Dzika karta?
REMANENT - Jerzy Chromik
Niezorientowanym mogło się wydawać i być może wydaje się tak nadal, że Nowa Zelandia przyleciała do nas przypadkowo. Miała po drodze? No, nie za bardzo, ale może zrobiła sobie „przystanek Polska” w drodze do... Norwegii. Lubię wiedzieć, więc szukałem odpowiedzi, dlaczego zaprosiliśmy sobie... akurat facetów w czerni!
Sprawie przyjrzał się badawczo kolega z dawnego Twittera o nicku AbsurDB. Wyszło mu, że z 220 reprezentacji świata ta „nasza” New Zealand była 50. od końca. Reszta tych, z którymi opłacało się nam zagrać w kontekście punktów rankingowych FIFA, pozostawała klepnięta lub – jak kto woli – zajęta. PZPN znowu zaspał? Niekoniecznie. Może był tylko pewien, że rozbijemy Finlandię oraz Holandię za jednym zamachem, więc nie ma sensu walczyć o miejsce w pierwszym koszyku barażowym?
Śledziłem chorzowski mecz w towarzystwie powszechnie znanego komentatora. Usłyszałem więc na własne uszy (no bo na jakie inne?), że Nowa Zelandia była w szoku po stracie bramki. Nie dostrzegłem tego. Moim zdaniem nawet za szybko się ocknęli, bo pod koniec meczu podwyższyli blok, wystawiając do górnych piłek gościa pod dwa metry. W dodatku ze złowieszczym numerem 13, o nazwisku Kelly-Heald. Liczyli więc do ostatnich sekund na remis! I nie byli od niego daleko, bo... nasi szybko przenieśli się myślami do Kowna. A po co wam te punkty? – pytano bohatera kultowego filmu. Im na nic, ale nam...
Nam punkty i gole potrzebne są jak tlen w OIOM-ie. Było to wiadomo od początku, że raczej nie miniemy na zakręcie Holandii. Może dlatego do tej pierwszej Finlandii podeszliśmy brawurowo, więc teraz możemy już tylko spekulować, co stałoby się po naszym zwycięstwie w Helsinkach. Gralibyśmy z Holandią 14 listopada o pierwsze miejsce w grupie? Śmiem wątpić... Raczej pozostawało nam deklamowanie, jak na akademii szkolnej:
– Litwo! Ojczyzno moja!
Ty jesteś jak zdrowie;
Ile cię trzeba cenić,
ten tylko się dowie,
Kto cię... pokona.
Prawda końcowa o meczu w Kownie jest taka, że nie daliśmy sobie w Casha dmuchać! Mecz pozostawał pod naszą kontrolą, jak kiedyś wszystkie rozmowy telefoniczne z narożnej budki. A Cash? Tym razem bez gola, choć naród przyzwyczajał się już, że trafia w każdym występie. Nie co dzień jednak obrońca jest... jak Niedzielan.
Jesteśmy teraz z tymi barażami jak Himilsbach z angielskim. Niby je mamy, choć nadal nie wiadomo po co? Komentator w Chorzowie poszedł w swych spekulacjach odważniej. Warto było towarzysko zagrać z taką Nową Zelandią, bo przecież nie wiadomo, jaki dziwny (czytaj – egzotyczny) przeciwnik trafi nam się w tej tak oczekiwanej mundialowej grupie.
Ja, na ten przykład, bardzo chciałbym teraz – i to z całego serca – Uzbekistan, bo ileż można liczyć na uśmiech Haiti! A taki Uzbekistan to nie jest raczej przeciwnik ponad stan. Naszego futbolu.
Nie cieszą mnie więc za bardzo te dwa zwycięstwa i niby sześć punktów w cztery dni. Wolałbym zdecydowanie zamiast pewnych baraży „dziką kartę” do USA! Niekoniecznie zieloną. No, ale jak się nie ma, co się lubi, to się nie lubi tego, co się ma! Jedno jest na razie pewne – będziemy mieli dwa mecze więcej do obejrzenia w tych przedłużonych eliminacjach do turnieju głównego.
I to było w Kownie do udowodnienia. Poza wszechogarniającym nas chamstwem. Także poza granicami. Zdrowego rozsądku.
Prawda końcowa o meczu w Kownie jest taka, że nie daliśmy sobie w Casha dmuchać! Fot. Marcin Karczewski / Press Focus
