Sport

Czy głodówka jest szkodliwa?

BEZ ROZGRZEWKI - Andrzej Grygierczyk

W polskim sporcie szykuje się wielki eksperyment. Otóż – jak wynika z projektu budżetu państwa na przyszły rok – wydatki na sport zostaną obcięte mniej więcej o połowę. Tego rodzaju wiedzę przekazywali sobie z ust do ust prezesi polskich związków sportowych przy okazji niedawnego spotkania w Polskim Komitecie Olimpijskim.

Blady strach przybrał postać następujących konkretów: z 1,66 mld zł na sport zostanie 830 mln, a każdy związek sportowy dostanie o około 20 procent mniej na działalność. Już można sobie wyobrazić lament: że z takim budżetem nie sposób będzie dotrzymywać kroku światowemu towarzystwu; że zahamowany zostanie rozwój gwiazd oraz dopływ młodzieży; że nie będzie zagranicznych zgrupowań, a – jak wiadomo – tylko takie są gwarancją utrzymywania wysokiej formy; że trenerzy zaczną szukać lepszych dla siebie warunków płacy i pracy, co oznacza, że będą hurtowo przyjmować zagraniczne propozycje. Itd., itp.

Ani chybi zatem, w polskim sporcie zaczną wieszczyć koniec świata; z obłoków spadniemy na ziemię, przestaniemy odnosić sukcesy (jakże obecnie liczne – czyż nie?), w ślad za tym rozlegnie się powszechny płacz, że z Goliata staliśmy się Dawidem, czyli – no! – takim pariasem.

Podchodząc do sprawy mniej szyderczo, a z elementami należytej powagi, można się zastanawiać, czy 1,66 mld zł to dużo czy mało, na co to starczało i jakimi osiągnięciami skutkowało? Można się też zastanawiać, czy i jaka zapaść czeka polski sport, jak tych pieniędzy będzie o połowę mniej, traktując jednocześnie na serio zapewnienia ministra sportu, Jakuba Rutnickiego, że sami sportowcy, przynajmniej ci czołowi, na tym nie ucierpią. Trzeba zatem przyjąć, że nie obetną im o połowę stypendiów, nie zabronią korzystać ze wsparcia spółek Skarbu Państwa, nie ograniczą korzystania z obiektów sportowych, sprzęt będą otrzymywać za darmo i w terminie, no i nie ograniczą śniadań z trzech jajek do dwóch.

Patrząc całkiem z boku i całkiem na chłodno, na katastrofę po tych cięciach się nie zanosi. Nie może się zanosić na katastrofę, bo tę już mamy, w większym lub mniejszym wymiarze – w zależności od dyscypliny. Którą chcecie na początek? Może lekką atletykę, której honor na niedawnych mistrzostwach świata w Tokio ratowała Maria Żodzik, jeszcze całkiem niedawno Białorusinka, a dzisiaj już posiadaczka polskiego obywatelstwa? No ale w królowej sportu to przynajmniej jeszcze kilka czwartych miejsc było. No to może zapasy, w których też we wrześniu rywalizowano o medale mistrzostw świata (w Zagrzebiu), tylko że nasi reprezentanci nawet koło medali nie przechodzili, co dopiero mówić o ich wąchaniu. Że co? Że mamy się pocieszać wioślarzami i kajakarzami? No niby tak, ale poczekajmy do igrzysk olimpijskich w Los Angeles. Mamy lecieć dalej? Przebijać się przez kolejne dyscypliny, które są, a jakoby ich nie było, ale które skwapliwie wyciągają dłonie po dotacje?

Już za parę miesięcy, we Włoszech, będziemy mieli igrzyska zimowe. Z kogóż to stworzymy sobie listę życzeń albo raczej marzeń; kandydatów do miejsc na podium? Ze skoczków? A może z biathlonistów? A może z biegaczy? Cóż, odzywa się tęsknota za Małyszem, Stochem, Kowalczyk, Sikorą. Niewiele tych zimowych tęsknot mamy, ale jeszcze mniej nadziei, że ktokolwiek osiągnięciom tych właśnie wymienionych i jakże nielicznych jest w stanie dorównać. Skoro o igrzyskach mowa, to jak tu nie odwołać się do wspomnień o Paryżu 2024 i do tych skromnych dziesięciu medalików, a każdy wyglądany z wielkim utęsknieniem. Dodajmy tylko, że osiem z tych dziesięć krążków zostało zdobytych przez panie, co mogłoby sugerować, że w panie właśnie warto inwestować, w panów niekoniecznie albo przynajmniej z większym umiarem.

Z drugiej strony, czy ci, którzy sięgają po medale, są wytworem polskiego systemu szkolenia? Czy raczej produktem swojego własnego talentu, zapału, a przede wszystkim własnej (i najbliższych) skłonności do wyrzeczeń? No to czy bardziej im by się należało pomóc indywidualnie niźli pakować pieniądze w niewydolne związki, które – jak wskazuje praktyka – przejadają je ze smakiem, a nie pożytkują z dobrym skutkiem dla sportowców?

Innymi słowy – czy polskiemu sportowi zrobi różnicę fakt, że w 2026 roku pieniędzy będzie o połowę mniej niż w roku 2025 (jeśli oczywiście do tak gwałtownego cięcia dojdzie)? Na odpowiedź nie będziemy długo czekać. I niemal z góry możemy przesądzić, jaka ona będzie.