Dają pewność siebie
Rozmowa z Piotrem Rzepką, byłym reprezentantem Polski, klubowym kolegą Jana Urbana w Górniku
Ręce składają się do oklasków na widok boiskowej współpracy Jakuba Kiwiora (z lewej) i Jana Bednarka. Fot. ARTUR KRASZEWSKI / PRESSFOCUS
Jest pan zadowolony z niedzielnego meczu w Kownie?
- Bardzo. Te trzy punkty są bardzo ważne. Futbol wyrównał się w Europie na tyle, że wszędzie można je pogubić. Były zresztą – zwłaszcza w pierwszej połowie - momenty, w których nie mogliśmy narzucić swoich warunków gry. I to pomimo tego, że bramka z rzutu rożnego zawsze dodaje wiary w siebie. Dopiero drugi gol sprawił, że się uspokoiliśmy – my, kibice przed telewizorami.
Ale zanim ta druga bramka padła, miał pan takie momenty, że panu skóra cierpła?
- Tak, bo niestety ciągle nam, kibicom, jeszcze brak wiary w to, co robi ta reprezentacja. Tej pewności zresztą, mam wrażenie, czasem brakuje i samym zawodnikom. Trudno się jednak temu dziwić, jak sobie przypomnimy – my i oni – jak wiele problemów w ostatnich latach mieliśmy z grą defensywną.
No to tym razem można powiedzieć, że jest OK, skoro w kolejnym meczu nie tracimy bramki....
- Głównie dzięki temu duetowi z Porto, który nam złożyli – na szczęście – działacze tego klubu w okienku transferowym. W tej dwójce czuć pewność siebie i za siebie nawzajem. Nawet jeżeli przeciwnicy się zbliżali do naszej bramki, nie byli w stanie stworzyć stuprocentowych sytuacji. A pamiętam czasy sprzed kadencji Janka Urbana, w których nasi obrońcy bywali... zdziwieni tym, co robią z nimi rywale. Teraz nie przegrywamy już pojedynków jeden na jeden, a przynajmniej nie tak często, jak miało to miejsce wcześniej. Nawet jeśli Matty Cash próbował – niepotrzebnie! - pokazać wszystkim, że wygra starcie barkiem w bark i stracił piłkę niedaleko naszej bramki, udało się zlikwidować groźną sytuację.
Mówi pan o większej pewności siebie. No bo w końcu gramy trzeci mecz o punkty niemal tym samym składem. Stąd się ta pewność bierze?
- Myślę, że za sprawą Janka Urbana znacząco poprawiły się stosunki międzyludzkie w drużynie, co rzutuje na boisko! Niech pan zobaczy gola Roberta Lewandowskiego, poniewieranego strasznie przez obrońców. To był „Lewy” z czasów przygody z Borussią, z Bayernem. Trzech „żółtych” było wokół niego, a nie byli go w stanie zatrzymać, bo on wiedział, gdzie piłka poleci. To też jest dowód na to, że ci, którzy mu podają takie „ciasteczka”, mają z tego frajdę.
Na mecz z Holandią straciliśmy „wykartkowanych” w Kownie Bartka Slisza i Przemka Wiśniewskiego. Która strata boleśniejsza?
- Moim zdaniem strata Wiśniewskiego. Okazał się odkryciem kadencji Janka, świetnie wszedł w tę drużynę. Nie wiem, czy my jesteśmy w stanie dorzucić do Bednarka i Kiwiora trzeciego zawodnika na poziomie Przemka.
Jest Jan Ziółkowski, który zaliczył dobry debiut z Nową Zelandią...
- Wiem. Ale mecz z Holandią to rzucenie Ziółkowskiego na bardzo głęboką wodę. Owszem, pół wieku temu Władek Żmuda też wszedł „z buta” do drużyny Kazimierza Górskiego jako 20-latek. Ale miał obok siebie Gorgoniów, Szymanowskich, Musiałów... Czy doświadczenie Bednarka i Kiwiora wystarczy, żeby Ziółkowski nie spalił się w starciu z zawodnikami z najwyższej półki światowej?
Slisza będzie łatwiej zastąpić?
- Może Bartkiem Kapustką? A może Damianem Szymańskim? To taki zadziora, który – moim zdaniem - nie pęknie przed Holendrami. Szymańskiemu noga nie zadrży, gdy trzeba będzie przyostrzyć. A jednocześnie uniknie brutalności.
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
