płacić i pod Klimczokiem pojawił się duet Piotr Jawny-Marcin Dymkowski, wcześniej związany z rezerwami Śląska Wrocław.

Zwolniony w niedzielę Krzysztof Brede spędził w Bielsku-Białej niespełna 16 miesięcy, gdy latem zeszłego roku wrócił na Rychlińskiego po blisko czteroletniej przerwie. Po raz pierwszy szkoleniowcem Podbeskidzia został latem 2018 roku, gdy stery w klubie dzierżył Tomasz Mikołajko. W pierwszym sezonie zajął 5. miejsce w 1. lidze, ale nowy sternik Bogdan Kłys postanowił z nim kontynuować współpracę, co rok później zakończyło się awansem do ekstraklasy. Pewni swojej siły oraz mamieni faktem, że po sezonie 2020/21 z najwyższej klasy rozgrywkowej spadał tylko jeden zespół, nie przeprowadzili kadrowej rewolucji. Po słabym starcie zespół pogrążył się w otchłani i pod koniec rundy jesiennej Brede został zwolniony. Zastąpił go Robert Kasperczyk, który ekstraklasy uratować nie zdołał. Później przez blisko dwa lata Brede pozostawał na klubowej liście płac (w euforii po wywalczeniu awansu podpisano z nim nowy, dwuletni kontrakt), a władze Bielska-Białej, które są głównym akcjonariuszem spółki, zarzekały się, że szkoleniowiec nie ma powrotu do klubu.

Stare porzekadło mówi jednak, że czas leczy rany, a Górale lubią powroty. Trzykrotnie trenerem Podbeskidzia był Wojciech Borecki, dwukrotnie na ławce trenerskiej zasiadali Dariusz Kubicki i wspomniany Kasperczyk, który obok Bredego jest współautorem awansu do ekstraklasy. Żaden z powrotów nie był tak udany jak premierowa przygoda wspomnianych szkoleniowców. Tę niepisaną zasadę potwierdził powrót pod Klimczok rozgadanego wychowanka Lechii Gdańsk. W ciągu prawie 16 miesięcy Brede poprowadził bielski klub w 49 spotkaniach ligowych, z których wygrał 20, zremisował 11 i poniósł 18 porażek, co dało średnią 1,45. Drużyna pod jego wodzą zanotowała bilans bramkowy 68:61.

(gru)