Gdzieś na szczycie góry wszyscy spotkamy się
Rozmowa z Arkadiuszem Pyrką, piłkarzem FC Sankt Pauli, który czeka na debiut w pierwszej reprezentacji
Bundesliga mocno różni się od ekstraklasy... Arkadiusz Pyrka w ligowym debiucie w barwach Sankt Pauli w rywalizacji o piłkę z Karimem Adeyemi z BVB. Fot. IMAGO / Press Focus
Selekcjoner zapowiedział, że mecz z Nową Zelandią będzie „poligonem doświadczalnym” dla tych piłkarzy, którzy do tej pory grywali u niego mniej. Pan... nie zagrał wcale. Jest nadzieja na debiut?
– Szczęśliwy jestem z powodu samej obecności na zgrupowaniu, ale oczywiście mam nadzieję na minuty na murawie.
Na jakiej pozycji?
– Trudno powiedzieć! Rozmawiałem z trenerem na wrześniowym zgrupowaniu. Powiedział, że chciałby zobaczyć mnie na lewej stronie obrony.
A ile meczów w życiu zagrał pan na tej pozycji?
– Myślę, że... bardzo mało. Przede wszystkim w kadrze U-21: dwa spotkania w finałach mistrzostw Europy. W eliminacjach też się takie mecze zdarzały.
Lewa nóżka podaje?
– Jest dużo lepiej, niż było, choć musiałem ją trochę podszlifować przed tymi mistrzostwami.
I to w indywidualnych treningach?
– No tak, głównie w indywidualnych...
Był żal do Piasta o sposób potraktowania? O skazanie na półroczną banicję?
– Jakiś żal był i... chyba wciąż jest.
A co się tak naprawdę wówczas wydarzyło?
– Przed styczniowym wylotem Piasta do Hiszpanii dowiedziałem się, że nie ma dla mnie miejsca w kadrze na to zgrupowanie. Zrozumiałem, że nie będę też brany pod uwagę do gry w wiosennych meczach ligowych.
To miała być forma nacisku, by przedłużył pan kontrakt?
– Być może.
A był pan skłonny o tym rozmawiać?
– Uważam, że spędziłem dobre cztery lata w Gliwicach, z korzyścią dla obu stron. Natomiast doszedłem do wniosku, że po tym okresie muszę już zrobić kolejny krok, jeśli mój rozwój ma nabrać tempa.
Wie pan, kto podjął decyzję o pańskim odsunięciu?
– Zakomunikował mi ją trener Aleksandar Vuković. Nie wiem natomiast, jak wyglądały jego rozmowy w mojej sprawie z działaczami klubowymi.
Mentalnie było trudno?
– I mentalnie, i sportowo, bo przecież najlepszy trening indywidualny nie zastąpi zajęć z drużyną, a przede wszystkim gry. Wytrzymałem, bo bardzo wsparli mnie rodzice i moja dziewczyna. No i menedżer. To było strasznie ważne, bo nigdy wcześniej w takiej sytuacji się nie znalazłem. Był nawet moment zwątpienia, ale szybko zrozumiałem, że to jeden z tych momentów w życiu, który... trzeba przetrwać. Czułem też wsparcie kolegów z Piasta. Każdy z nich miał świadomość, że może się znaleźć w podobnej sytuacji. Więc trzymaliśmy się razem, choćby tylko dzięki SMS-om. Dziś mentalnie jestem – wydaje mi się – dużo wyżej niż te osiem miesięcy wstecz.
I sportowo też, grając w Bundeslidze! Mimo półrocznej przerwy wszedł pan do niej „z buta”!
– Na pewno bardzo trudno było od strony fizycznej. Do dziś zresztą uważam, że jest w tym zakresie lekki deficyt z mojej strony, choć przepracowałem z drużyną cały okres przygotowawczy, łącznie z obozem w Austrii i serią sparingów. Na cotygodniowe 90 minut będę gotowy za jakiś czas. Ale na razie jest nieźle: udało się zadebiutować w meczu pucharowym, potem dostałem minuty w spotkaniu ligowym z Borussią Dortmund i... wszystko poszło w dobrym kierunku.
Bundesliga z poziomu murawy wygląda tak, jak ją pan sobie wyobrażał, siedząc przed telewizorem?
– Chyba tak. Widziałem wielką intensywność meczów, dużo gry „jeden na jeden”, mnóstwo pojedynków. Tym, czym Bundesliga najbardziej różni się od ekstraklasy, jest strona fizyczna. Wspomniana intensywność gry i samych zajęć treningowych jest dużo większa, głównie ze względu na wyższą jakość piłkarską zawodników. Można się jednak do tego przyzwyczaić.
Nie zdarzało się panu schodzić z zajęć „na czworakach”?
– Nie (śmiech). Dość szybko się do tej intensywności zaadaptowałem. Jeżeli ktoś jest świadomy tego, co go tu czeka, na pewno da sobie radę.
Mówimy o stronie sportowej Sankt Pauli. Ale to przecież po prostu ciekawe miejsce na mapie Hamburga, prawda?
– Ciekawe, specyficzne, głównie ze względu na tutejszych kibiców. Na domowych meczach stadion jest pełny, na wyjazdowe też jeździ za nami bardzo liczna grupa.
Zwycięstwem w derbach z HSV w drugiej kolejce sprawiliście im wielką radość?
– O rany, jeszcze jaką! Kiedy autokarem wróciliśmy wieczorem na nasz obiekt, czekała na nas wielka grupa fanów. Długo śpiewali i cieszyli się z nami, zanim pozwolili nam rozjechać się do domów.
Jak się mieszka w Hamburgu?
– Fajnie! Mieszkam niedaleko dzielnicy portowej, jest OK.
Jak wyglądał klubowy chrzest?
– Tradycyjnie. Zaśpiewać musiałem.
Co pan wybrał?
– „Na szczycie” Grubsona.
„Jestem tego pewny, w głębi duszy o tym wiem, że gdzieś na szczycie góry, wszyscy razem spotkamy się” – tak to leci, prawda? No to proszę w tym kontekście dokończyć zdanie: „Sankt Pauli skończy sezon na...”
– ... miejscu dwunastym. W środeczku tabeli, ale bez strachu o utrzymanie.
No to idźmy dalej. „A mój sufit, mój szczyt to...”
– ... może klub z trzeciego miejsca Bundesligi?
Pięknie. Wróćmy jednak w końcu na polskie poletko. Chrzest w reprezentacji też już był?
– We wrześniu nie było na niego czasu. Zgrupowanie było bardzo krótkie, a mecze ważne. To wszystko nie sprzyjało takim momentom. Ale może teraz – przy okazji spotkania towarzyskiego – coś się uda?
Z tego wrześniowego zgrupowania nie wyjeżdżał pan rozczarowany?
– Ależ skąd! Mecze wtedy grane były tak ważne, że zakładałem, iż – jako debiutant – mogę swojej szansy nie dostać. Dla mnie wtedy – jako „piłkarza po przejściach” – samo powołanie do reprezentacji było ważne mentalnie. I powodowało wielką dumę. A ta obecna nominacja znów czyni mnie szczęśliwym. Jest też potwierdzeniem, że jestem na dobrej drodze w swojej przygodzie z piłką.
Zatoczyliśmy koło i wróciliśmy do meczu z Nową Zelandią. Stadion Śląski zajmuje jakieś szczególne miejsce w pańskiej karierze?
– Nie, raczej nie... Szukam w głowie... No tak, grałem tu w barwach Piasta przeciwko Ruchowi. Otoczka, dzięki kibicom na trybunach, była fantastyczna! Aha, i jeszcze w barwach reprezentacji U-21 przeciwko Bułgarii tu wystąpiłem.
O rany! Dwa razy w plecy!
– No fakt. To trzeba liczyć, że jak w porzekadle: do trzech razy sztuka. I teraz karta się odwróci (śmiech).
Nowa Zelandia to jednak tylko przetarcie przed Litwą. Po remisie z Holandią i wygranej z Finlandią nie grozi wam „sodówka” przed starciem z rywalem dużo niżej notowanym?
– Mamy świadomość, że nikogo w tej grupie nie można lekceważyć. Wyjazdowa porażka z Finlandią pokazała to dobitnie; mając tamte trzy punkty, bylibyśmy w zupełnie innej sytuacji w grupie. Każdy mecz jest równie ważny i każdy punkt bezcenny. Nie, nikt Litwy zlekceważyć nie zamierza.
W każdym razie na przyszłoroczne wakacje urlopu pan jeszcze nie planuje?
– W żadnym wypadku. Tym bardziej że w Ameryce jeszcze nie byłem. A chciałbym być (śmiech)!
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
Arkadiusz Pyrka (ur. 20 września 2002 w Radomiu) – wychowanek Radomiaka, do ekstraklasy w Piaście Gliwice trafił via Broń Radom i Znicz Pruszków; piłkarską wiosnę spędził na treningach indywidualnych i z rezerwami Piasta, odsunięty od pierwszej drużyny. Od 1 lipca 2025 piłkarz FC Sankt Pauli (na razie pięć meczów w Bundeslidze, bez gola). Młodzieżowy reprezentant kraju, uczestnik finałów ME U-21 w 2025 roku.
Arkadiusz Pyrka grał już na Stadionie Śląskim (tu w meczu kadry młodzieżowej przeciwko Bułgarii). Czy w czwartek znowu na nim wystąpi? Fot. Mateusz Sobczak / Press Focus
