Bez Paryża nie istnieją
Czy francuska Ligue 1 naprawdę jest ligą należącą do najlepszej europejskiej piątki?
Mówisz Francja, myślisz Paris Saint-Germain – no bo kto inny? Fot. Gabrielle CEZARD/SIPA / Sipa / PressFocus
FRANCJA
Od dłuższego czasu w Europie wydzielona została czołowa piątka. W jej skład wchodzą (najwyższe) ligi krajowe Anglii, Hiszpanii, Włoch, Niemiec i właśnie Francji. One tworzą TOP 5, wobec których tworzy się różne porównania i zestawienia. Państwa te mają też najlepszy udział w rozgrywkach europejskich – przede wszystkim cztery kluby w Lidze Mistrzów. Z tej racji mogą rzecz jasna liczyć na premie finansowe i przywilej lepszej pozycji startowej w pucharach. Ale czy Francja pasuje do tego grona?
Gigant, dominator, faworyt
Nie mówimy o reprezentacji Francji. Ona była, jest i będzie potęgą, która spokojnie mogłaby wystawić trzy jedenastki, z których każda rywalizowałaby o mistrzostwo Europy. Francuscy piłkarze są jednak porozrzucani po najlepszych klubach Europy, a w kadrze z rodzimej ligi jest ich zazwyczaj mniejszość – czego nie mogą powiedzieć pozostałe reprezentacje z krajów TOP 5. Co więcej, większość francuskich reprezentantów z Ligue 1 zawsze jest z Paris Saint-Germain. Paryżanie to krajowy gigant, dominator i wieczny faworyt. To zespół przewyższający resztę stawki kilkukrotnie pod każdym możliwym aspektem (może jedynie za wyjątkiem historycznego). Skład PSG jest wyceniany na ok. 923 mln euro. Żeby dobić do tej kwoty i nieznacznie ją przekroczyć, zsumować by się musiały kadry trzech kolejnych najwyżej wycenianych ekip – Monaco, Lille i Olympique'u Marsylia (dadzą miliard). W tym kontekście nie ma co nawet mówić o wynagrodzeniach, bo w tym aspekcie Paryż jest nie tylko najlepszy (albo raczej najdroższy) w całej Ligue 1, ale i w ogóle w Europie i prawdopodobnie na świecie (pojedyncze gwiazdy klubów saudyjskich tego nie uciągną). PSG wydaje rocznie 658 mln euro na pensje, podczas gdy drugi w tym zestawieniu Manchester City – 100 mln mniej. Kolejne zespoły francuskie znajdują się w tym zestawieniu daleko, daleko niżej.
Cały czas nr 5
Należy zastanowić się, jak kształtowałaby się liga francuska bez Paris Saint-Germain. O ile w ostatnich latach czołowa czwórka Starego Kontynentu rotuje się między sobą – głównie dotyczy to Anglii i Hiszpanii oraz Włoch i Niemiec, choć akurat ostatnio Italia przeskoczyła Iberyjczyków – to Francja cały czas obstaje jako siła numer 5. Oczywiście, to nie jest Eurowizja – nie jest to miejsce zajmowane za zasługi i miejsce w europejskiej historii, lecz wynika z konkretnego bilansu punktowego, który jej kluby co roku ustalają. Jednakże... bycie ligą TOP 5 z największą liczbą reprezentantów w pucharach już na początku daje Francji określony pułap punktów gwarantowanych. Potem zaś z robieniem tego bilansu bywa różnie. Aktualny współczynnik Francuzów wynosi 73 pkt, podczas gdy kolejne Niemcy mają ich 86 (Hiszpania 94, Włochy 97, Anglia 115). Bliżej więc jest Ligue 1 do 6. Holandii (67) i 7. Portugalii (62).
Holandia atakuje z cienia
Można więc wyobrazić sobie scenariusz, w którym w najbliższych latach Francja zostaje wyprzedzona w rankingu UEFA przez Holendrów. Na współczynnik wpływ ma 5 ostatnich sezonów – w 3 z nich więcej punktów mieli Niderlandczycy, w jednym lepsi byli Portugalczycy (raz będący z Francją praktycznie na styku). Widząc, jakie wyniki osiąga PSG, nietrudno jest więc się domyślić, że w zdecydowanej mierze to właśnie paryżanie utrzymują swój kraj w gronie kontynentalnego TOP 5! To oni pracują na to, że 4, a nie 3 ekipy występują w Champions League. Jasne, że Paryż miał też słabsze sezony, ale w 7 z 8 poprzednich to oni punktowali dla Francji najwięcej – kilkukrotnie z wyraźną przewagą nad krajanami.
Finałów jak na lekarstwo
Punkty punktami, ale PSG przede wszystkim patrzy na siebie i niezależnie od tego, jak grają Marsylia, Lyon czy Nicea, ono zawsze jest jednym z murowanych faworytów do zdobycia europejskiego pucharu. A jak to było w poprzednich latach? Jak często Francuzi docierali do finałów europejskich rozgrywek? Ten aspekt nie jest dla Ligue 1 korzystny. Raczej sugeruje, by ukrócić kontynentalne TOP 5 na rzecz TOP 4. Sięgnijmy 15 lat wstecz (2010/11). Od tamtej pory w finałach Ligi Mistrzów 10 razy widzieliśmy kluby z Hiszpanii, 9 z Anglii, 5 z Niemiec, 4 z Włoch i 2 z Francji (oczywiście dwukrotnie PSG). Liga Europy? 9 z Hiszpanii, 8 z Anglii, 4 z Portugalii (!), 3 z Włoch, 2 z Niemiec, po jednym z Ukrainy, Holandii, Szkocji i Francji (Marsylia w 2018). Liga Konferencji to świeższy temat, bo były do tej pory tylko 4 finały – 3 Włochy, 2 Anglia, po jednym Hiszpania, Grecja i Holandia. W całym XXI wieku lepiej dla Francuzów nie było, bo doszedłby tylko rok 2004 i dwa przegrane finały – Monaco w Champions League i Marsylii w Pucharze UEFA. Nie zapowiada się, aby w najbliższych latach ktoś niebędący Paris Saint-Germain nagle zawojował Europę, atakując znad Sekwany i Loary.
Piotr Tubacki
