Sport

Bomba wybuchła. Co dalej?

Z siłą dziesięciu megaton spadł na Polskę konflikt, który już rozpala w narodzie nie mniejsze emocje niż ostatnie wybory prezydenckie.

Konflikt z gatunku fundamentalnych, po których świat nie zostaje już ten sam… Co prawda ten dotyczy jedynie reprezentacyjnej piłki nożnej, stwierdzą niektórzy, ale przecież inni z pewnością dokładnie w tym samym momencie wykrzykną, że… „aż”! Aż, bo przecież futbol nie jest sprawą życia i śmierci, lecz czymś zdecydowanie ważniejszym!

Jesteśmy oto świadkami niecodziennego momentu: dotychczasowy porządek zawalił się z hukiem. Jesteśmy świadkami starcia na śmierć i życie między selekcjonerem reprezentacji Polski a jej najsłynniejszym zawodnikiem, takim, który rozpala wyobraźnię najmłodszych. Robert Lewandowski o tym doskonale wie. Wie, że wzniósł się na poziom niewyobrażalny, wie, że w zbiorowej świadomości społecznej zdołał zająć trwałe miejsce. Udaje się to ledwie kilku, kilkunastu jednostkom na pokolenie. Cóż, nie ulega wątpliwości, że RL9 to jeden z najwybitniejszych piłkarzy polskich, dla wielu wręcz z pretensjami do pierwszeństwa w klasyfikacji zawodnika wszech czasów.

Nigdy nie miałem wątpliwości, że jest futbolowym zjawiskiem, dlatego bardzo przykro mi, że na sam koniec kariery decyduje się na ruch, którym wyraźnie zaznacza, że jest ważniejszy - według niego samego - niż reprezentacja. Doskonale widać to po komentarzu, na który się zdobył po decyzji Michała Probierza o zabraniu mu kapitańskiej opaski. A właściwie jedno zdanie z tego komentarza, ostatnie. Zwróćcie na nie szczególną uwagę, bo odsłania Lewandowskiego, to negliż. „Mam nadzieję, że będzie dane mi jeszcze zagrać dla najlepszych kibiców na świecie (i na koniec ikonka z polską flagą)”.

To ostatnie zdanie mnie zmroziło. To już nawet nie puszczenie oczka, ale postawienie sprawy wprost. „Mam swoje lata, więc się pośpieszcie”. I teraz najgorsze: urażona duma (niektórzy nazwaliby to pychą), sprawia, że ten znakomity piłkarz nie zwraca w ogóle uwagi na moment, w którym detonuje bombę. Otóż dzieje się to tuż przed jednym z najważniejszych meczów reprezentacji w tym rozdaniu eliminacyjnym, kto wie, czy nie najważniejszym. To wóz albo przewóz: wynik meczu w Finlandii zdecyduje, czy rozdajemy karty, czy – jakby to powiedział Paul Breitner – „jesteśmy barwną kropką w tej grupie”.

Robert Lewandowski w Chorzowie podczas meczu z Mołdawią. Nikt nie spodziewał się chyba jeszcze co zdarzy się za kilkadziesiąt godzin... Fot. Mateusz Sobczak/PressFocus

Czyżby Lewandowski nie brał tego pod uwagę w gniewie, który na niego spadł? A może… właśnie wziął? Nie śmiem nawet pomyśleć, że można by wpaść na coś w stylu: „dobrze byłoby, żeby w Finlandii przegrali, będę wtedy mógł wrócić z nowym trenerem na białym koniu, jako zbawca”…

Ktoś powie: ale przecież to Probierz rozpoczął konflikt, zabierając Lewemu kapitańską opaskę. Naprawdę? Od opaski zależy świat? Czy jest ona złotym runem, Paititi, zaginionym miastem Inków, klejnotami koronacyjnymi Jana bez Ziemi? Naprawdę? Jakub Błaszczykowski, mimo żalu o okoliczności zabrania opaski, turniej życia - Euro 2016, zagrał już bez niej - właśnie u Adama Nawałki, szkoleniowca, który mu ją odebrał. Lewandowskiego nie było stać na taki krok, a przecież to… tylko opaska, jedynie funkcja honorowa! Czy naprawdę tak ważna, by nacisnąć detonator?

Jeszcze w piątek nic nie wskazywało na detonację. Obaj stali obok siebie podczas hymnu, bo Lewandowski nieoczekiwanie przerwał urlop i przyjechał do Chorzowa w koszulce z wizerunkiem Grosickiego. Co prawda Lewandowski na Probierza w ogóle nie spojrzał, jakby go ignorował, ale przecież gdy odśpiewali – przybili piątkę, widzieliście?

Także dlatego to, co się stało, przyjmuję z wielkim rozczarowaniem. Jego ruch to nic innego jak naruszenie kardynalnych zasad. KAR-DY-NAL-NYCH: reprezentację zawsze bowiem układa selekcjoner, to on za nią odpowiada. Ten ruch to zwyczajny szantaż: „albo ja, albo on, zabrał mi opaskę kapitańską więc wrócę, kiedy go zrzucicie”. Kiedy ambicja przesłania rozsądek, zawsze traci ten, któremu przesłania. Tym razem stracić może jeszcze polski futbol. Wizerunkowo już traci.

Przypomina mi się konflikt z drugiej połowy lat 90. Wówczas Antoni Piechniczek, rozpoczynając drugą kadencję, nie mógł pogodzić się z zachowaniem podczas zgrupowania niektórych piłkarzy, z ich dezynwolturą. Nie mógł pogodzić się z tym, że Wojciech Kowalczyk z pogardą kopie bułki, które były prowiantem. Stało się, jak chciał „Kowal". Reprezentacja zmieniła szyld i… pojechała dalej. No i co to dało? Wywaliła się w rowie pod Sztokholmem niczym wóz drabiniasty bez woźnicy… (czytaj: straciła szanse na awans w wyjazdowym meczu ze Szwecją w sposób bezdyskusyjny, wiem, co mówię, widziałem to z trybun). Oczywiście – Lewandowski jest człowiekiem inaczej ułożonym niż Kowalczyk, knajackie zaczepki, wulgarne przekomarzanki go nie rajcują, nie traci na to energii. Różnią się. Styl romański i barok też się różnią… Wymowa według mnie jest ta sama: „nie pasuje mi trener, zmieńmy go”.

A przecież nie można mieszać pojęć. Nic dobrego z tego nie wynika. Selekcjoner jest – jak sama nazwa wskazuje od selekcji. Piłkarz jest – jak sama nazwa wskazuje – od gry w piłkę. Jeśli selekcjoner nie daje rady stworzyć reprezentacji, która spełni oczekiwań – odchodzi. To jego odpowiedzialność. Piłkarz zawsze ma szansę pokazać się u następcy. Lewandowski doskonale zdaje sobie z tego sprawę.

Co dalej? Co może się stać? Wszystko. Niektórzy twierdzą, że reprezentacja się pali. Nie mam tej pewności. Oczywiste, że wielki wpływ na przyszłość – z pewnością najbliższą, a pewnie i tę dalszą - będzie miał wynik eliminacyjnego meczu z Finlandią. Prawda jest taka, że trener zawsze broni się wynikami. Jeśli w Finlandii wygra – jego oponenci będą mogli mu najwyżej przynieść zapałkę, żeby odpalił cygaro. Jeśli będzie łomot - chór domagających się jego dymisji połączy się z chórem wielbiącym Lewandowskiego w rwącą rzekę presji opinii publicznej, która może selekcjoner zmieść i nic tego nie powstrzyma.

To bardzo ciekawa kwestia: przebieg i wynik meczu z Finlandią, postawa naszych reprezentantów. Z pewnością wielu ludzi będzie oglądać mecz w taki sposób, że jeśli zagrają dobrze – są za Probierzem. Jeśli źle – są za Lewandowskim. W mojej opinii ten schemat to nasze przekleństwo, wręcz zbiorowa przywara Polaków: wszystko musi być - bo nie może być inaczej - częścią wielkiego spisku, w którym jesteś z nami albo przeciwko nam…

Jedno jest pewne: Polska jak długa i szeroka ma dziś kształt pytajnika. Pytań bez odpowiedzi rodzi się bowiem mnóstwo. Czy rezygnacja Lewandowskiego może sprawić, że Cezary Kulesza, nolens volens, ulęknie się i selekcjonera zmieni? Czy gdyby do tego doszło: personalia byłyby konsultowane z Lewandowskim?

A czy Lewandowski w ogóle jeszcze do kadry wróci? Czy jego rezygnacja ma dziś taką moc, by popchnąć prezesa Kuleszę do zmiany selekcjonera? A w połączeniu z ewentualną porażką w Finlandii? A jeśli w dodatku zbuntują się sponsorzy, że reprezentację, na którą płacą, pozbawia się jej najbardziej znanej twarzy? Idąc dalej - czy kolejny selekcjoner zacznie kadencję od przywrócenia 37-letniego napastnika i ponownego naciągnięcia opaski na jego ramię? Wreszcie - co z pozostałymi piłkarzami? Nawet jeśli kiedyś zmieni się selekcjoner, to przecież piłkarze pozostaną niemal ci sami. Czy Lewandowski jest przez nich jeszcze na zgrupowaniu mile widziany? Czy wciąż ma w ich oczach mandat, by być kapitanem reprezentacji? Pytań jest mnóstwo.

Żałuję. Żałuję, bo czasem pytania padają w najgorszym możliwym momencie. Odwracają uwagę, zabierają energię. Energia potrzebna jest do awansu na mundial. To jest – zgodzicie się? – najważniejsze. Najgorsze jest, że z tej awantury przegrani mogą wyjść wszyscy.

Paweł Czado