Beznadzieja nadal trwa
Już tylko czubkami palców tyszanie trzymają się krawędzi bezpiecznej strefy 1. ligi.
GKS upada coraz niżej... Fot. Artur Kraszewski/Press Focus
Siódma kolejna porażka (z meczem pucharowym włącznie) stała się faktem i trzeba sporej dozy dobrej woli, by w grze GKS znaleźć coś pocieszającego. ŁKS miał do tej pory podobny bilans – też sześć meczów bez wygranej. W porównaniu z porażką z Pogonią Grodzisk Mazowiecki sprzed tygodnia zespół wyglądał jednak całkiem inaczej. Drużyna ustawiona została bardziej ofensywnie i trzymała się ram taktycznych, a indywidualnie Bastien Toma pokazał wreszcie, że faktycznie wyróżniał się w lidze szwajcarskiej.
I cóż, że nie Robert
Strzelił pierwszego gola efektownym wolejem, kończąc w ten sposób rozgrywanie wyrzutu z autu, który coraz częściej staje się elementem jeszcze groźniejszym niż rzut rożny. Przy drugim golu Julian Keiblinger wbił piłkę do własnej bramki po jego dośrodkowaniu w sytuacji, gdy w pobliżu nie było żadnego zawodnika ŁKS-u, za to aż... czterech tyskich obrońców. Przy trzecim – to on rozpoczął akcję, w której strzał Mateusza Lewandowskiego obronił bramkarz GKS-u, ale nie zatrzymał dobitki Jaspera Loeffelsenda. Dobrze mieć Lewandowskiego w zespole, nawet jeśli nie ma on na imię Robert!
W GKS-ie zmiany w stylu i skuteczności gry nie było, a korekty w składzie były minimalne (po raz pierwszy w tym sezonie nie było w wyjściowej jedenastce Marcina Szpakowskiego). Jeżeli goście mieli szanse na korzystny wynik, to tylko do 40 minuty. W tej fazie gry zepchnęli miejscowych do obrony, ale większej krzywdy im nie zrobili (poza mocnym strzałem Marcela Błachewicza w 26 minucie, wybitym przez bramkarza na róg). Byli natomiast bezradni przy kontrach po odzyskaniu piłki przez ŁKS.
Nikłe nadzieje
Gol Jakuba Tecława, dobijającego piłkę po rzucie rożnym, i obroniony przez obrońcę strzał Kasjana Lipkowskiego dał tylko chwilę nadziei na korzystny wynik. Od tej pory atakował już tylko ŁKS i wystarczyło kolejnych siedem minut, by obrońcy – z Tecławem i Lipkowskim włącznie – pogubili się parę razy i mecz został rozstrzygnięty.
W grze tyszan niewiele można było znaleźć momentów dających nadzieję na lepsze wyniki. W obronie grali za wolno i za mało agresywnie, w ataku nieporadnie. Na tym tle błysnął na chwilę wprowadzony w końcówce urodzony w Gambii Mamin Sanyang, ale i on po jednym z rajdów przez pół boiska pozbawiony wsparcia ugrzązł na polu karnym wśród obrońców rywali. Przy takiej grze nie pomoże drużynie Szpakowski, choćby miał na imię Dariusz.
Mecze ŁKS-u z GKS-em Tychy mają ponad 50-letnią historię, a rywalizacja była z reguły wyrównana. Znana ogólnie jest wzajemna sympatia kibiców obu drużyn – można być pewnym, że teraz Łódź będzie wspierać GKS Tychy. Oczywiście z przerwą na mecz rewanżowy na wiosnę.
Wojciech Filipiak
OCENA MECZU⭐ ⭐ ⭐
◼ ŁKS – GKS Tychy 3:1 (1:0)
1:0 – Toma, 41 min, 1:1 – Tecław, 64 min, 2:1 – Keiblinger, 67 min (samobójczy), 3:1 – Loeffelsend, 71 min.
ŁKS: Bobek – Loeffelsend, Rudol, Craciun, Fałowski – Ernst, Wysokiński (85. Kupczak), Mokrzycki, Norlin – Toma (85. Krykun), Piasecki (57. Lewandowski). Trener Szymon GRABOWSKI.
GKS: Wechsel – Keiblinger, Lipkowski, Tecław, Głogowski – Stangret (46. Kądzior), Kalemba (79. Szpakowski), Bieroński (79. Makowski), Kubik, Błachewicz (69. Sanyang) – Wełniak (69. Rumin). Trener Artur SKOWRONEK.
Sędziował Jarosław Przybył (Kluczbork). Widzów 7 048. Żółte kartki: Norlin – Kubik
