Sport

Co zapamiętamy z Malilli?

Odwiedzając Szwecję przy okazji żużlowej Grand Prix, mieliśmy okazję bliżej przyjrzeć się speedway'owi w kraju, który jeszcze nie tak dawno był absolutnie wiodącym w tej dyscyplinie sportu.

Fredrik Lindgren - ostatni liczący się w Grand Prix Szwed. Fot. Marcin Karczewski/PressFocus

Jeszcze na początku XXI wieku szwedzka Elitserien była najlepszą żużlową ligą świata, mocniejszą od naszej Ekstraligi. To tam ścigały się niemalże wszystkie światowe gwiazdy, a zarobki aż tak bardzo nie odstawały od polskich stawek. Obecnie szwedzki żużel od naszego dzieli przepaść, i to większa niż 32 punkty różnicy pomiędzy liderem cyklu Grand Prix Bartoszem Zmarzlikiem, a trzecim Fredrikiem Lindgrenem.

Lindgren to zresztą w tej chwili ostatni rajder z tego kraju na światowym poziomie. - Jak skończy karierę, Szwedzi przez długie lata nie będą mieć zawodnika w cyklu Grand Prix - powiedział nam niedawno w rozmowie trener Piotr Żyto, który jakiś czas temu pracował w szwedzkich klubach. Trudno się ze szkoleniowcem ROW-u Rybnik nie zgodzić, ponieważ pomiędzy Lindgrenem a resztą szwedzkich zawodników zrobiła się ogromna wyrwa. Jeśli „dziką kartę" na ostatni turniej w Malilli otrzymał 35-letni Kim Nilsson, na co dzień ścigający się na trzecim poziomie w Polsce, to z żużlem u naszych północnych sąsiadów nie może być zbyt dobrze.

Zanim przejdziemy do Malilli, zatrzymamy się na chwilę w Vetlandzie, którą odwiedziliśmy na początek długiego lipcowego weekendu na szwedzkiej ziemi. Niegdyś mistrz i czołowy ośrodek w kraju obecnie startuje jedynie na drugim poziomie rozgrywkowym i już nie jako VMS Elit, a Njudungarna. W czwartkowy (3.07) wieczór zmierzyli się z Ornarną Mariestad. Od wejścia na obiekt spotkała nas miła niespodzianka, jaką są ręcznie przygotowane przez dzieci z miejscowego przedszkola koperty z akredytacjami. Na co dzień tworzą fan club dopingujący na trybunach. Dziennikarze i fotoreporterzy za bardzo tu nie zaglądają, a już na pewno nie z innych krajów, więc możemy założyć, że nasza obecność została odnotowana jako atrakcja.

Miłośnicy zwolnienia tempa i spokoju czuliby się tam jak ryba w wodzie. U Szwedów nie ma znanej u nas napinki, przerośniętego ego działaczy i wszechobecnej presji. Jest żużel, którym można się cieszyć i delektować. Podobnie jak niezwykle popularnymi tam kiełbaskami i hamburgerami na stadionie. W odróżnieniu od sposobu serwowania dań na naszych obiektach, tam kibic sam dobiera sobie dodatki oraz sosy z dużych, zawieszonych obok stoiska tub. Kibiców nie ma za wielu, ale ci, którzy przychodzą, chcą po prostu miło i przyjemnie spędzić czas na świeżym powietrzu. Z dziennikarskiego obowiązku dodajmy, że gospodarze wygrali dość pewnie - 54:42 (na drugim poziomie w Szwecji rozgrywanych jest szesnaście wyścigów), choć jeszcze po 11. biegu był remis 33:33. Cztery kolejne biegi Vetlanda wygrała jednak 5:1, a po meczu jej zawodnicy w nagrodę dostali kwiaty od pań związanych z klubem gospodarzy.

Szwedzka runda Grand Prix rozgrywana jest w Malilli od 2014 roku (z przerwą na Hallstavik w latach 2018-19), ale niewykluczone, że ta rozegrana w sobotę była ostatnią w niewielkiej, niespełna półtoratysięcznej miejscowości. Powód? Malejąca frekwencja, która już przed rokiem skłaniała promotorów do zmiany lokalizacji. Teraz nie było najgorzej, ale pytanie: jaki procent pośród wszystkich kibiców stanowili Szwedzi? Na trybunach sporo było flag polskich (zdecydowanie najwięcej), duńskich, niemieckich, słowackich, czeskich, a nawet norweskich, bo liczna grupa fanów przyjechała za startującym w juniorskim czempionacie Mathiasem Pollestadem. Szwedzi są w odwrocie, poza Lindgrenem nie mają rokujących zawodników i to przekłada się na zainteresowanie. W kuluarach mówiło się, że w 2026 roku zawody zostaną przeniesione do oddalonego o godzinę z hakiem na północ (niecałe 90 km) Vastervik, gdzie zdaniem Szwedów zainteresowanie będzie większe. Dla Discovery wprawdzie nie kibice na stadionie, a interesujące eventy do pokazania w telewizyjnym obrazku są priorytetem, ale pod tym względem w Malilii ostatnio jest również coraz gorzej.

Ogólnie na żużel w szwedzkim wydaniu nie ma jednak co specjalnie narzekać. Ma on formę, za jaką w Polsce wielu kibiców tęskni - na luzie, bez mikroruchów, komisarzy i nadąsania, a zamiast plastikowych krzesełek siada się na drewnianych ławkach. Co mocno rzuca się w oczy, a w zasadzie uszy, to stare dobre rockowe brzmienia w przerwach między biegami. Nie ma też wielkich obaw o to, że zawody się nie odbędą, nawet jeśli spadnie większa ilość wody, co akurat w Skandynawii całkowicie normalne i niezbyt przyjemne. Ciężki sprzęt potrafi poradzić sobie z torem, który nad Wisłą z pewnością nie zostałby dopuszczony do zawodów. Zawsze można też nawieźć nowej nawierzchni. Kłopotliwe jest jedynie dotarcie do samej Malilli, czy innych żużlowych miejscowości, które położone są stosunkowo blisko siebie. Droższa opcja to płynięcie promem do Karlskrony. Samolotem jest kilka, a czasami nawet kilkanaście razy taniej, ale ten wariant wiąże się z koniecznością wynajęcia samochodu na miejscu. Szwedzki żużel zobaczyć i poczuć z bliska na pewno warto. Póki jeszcze jest...

Mariusz Rajek