Co się wydarzy wiosną
Liga zbliża się wielkimi krokami. Jedno jest pewnie – do 25 maja, kiedy zaplanowano ostatnią kolejkę, sporo będzie się działo!
Pomocnik Lecha Antoni Kozubal ma za sobą szaloną jesień. Teraz chce, żeby było… jeszcze lepiej. Fot. Krzysztof Porębski / Press Focus
Trzy wielkie nazwiska
W tym wieku tylko trzech trenerów sięgnęło po więcej niż jedno mistrzostwo Polski. Kto jest w tej doborowej grupie? Jako pierwszemu udało się to Henrykowi Kasperczakowi, który triumfował z krakowską Wisłą (2003-04). Dwa mistrzostwa ma zmarły niestety w czerwcu zeszłego roku Orest Lenczyk – w 2001 z Wisłą i 11 lat później ze Śląskiem. Aż cztery tytuły z kolei ma Maciej Skorża, dwa z „Białą gwiazdą” (2008-09) i dwa z Lechem (2015 i 2022). Poza tym nie ma nikogo, ale za parę miesięcy może się to zmienić. Za plecami lidera z Poznania czai się przecież Raków trenera Marka Papszuna i mistrz Polski „Jaga” Adriana Siemieńca. Jeśli któryś z nich wygra ligę, dołączy do wybitnego trenerskiego tria. Obaj wygrywali przecież ligę w dwóch ostatnich latach. Coś pozytywnego dla Nielsa Frederiksena? Na liście trenerów z mistrzostwem są też zagraniczne nazwiska i jest ich całkiem sporo, bo Dragomir Okuka, Werner Liczka, Robert Maaskant, Henning Berg, Stanisław Czerczesow, Dean Klafurić i Aleksandar Vuković.
Awans w tabeli… wszech czasów
Jeśli jesteśmy przy poznańskiej lokomotywie, to sukces może zanotować już w piątek wieczorem, o ile oczywiście uda się pokonać przy Bułgarskiej Widzew. O co chodzi? Wiemy, jak stabilna jest sytuacja w tabeli wszech czasów ekstraklasy. Przez lata Ruch Chorzów był na jej szczycie. Świetne lata 30., potem 50. XX wieku. Teraz dla „Niebieskich” nie ma dobrego czasu, przynajmniej w elicie. Do piątku chorzowianie będą na 4. miejscu, za Legią, Wisłą i Górnikiem, a właśnie przed Lechem. W przypadku wygranej „Kolejorza” klasyfikacja się zmieni, bo między obu klubami są ledwie trzy punkty różnicy, a poznaniacy mają lepszą różnicę bramek.
Jeśli jesteśmy przy tabeli wszech czasów, to spory awans może zanotować w tej rundzie Raków, który na razie jest na 30. miejscu. 31 zdobytych punktów wiosną da przeskoczenie Bełchatowa, Amiki, Arki i awans na 27. lokatę. Częstochowianie rozgrywają jednak dopiero swój 10. sezon wśród najlepszych, gdzie im tam do Ruchu z 78 sezonami czy Lecha z 64. Liderem jest Legia z 88 grami w elicie. Wisła z Krakowa ma o sześć mniej.
Klub setników czeka
Jeśli jesteśmy przy historycznym aspekcie ekstraklasy, to nie sposób nie spojrzeć też w stronę lidera, kapitana i najlepszego strzelca mistrza Polski Jagiellonii Białystok. Sezon jest dopiero w połowie, a Jesus Imaz w lidze już ma strzelonych 10 bramek, a łącznie ze wszystkimi grami to aż 15. Doświadczony, bo 34-letni piłkarz, pierwsze gole w ekstraklasie strzelał dla Wisły Kraków, a siódmy sezon robi to dla klubu ze stolicy Podlasia. Hiszpan ma ich już na koncie 91 i jest o krok od ekskluzywnego „Klubu 100” ekstraklasy, w którym są najlepsi strzelcy w blisko stuletniej historii ligowych rozgrywek. Jest ich tam ledwie 33, a listę otwiera Ernest Pohl ze 186 golami. W tym gronie jest na razie tylko jeden obcokrajowiec, Portugalczyk Flavio Paixao ze 108 bramkami. Imaz – jeśli utrzyma swoją dyspozycję z jesieni – już w maju może być w klubie setników, choć w ekstraklasie, w której gra od 2017 roku, jeszcze nie udało mu się zdobyć więcej niż 15 goli na sezon. Jego rekord to 14 bramek dla „Jagi” w rozgrywkach 2022/23. Jeśli zdrowie dopisze, to ten wynik z pewnością zostanie pobity.
Grać jak najwięcej
Jedni strzelają, a drudzy… grają. W gronie ligowych piłkarzy, którzy w ekstraklasie czy wcześniej I lidze, czyli w najwyższej klasie rozgrywkowej rozegrali więcej niż imponującą liczbę 400 gier, jest ledwie 9. Ranking otwiera Łukasz Surma, który jako jedyny przekroczył pół tysiąca. Ma tych gier w Wiśle, Lechii, Legii i Ruchu aż 559. Za nim Marcin Malinowski (458) i Marek Chojnacki, który przewodził przez lata z liczbą 452. Powoli do „400” zbliża się Rafał Janicki, który na liczniku ma 366 meczów. Z grających w lidze zawodników nikt od filara defensywy Górnika nie jest lepszy. W weekend nie poprawi wyniku, bo pauzuje za kartki, ale potem może nabijać kolejne spotkania. – Nie patrzę w statystyki. To dziennikarze mi o nich przypominają. Jak będzie 400, to będziemy mogli porozmawiać – mówi nam z uśmiechem Rafał Janicki, który w lidze w barwach Lechii debiutował w 2010 roku.
Od Szymkowiaka do Kozubala?
Każdy gra o coś. Wiadomo, nadrzędny jest cel klubu, indywidualne osiągnięcia to wtórna sprawa. Prawdziwy zawodowiec zawsze przełoży dobro zespołu, w którym występuje, nad swoje interesy. Ale oczywiście miło jest, kiedy cię wyróżniają, tym bardziej, jeżeli mowa o młodym zawodniku. W jednym z najstarszych futbolowych rankingów w polskiej lidze, a chodzi o „Złote buty” naszej redakcji, na pierwszym miejscu po pierwszej części rozgrywek jest Antoni Kozubal. Rok temu walczył z GieKSą o awans do ekstraklasy. Teraz jest najbardziej wartościowym zawodnikiem ekstraklasy, wycenianym na 6 mln euro. Zadebiutował w reprezentacji Polski, jest czołowym zawodnikiem lidera, prowadzi w „Złotych butach”. Po 18 kolejkach ma 104 punkty. Za nim znajdują się Repka z GKS-u (97) oraz Kolouris, Rocha i Szromnik (po 95).
– Nie spodziewałem się, że to tak się potoczy, że cała ta praca tak się zwróci. Cieszę się, że tak się to potoczyło i robię oczywiście wszystko, żeby dalej tak było, żeby w kolejnej rundzie dalej wszystko podtrzymać, a może, żeby było jeszcze lepiej. To moje cele – mówił nam niedawno 20-letni Kozubal. W historii „Złotych butów”, w których w pierwszym rankingu w 1957 roku triumfował Edward Szymkowiak z Polonii Bytom, niewielu lechitów wygrywało. W 1980 był to bramkarz Piotr Mowlik, potem w 1999 Maciej Żurawski, w 2009 Manuel Arboleda, a w mistrzowskim sezonie 2014/15 Marcin Kamiński. Czy Kozubal będzie piątym graczem w tym doborowym gronie?
Liga i dwa puchary
Jesienią i Jagiellonia, i Legia zagrały po 30 spotkań. Takiej dawki nie mieli nawet gracze w lidze angielskiej, która słynie z meczów co kilka dni. Teraz kluby z Warszawy i Białymstoku nie zwolnią i… oby dalej sporo grały, a myślimy o europejskich pucharach, gdzie „Jaga” walczy w lutym w 1/16 Ligi Konferencji z serbskim TSC Backa Topola, a legioniści są już w 1/8 tych rozgrywek i czekają na rywala, którym może być… Jagiellonia. Jest na to 50 procent szans, bo najpierw jednak „Żubry” muszą odprawić Serbów. Oba kluby grają też w Pucharze Polski i… kłócą się, kiedy grać ze sobą w ćwierćfinale tych rozgrywek. Jagiellonia chce w czwartek 27 lutego, a legioniści dzień wcześniej. Zdaje się, że spór będzie musiał rozstrzygnąć Polski Związek Piłki Nożnej. Oba kluby walczą na trzech frontach i nie chcą zaniedbać żadnego szczegółu.
Michał Zichlarz