Finowie mają z kogo wybierać, ale z reprezentacją zawsze mieli problem
Rozmowa z Czesławem Boguszewiczem, byłym reprezentantem Polski, szkoleniowcem w klubach fińskich i nauczycielem Jari Litmanena
Trener Czesław Boguszewicz z wielką gwiazdą fińskiej piłki, Jarim Litmanenem (z prawej). Fot. Archiwum Czesława Boguszewicz
W Finlandii spędził pan ponad 7 lat, ma pan tam wielu przyjaciół, urodziła się tam panu druga córka. Wybiera się pan na mecz do Helsinek?
- Nie, tym razem nie jadę. Swego czasu byłem na meczu z Finlandią, jeszcze za czasów Leo Beenhakkera, kiedy zremisowaliśmy 0:0. Dobrze znałem pracującego wtedy w sztabie kadry „Boba” Kaczmarka.
Zna pan Finów jak mało kto!
- Czasy się zmieniły, ale nie ukrywam, że śledzę na bieżąco, co dzieje się u nich w futbolu, bo przecież trochę piłkarskiego życia w tym kraju spędziłem. Co nieco mogę o nich powiedzieć. W ostatnich latach, kiedy z reprezentacją pracował Markku Kanervy, którego znam jeszcze z boiskowych czasów, udało im się awansować na Euro 2020. To był duży sukces, pierwszy raz w historii.
A ich sobotnie 0:2 z Holandią jak pan ocenia?
- 30 tysięcy ludzi na Stadionie Olimpijskim to jest coś. Widać, że są tam oczekiwania. Specjalnego dopingu może nie ma, bo to taki naród, że tak powiem... chłodny. W kadrze mają takich zawodników, jak bramkarz Hradecky czy Alho, z których jeden ma pochodzenie słowackie, a drugi angielskie. Mają z czego wybierać. Z Holandią nie zagrali może specjalnie dobrze, szczególnie początek w ich wykonaniu był słabszy, bo rywale szybko ich ukłuli dwa razy. Patrzyłem na ich występ z ciekawością, bo grają tam zawodnicy z naszej ekstraklasy czy z przeszłością w naszej lidze, jak Ivanov, Kallman, Hoskonen. Do tego są Robin Lod czy Joel Pohjanpalo, którzy grają w dobrych klubach. W zagranicznych ligach widać, że sobie radzą, ale z reprezentacją zawsze był problem, nie było tak, jak chcieli. Natomiast my musimy uważać, skoro punkty potrafi zdobyć San Marino, skoro Anglia ma problemy z Andorą... Kiedyś na takich przeciwników puszczało się drugi, trzeci garnitur i kończyło się na pięciu czy sześciu bramkach. Dziś trzeba się cieszyć, że są trzy punkty.
Czy uprawnione będzie stwierdzenie, że były reprezentant Polski Czesław Boguszewicz uczył Finów gry w piłkę?
- Ha ha, chyba trochę za ostro pan pojechał. Owszem, byłem jednym z pierwszych, który tam pojechał pracować, ale byli też inni.
Kiedyś zastanawialiśmy się, czy trenerem w Finlandii pierwszy był pan, czy Bohdan Masztaler.
- Zdaje się, że ciut wcześniej był Masztaler. Natomiast w moich czasach było nas tam chyba sześciu Polaków, do tego dwóch Anglików, no a reszta to miejscowi trenerzy, którzy się bardzo wtedy przeciwko temu burzyli.
Tak jak teraz w naszej w ekstraklasie nasi szkoleniowcy zżymają się, że dla nich nie ma pracy, a jest dla obcokrajowców…
- Wyjaśnię, jak to u nich wygląda, bo to rozszyfrowałem. Oni potrzebują, jak na całym świecie, specjalistów. Nie wpuszczają kogo popadnie. W moich czasach trzeba było mieć wizę i zezwolenie z ministerstwa na podjęcie pracy. Sprawdzali, jak to w danym zawodzie, w danej branży wygląda, gdzie chcą się podciągnąć. Wtedy zapraszali specjalistów, tak jak mnie na początku lat 80. Przyjeżdżaliśmy, pracowaliśmy, a oni stali i się przyglądali. Byli codziennie na treningach, obserwowali mikrocykle treningowe. Teraz mają już swoich ludzi, jeszcze od czasu do czasu ktoś od nich wyjedzie nawet za granicę, ale to mało, bo w piłce sukcesów za wiele przecież nie mają.
A kto uczył strzelać na bramkę Jari Litmanena, najlepszego fińskiego piłkarza w historii, jednego z najlepszych napastników na europejskich boiskach w latach 90.? Słynny „Bogu”, prawda?!
- Tak, to prawda (śmiech).
Proszę przypomnieć tę niesamowitą historię!
- Trafiłem do Reipas Lahti na trzyletni kontrakt. Wyjechałem tam na początku grudnia 1981 roku, tydzień przed wprowadzeniem u nas stanu wojennego. Miałem tam siedzieć do świąt, wrócić po żonę i córkę i już razem jechać z powrotem 2 stycznia 1982. Stan wojenny sprawił, że zostałem sam przez rok. Reipas Lahti to najstarszy fiński klub, trzykrotny mistrz kraju, ośmiokrotny zdobywca pucharu. Mieli tam porządnych zawodników, jednym z nich był ojciec Jariego – Olavi Litmanen. Też grał w reprezentacji Finlandii (Litmanen senior, rocznik 1945, zaliczył w reprezentacji pięć występów w latach 1970-72 – przyp. red.). Poznałem tam i ojca, i mamę Jariego. To bardzo sympatyczna rodzina, która właśnie stamtąd pochodziła. W klubie treningi mieliśmy popołudniami, bo prawie wszyscy zawodnicy, no może z wyjątkiem jednego, pracowali. Do południa miałem wolne, więc miasto dogadało się, żeby przed szkołą o 7.00 rano w wielkiej hali, która usytuowana była tuż obok skoczni w Lahti, gdzie było pełnowymiarowe boisko, a na widowni mogło zasiąść 4 tys. kibiców, trenować z dziećmi i młodzieżą. Co do tej hali, to w tych czasach były takie dwie, jedna w Lahti, a druga w Petersburgu, wtedy w Leningradzie. Olavi Litmanen na poranne treningi przyprowadzał wtedy młodziutkiego Jariego. Potem po południu trenowaliśmy już na zewnątrz, a on był tak zacięty, że jeszcze po południu jak swój trening skończył, czekał aż pierwszy zespół zacznie trenować i podawał piłki, które lądowały za bramką. Jego ojciec prosił, jak już Jari był starszy, żeby pomóc ustawić mu trochę nogę przy strzałach. To były indywidualne treningi.
I na 10 pana strzałów 9 leciało w punkt!
- Tak, to były uderzenia zewnętrzną częścią stopy, prawą nogą, w długi róg, a piłka lądowała w bocznej, wewnętrznej siatce.
Był pan prawonożny, a grał na lewej stronie defensywy. Dlaczego?
- Lewa noga mi nie przeszkadzała. Potrafiłem zagrać cross na 30-40 metrów na przeciwną część boiska. Od urodzenia byłem prawonożny, ale w jednym z meczów, jeszcze w barwach Pogoni Szczecin, doznałem poważnej kontuzji. Całym ciężarem ciała spadł mi na nogę Bernard Blaut z Legii. Kolano chrząknęło niesamowicie. Było 0:0, a ja ambitny z taką nogą grałem do końca. U nich same gwiazdy, Deyna, Brychczy, Żmijewski, więc urwanie im punktu to było coś. Potem okazało się, że noga była złamana. Po meczu już nie byłem w stanie włożyć spodni, a potem gips… Po wyjściu z kłopotów duży nacisk położyłem na grę lewą nogą i trener Edmund Zientara przesunął mnie na lewą obronę, a stamtąd trafiłem do reprezentacji.
Przypomnijmy, że Jari Litmanen to czołowy napastnik w Europie, zawodnika takich klubów, jak Ajax czy Liverpool.
- Jari to był absolutny top światowy, bo nie tylko Ajax czy Liverpool, ale też Barcelona. Postać niesamowita. W Lahti na treningowym stadionie ma swój pomnik. To bardzo porządny, skromny chłopak. To, że sławny, że zagoniony, nie sprawiło, że zmienił się i był nie wiadomo kim. Naprawdę wielki piłkarz i osobowość, a nie żaden celebryta, który jak się o nim nic nie mówi i nie pisze, to dzwoni, żeby się przypomnieć. To nie ten typ człowieka. Wielka postać i mam satysfakcję ze współpracy z nim i ze znajomości jego rodziców, którzy go tak dobrze wychowali.
Czy nasza reprezentacja ma szansę w rywalizacji z faworyzowaną Holandią?
- Cienko to widzę, ale nie wykluczam, że będzie pozytywnie. Z zawodników grających na wysokim czy bardzo wysokim poziomie u Holendrów trener może złożyć dwie czy trzy jedenastki. My z kolei mamy problem, żeby złożyć jedną. Mamy indywidualności, ale w dobrych ligach czy klubach nie są pierwszoplanowe.
Przed meczem w Helsinkach nie można być zbyt pewnym siebie?
- Absolutnie nie. Widzimy, co się dzieje, że ci maluczcy, wcześniej nieliczący się w futbolu, teraz są w stanie sprawiać niespodzianki i urywać punkty silnym. Teraz nie można lekceważyć nikogo. Jak się człowiek nie przyłoży, to nic z tego nie będzie. Do wszystkiego trzeba dołożyć ambicję, zaangażowanie, bo przecież nie zawsze idzie, nie zawsze jest tak, jak by się chciało, ale nie może być czegoś takiego, że ktoś nie biega, ktoś odpuszcza, że jest stójka. Jeszcze jedna rzecz - patrząc na wymianę piłek pomiędzy najlepszymi na świecie, a chodzi o tempo, ilość kontaktów, to u najlepszych jeden, góra dwa kontakty, a u nas czasami trzy i więcej. Tutaj są różnice.
Pana typ na mecz Finlandia - Polska?
- Liczę, że wygramy. Kocham Finów, kocham Finlandię, spędziłem tam sporo swojego życia, w Helsinkach urodziła mi się młodsza córka, życzę im jak najlepiej, ale mam nadzieję, że staniemy na wysokości zadania i wyjedziemy z kompletem punktów!
Rozmawiał Michał Zichlarz
CZESŁAW BOGUSZEWICZ
Data urodzenia : 2 lipca 1950 rokuMiejsce urodzenia : Słupsk
Pozycja na boisku : prawy lub lewy obrońca
Kariera piłkarska : Gryf Słupsk, Cieśliki Słupsk, Pogoń Szczecin, Arka Gdynia, Mikkelin Palloiljat, Reipas Lahti
Kariera trenerska : Arka Gdynia, Reipas Lahti, Joutsenon Kullervo, KTP Kotka, Nigerdock FC
Reprezentacja : 5 meczów (karierę przerwała poważna kontuzja oka w 1977 r.).
Sukcesy : Puchar Polski z Arką Gdynia (jako trener) w 1979 r., awans z Reipasem Lahti do fińskiej ekstraklasy w 1982. Pod koniec lat 90. jeden z pierwszych polskich trenerów w Nigerii.
Wielka legenda
Tym, kim Erling Haaland jest teraz dla reprezentacji Norwegii, tym Jari Litmanen był dla Finów w latach 90. i na początku tego wieku, tyle że gwiazdor Ajaksu nie miał wokół siebie tak świetnych graczy, jak teraz ma napastnik Manchesteru City. Urodzony 20 lutego 1971 roku Jari Litmanen jest 137-krotnym reprezentantem Finlandii, zdobywcą 32 bramek. Z Ajaksem pięć razy zdobywał mistrzostwo Holandii i trzy razy Puchar Holandii, a w 1995 triumfował w Champions League. Kilka trofeów ma też w barwach Liverpool FC, w tym puchar Anglii i Puchar UEFA w 2001 roku. Osiem razy był sportowcem Finlandii, a dziewięć Piłkarzem Roku. Jest najstarszym zawodnikiem, który zdobył gola w eliminacjach Euro - w wieku 39 lat i 270 dni. Dwa razy skarcił Biało-czerwonych i Jerzego Dudka w meczu eliminacji ME 2008 w Bydgoszczy, który rozegrano 2 września 2006 roku. Finowie wygrali wtedy 3:1.
(zich)
W Lahti Jari Litmanen ma pomnik! Fot. Archiwum Czesława Boguszewicza
