Sport

Dawać szansę swoim

NA KOLEJKĘ ZAPRASZA SŁAWOMIR PALUCH

Sebastian Bergier to jeden z niewielu polskich napastników w ekstraklasie, który strzelił gole. Fot. Łukasz Laskowski / Press Focus

Rozmowa z byłym piłkarzem m.in. Ruchu Chorzów, Górnika Zabrze i Odry Wodzisław, dwukrotnym reprezentantem Polski, obecnie trenerem młodzieży w MKS-ie MOSiR Czerwionka-Leszczyny

Czy jako piłkarz lubił pan wznawiać rozgrywki? W pańskich czasach było to po długiej przerwie, a nie jak teraz już po ledwie kilku tygodniach...

– Wtedy rozgrywki wiosenne zaczynały się na początku marca, a jesienne kończyły pod koniec listopada. O tyle dla nas było to istotne – mówię tutaj o wznowieniu rozgrywek – że kończył się wtedy najtrudniejszy okres. W tamtym czasie zima to był bardzo długi okres (śmiech). Po skończeniu rundy trochę się jeszcze trenowało, a potem był miesiąc wolnego. Nie było indywidualnych rozpisek z tym, co kto ma robić. Jasne, ktoś tam ćwiczył, ale bardziej dla siebie. Nie było to wszystko tak przygotowane, jak obecnie.

W sezonie 1996/97 był pan w Odrze Wodzisław. Jesień kończyliście 1 grudnia meczem z Polonią Warszawa, wygranym 2:0, w którym zresztą zdobył pan bramkę, a inauguracja wiosny miała miejsce dopiero 5 marca z Ruchem, kiedy wygraliście 2:1, a rozgrywki skończyliście na trzecim miejscu.

– Można powiedzieć, że wtedy szliśmy siłą rozpędu po awansie do ekstraklasy i graliśmy w niej na fantazji. Była fajna drużyna. Może nie byliśmy zespołem, który brylował pod względem umiejętności, ale był charakter i na ten czas to wystarczyło, co dla wszystkich było ogromnym zaskoczeniem.

A obecni beniaminkowie? Motor zaskakiwał jesienią, tak samo GieKSa. Dadzą radę podtrzymać to wszystko wiosną jak Odra w 1997 roku?

– Różnie to wszystko się toczy. Powiedziałbym, że runda wiosenna jest z reguły trudniejsza. Jeżeli się jest beniaminkiem, to na początku wszyscy w lidze cię poznają, choć oczywiście teraz analiza meczów jest znacznie lepsza niż w moich czasach. Kiedyś ktoś pojechał na mecz, coś zobaczył i zanotował. Nie było takich analiz jak teraz, gdzie grę rywala „rozbiera się” na wszystkie możliwe elementy. Motor to zespół budowany od lat, w klubie jest stabilna sytuacja finansowa i sportowa, wykonuje się przemyślane ruchy. Nie jest tam tak, że nagle awans się wydarzył i trzeba pół drużyny wymienić. W GKS-ie jest podobnie. Rafał Górak jest już tam tyle lat, że ma świetne rozeznanie. Różnie bywało, bo była też niżej, ale udało się awansować. Drużyna dobrze funkcjonuje dzięki temu, że była budowana wcześniej.

Kibiców głównie interesuje walka o mistrzostwo Polski. Jest lider Lech, jest wicelider Raków i mistrz Jagiellonia, a całą trójkę dzielą ledwie trzy punkty. Legia straty ma już większe. Walka o tytuł rozegra się między prowadzącą trójką czy niekoniecznie?

– Tutaj jeszcze wiele może się zmienić! Jest nie tylko goniąca Legia, ale też Cracovia czy będący wysoko Górnik, który miał fantastyczną końcówkę roku. Przy niewielkich różnicach punktowych wystarczą dwa mecze i już jest kontakt, a trzeba też pamiętać o meczach między zainteresowanymi plus to, że niespodzianki też są wpisane w rozgrywki. Drużynom z czołówki też zdarza się potykać w rywalizacji z zespołami, gdzie mało kto by się spodziewał, że tak będzie. Tutaj do osiągnięcia celu daleka droga przed wszystkimi.

Takie pytanie do pana, jako byłego napastnika. Jak się patrzy, kto otwiera listę najlepszych strzelców, to Polaka trudno się tam doszukać… Siedem bramek ma Bartosz Kapustka, ale to przecież nie jest napastnik. Czemu tak się dzieje? Tutaj też pytanie do pana jako trenera w młodzieżowych grupach MKS-u MOSiR Czerwionka-Leszczyny. Nie potrafimy wychować zdolnych strzelców?

– W moich czasach było trochę inaczej, bo grało przecież zdecydowanie więcej Polaków niż zawodników zagranicznych, jak ma to miejsce teraz. Też było to rozwiązanie, bo nasi piłkarze dostawali więcej szans. Jest presja na wynik, kluby decydują się na transfery piłkarzy zagranicznych, a szczerze mówiąc, to jest tak, że raz taki transfer wypali, a raz nie. Wiąże się z taką osobą nadzieje, ale potem różnie się układa. Odchodzi z klubu po roku czy dwóch latach i okazuje się, że mało co grał czy strzelał.     

Co w takim razie trzeba robić?

– Trzeba dawać szansę naszym młodym chłopakom. Niech próbują, bo jak nie dostaną szansy, to jak się mają pokazać? Co do szkolenia, to jest pozytywny przeskok. Był taki czas, że borykaliśmy się z wieloma problemami jako szkoleniowcy, także na niższym szczeblu, ale to też szło wyżej. Nie było z czego wybierać. Trudno było kosztem zawodnika lepszego stawiać na słabszego. To spowodowało, że kluby zaczęły sięgać po zagranicznych piłkarzy, ale czy tak powinno być? Chyba nie do końca…

Pan do ligowej piłki, w barwach Ruchu dodajmy, wchodził jako 17-latek!

– Tak, ale musi być ktoś, kto da szansę. Mnie taką dał trener Edward Lorens. Zauważył mnie w III lidze, ściągnął do Chorzowa i debiutowałem w meczu derbowym z Górnikiem od razu w pierwszym składzie. Wygraliśmy 3:1 z zespołem, w którym grali olimpijczycy z Barcelony. W bramce był Aleksander Kłak, w obronie Tomasz Wałdoch, w pomocy Dariusz Koseła i Ryszard Staniek... Musi być ktoś, kto da zawodnikowi szansę. Jasne, trzeba ją wykorzystać, mnie się udało, ale najpierw musisz ją od trenera dostać. Młodzi muszą też jednak chcieć pracować. U nas często jest tak, że dochodzi się do pewnego poziomu i osiada na laurach, a tutaj trzeba stale pokazywać sięi udowadniać swoją wartość!  

Rozmawiał Michał Zichlarz