Sport

Cenę znam. Ale nie tylko o nią chodzi

Rozmowa z Lukasem Podolskim, piłkarzem Górnika, ewentualnym nowym właścicielem zabrzańskiego klubu

Lukas Podolski w polskiej Drużynie Legend... Fot. PAP / Art Service

Czy spodobał się panu pomysł Meczu Legend, rozegranego w niedzielę na Stadionie Śląskim?

– Fajnie, że takie mecze są. I fajnie spotkać się – z jednej strony – z kolegami, z którymi grałem w reprezentacji Niemiec albo przeciwko nim w Bundeslidze. Z drugiej – z reprezentantami Polski, naprzeciw których stawałem w meczach międzypaństwowych. Myślę, że i dla kibiców była to sympatyczna rzecz: przypomnienie tych, którzy wiele zrobili dla futbolu.

Wrażenia z występu w koszulce z orzełkiem?

– Moja historia związana z taką koszulką jest ogólnie znana. Wiadomo, że mogła się potoczyć inaczej. Kiedy byłem mały i przyjeżdżałem do Sośnicy, grałem z kolegami na asfalcie i zawsze gdzieś ta biało-czerwona koszulka między nami była.

Początkowo pomysł występu pana w obu drużynach został odrzucony. A jednak pan zagrał w polskim zespole. Długo namawiali?

– Poprosili, zapytali – dla mnie żaden problem. Cel jest prosty: zawsze gramy dla kibiców. Na trybunach było wiele dzieciaków: dobrze im przypomnieć piłkarzy sprzed lat, bo one mają dziś zupełnie innych, nowych idoli.

Czuł pan różnicę między zespołami, kiedy zakładał pan dwie różne koszulki w różnych połowach?

– Takie mecze nie są po to, by porównywać, kto ma lepszą jakość. Chodziło o to, by dla widzów stworzyć dobre widowisko; pokazać, że wciąż gramy dobrą piłkę. Nikt nie odpuszczał. Rozmawiałem już w trakcie gry z kolegami z reprezentacji Niemiec: szkoda, że jako kraj i jako federacja nie organizujemy więcej takich spotkań. Robią to w Niemczech kluby: Borussia, Bayern. Polska też ma tę swoją reprezentację: widziałem ostatnio jej występ w telewizji, w meczu za oceanem, z Meksykiem chyba.

Wiele gwiazd pojawiło się na murawie, ale najwięcej autografów rozdał Lukas Podolski. Miłe?

– To normalne, że się docenia każdego kibica: ultrasa za bramką i dzieciaka na trybunie rodzinnej. Płacą pieniądze, żeby cię zobaczyć, a ty grasz dla nich. Zawsze – przez szacunek – staram się porozdawać podpisy i zdjęcia. Dzieciak, któremu podpiszesz koszulkę albo odwiedzisz go w szkole, nie zapomni o tym. A piłka bez kibiców nie ma sensu.

Po takim meczu „mądrale” pewnie z oburzeniem będą pytać: „Czemu Niemiec zagrał w z orzełkiem?”. Nie boi się pan tego?

– Ja się w życiu niczego nie boję. Zawsze będą ludzie, którzy z czymś się nie będą zgadzać. Jakbym się miał wszystkimi komentarzami w social mediach przejmować, to musiałbym tylko siedzieć w pokoju i płakać. Nie mam takiego charakteru.

Zakłada pan, że skoro pierwszy krok został zrobiony, czyli zagrał pan z orzełkiem, być może będą i kolejne? Że poleci pan z Biało-czerwonymi na następny mecz, do USA na przykład?

– Jak będzie im brakować zawodników, to czemu nie? Jak tylko będę wolny, bo oczywiście najpierw muszę skończyć granie ligowe. Ale sam jestem ciekaw, czy te kolejne mecze będą. Bo wiem, że federacje krajowe nie pomagają w tych inicjatywach. W Niemczech ta drużyna legend też nie ma wsparcia związku. Nie dostajemy sprzętu, na koszulkach nie ma oryginalnego herbu zespołu narodowego. Sporo o tym rozmawialiśmy zresztą w szatni. Za te wszystkie zasługi, za reprezentowanie i reklamowanie kraju i związku, te drużyny – mówię również o polskiej – powinny dostać jakieś wsparcie. Choćby pokrycie kosztów wyjazdu.

Ten mecz był okazją do spotkania m.in. z Fredim Bobicem, który dziś jest dyrektorem Legii. Mieliście okazję porozmawiać o polskiej ekstraklasie? Nie zamierza kupić klubu w Polsce?

– On już w Legii przyjechał na gotowe, ja muszę do tego jeszcze dojść (śmiech). Ogólnie – jak mówił – dobrze mu się w Polsce pracuje i żyje. Przyznał, że pierwszymi wrażeniami i rozmowami był bardzo pozytywnie zaskoczony. Nie wiem, może gdyby zaczął od Zabrza, to by... wrócił do Niemiec (śmiech). Ale ośrodek treningowy i akademia Legii wzbudziła jego uznanie. „Nie macie się czego wstydzić na tle Niemiec” – powiedział. Na koniec jednak przyjechał do Zabrza – pochwalił stadion, choć i pokiwał głową nad nieskończoną trybuną, a potem 1:3 przegrał z Górnikiem. Dlatego tu, na Śląskim, musiałem mu dać asystę, żeby mógł sobie humor poprawić (śmiech). Swoją drogą w moim debiucie reprezentacyjnym w 2004 zastępowałem na boisku właśnie Frediego!

Tą asystą spłacił pan wobec niego historyczny dług!

– No tak. I wartość nas obu na transferowym rynku poszła w górę (śmiech).

A co z wartością Górnika? Nowy prezydent ostatnio publicznie ogłosił, że porozumienie o sprzedaży klubu jest coraz bliżej i może w ciągu miesiąca się dogadacie.

– Nie określam czasu zrealizowania tego interesu. Tak samo jak nie powiem publicznie, że gramy o mistrza czy o puchary – każdy by mnie po sezonie zastrzelił, gdyby się nie udało zrealizować tego celu. Podobnie jest z prywatyzacją. Jeśli to będzie miesiąc – fajnie. Jeśli trzy, cztery, pięć – też będzie OK.

Jest pan pewien, że miasto rzeczywiście chce Górnika sprzedać? Bo sam proces ciągnie się i ciągnie...

– Nie wiem, nie wejdę ludziom do głów. Ale negocjacje są, i to zaawansowane. Tyle że kupując auto czy mieszkanie, w każdej chwili możesz się z transakcji wycofać, bo coś ci nie spasuje. Tak samo jest z klubem. Ja nie mogę polegać na tym, co ktoś powiedział. Muszę mieć wszystko na papierze.

Ale pan zna cenę za klub? Widział ją pan na – jak pan mówi – papierze?

– Tak, znam cenę.

I jaki jest pański stosunek do tej ceny?

– Rzecz w tym, że tu nie chodzi tylko o cenę. Górnik ma też długi, nie jest rozwiązana kwestia stadionu, który wciąż nie jest jeszcze gotowy. I nie ma kasy na jego dokończenie. To nie jest przypadek Pogoni Szczecin, gdzie wystarczyło wejść, spłacić długi, a cała reszta – stadion, akademia z zapleczem – były gotowe. Podobnie rzecz się miała z Koroną Kielce. Tu jest wiele innych znaków zapytania: akademia, w którą trzeba zainwestować czy murawa, którą trzeba wymienić. Kto ma za to zapłacić?

A jeśli porozumienia nie będzie?

– Nie zawsze znajdzie się Sarapata, którego będzie można sprzedać i mieć z tego pieniądze na funkcjonowanie. Miasto musi mieć świadomość, że jeżeli nie zmieni się właściciel Górnika, ono samo będzie go musiało wspierać. Bo w tej chwili – poza kwotami przekazywanymi na spłatę klubowych obligacji – nie daje żadnych innych pieniędzy na klub. A wciąż jest właścicielem.

Kolejne zmiany rządzących nie przyspieszają procesu sprzedaży...

– Prezydent Żbikowski jest konkretny: naciska na spotkania, na rozmowy. Mam wrażenie, że mu zależy na zamknięciu tematu. Za to – wydaje mi się – nosem kręcą członkowie tej rady, która ma doprowadzić transakcję do końca.

Tematy, które pan podnosi, czyli utrzymanie i rozwój akademii czy stadion, „leżą” na stole podczas tych rozmów?

– Oczywiście. Ale ich rozwiązania na razie nie ma. Negocjacje są trudne, twarde. Nie powiem, że wszystko jest źle, ale też nie wszystko – z mojego punktu widzenia – przebiega super. Zależy mi zwłaszcza na akademii. Klub i region zasługuje na profesjonalną akademię, ale żeby taka mogła być, należy w nią dużo zainwestować, by zdolne chłopaki nie uciekały z Górnika. A w Zabrzu zbyt często mydlimy sobie oczy, że wystarczy pomalować ściany w budynku na obiekcie Walki i już wszystko jest fajne.

Rozmawiali i notowali
Dariusz Leśnikowski i Michał Zichlarz

... i w barwach niemieckich. Fot. PAP/ArtService