Barber na tafli...
Jestem w pełni zadowolony ze swojej sportowej przygody - wyjawia Tomasz Malasiński, który już otworzył nowy rozdział życia.
Tomasz Malasiński (z prawej) w setnym występie w reprezentacji „ustrzelił" hat trick. Fot. Łukasz Sobala/PressFocus
Można niemal w ciemno założyć, że jest najlepszym hokeistą wśród barberów, a mistrzem nożyczek i maszynki w gronie hokeistów i nikt tego nie podważa. Na dobre zakotwiczył na Wyspach Brytyjskich, gdzie z powodzeniem występuje na drugim poziomie rozgrywkowym i jest jedną z kluczowych postaci swojego zespołu. Jednak powoli zmierza do mety swojej sportowej przygody. - Nie zamierzam wiązać się z hokejem, w którym tkwiłem ponad 30 lat, i mam plan „B”, chyba całkiem realny. Żona pracuje w salonie fryzjerskim, dlatego sam postanowiłem poznać tajniki tego zawodu. Wspólnie z nią pracuję trzy razy w tygodniu i mam nawet już swoich klientów. A hokej? Na razie jeszcze nie kończę (śmiech)! Po zakończeniu gry muszę odpocząć od zgiełku, jaki mi przez lata towarzyszył. Może pojawię na lodowisku, gdy ewentualnie mój syn zainteresuje się kauczukowym krążkiem? – wyjawia 39-letni napastnik Swindon Wildcats, Tomasz Malasiński.
Do szczytu zabrakło...
Mierz siły na zamiary, nie zamiar podług sił – ten zwrot pochodzący z „Pieśni filaretów” Adama Mickiewicza pasuje jak ulał do naszego bohatera.
- (po chwili zastanowienia) Chyba tak, bo zaczynałem jako 6-letni chłopak, a wówczas cały Nowy Targ i okolice uganiały się za krążkiem. Marzyłem o grze w NHL - zaczyna opowieść sympatyczny napastnik. - Na szczyt się nie wdrapałem, ale przecież nie wszyscy go osiągają, niemniej występowałem przez wiele lat w reprezentacji, zdobywałem ważne gole, z klubami sięgałem po mistrzostwo kraju i mam w kolekcji kilka medali. Osiągnąłem sporo, choć zawsze można więcej, ale czuję się spełniony jako sportowiec. To wszystko chyba było na miarę moich możliwości. Może gdybym trenował w innym kraju, w innych warunkach, byłyby nieco większe osiągnięcia. Jednak nie ma co tego roztrząsać, bo rzeczywistość była zgoła inna.
„Malaś”, bo tak od zawsze nazywali go koledzy, w grupie rówieśników zawsze się wyróżniał i wielu trenerów (m.in. Czesław Borowicz, Wiktor Pysz czy Stanisław Klocek) przepowiadało mu karierę.
- Trafiłem do SMS-u w Sosnowcu. Po skończeniu szkoły, choć byłem kuszony przez trenerów, nie wróciłem do Nowego Targu – wspomina napastnik. - Nie chciałem siedzieć w boksie i przyglądać się jak grają inni, a wybrałem ofertę zespołu z Jastrzębia, bo dzięki temu miałem okazję grać, a ponadto miałem bliżej do katowickiej AWF. Jednak po sezonie już znalazłem w Podhalu, który początkowo prowadził Wiktor Pysz, a potem Milan Jančuška, z którym, jak się okazało, byłem związany przez kilka sezonów.
Nie było kolorowo
Gdy Malasiński pojawił się w „Szarotkach”, musiał „odsiedzieć” swoje w boksie, ale też zespół w sezonie 2006/07 sięgnął po złoto, wygrywając rywalizację finałową z GKS-em Tychy 4-1.
- Mój udział w mistrzostwie był niewielki, bo w drużynie roiło się od reprezentantów kraju oraz solidnych obcokrajowców, ja grzecznie czekałem na swoją kolej - śmieje się Malasiński. - Drugie złoto zdobyliśmy w 2010 r. i mogę z satysfakcją powiedzieć, że już grałem - tworzyliśmy solidny atak z Krystianem Dziubińskim i Darkiem Gruszką. W finale pokonaliśmy Cracovię 4-1, a trener powierzył mi poważne zadanie: miałem być „plastrem” dla Leszka Laszkiewicza. Nasz as dorobek strzelecki miał niewielki, bodaj zdobył jednego gola. A tak na marginesie: to nie był dobry czas dla klubowego hokeja. Nawet u nas w czołowej drużynie w PHL zdarzały się historie, że w boksie brakowało kijów. Wyjeżdżaliśmy na lód, a zjeżdżający kolega oddawał kij. O zatorach płatniczych nie wspomnę. Wszystkich to strasznie irytowało, szukaliśmy więc miejsca, gdzie można byłoby rzetelnie wykonywać swój zawód i przy okazji dobrze zarobić.
Uzasadnione przenosiny
Trenerski duet Jančuška – Marek Ziętara przeniósł się do Sanoka, a za nimi poszła szeroka rzesza hokeistów, m.in. Marcin Kolusz i Krzysztof Zapała. „Malaś” dołączył do kolegów nieco później, gdy klub z Sanoka zdecydował się na zapłacenie ekwiwalentu za szkolenie.
- W Sanoku parcie na sukces było ogromne, przy czym zwycięstwa w Pucharze Polski nikogo nie mogły zadowolić - wspomina. - Liczyło się złoto; w końcu trener Ziętara dopiął swego i feta była na całego. Mało kto już pamięta, że w Sanoku występował Wojtek Wolski, bo wówczas był lokaut w NHL. Byłem usatysfakcjonowany sezonem, ale ciągle szukałem swojego miejsca. Powstał ciekawy projekt w Krynicy, gdzie pod kierunkiem ówczesnych trenerów kadry, Igora Zacharkina i Jacka Płachty, zebrano wielu kadrowiczów i miano stworzyć silny zespół. Jednak tajemniczy sponsor nie dojechał i wszyscy poszliśmy w swoje strony. Wylądowałem w Tychach, gdzie wszystko odpowiednio funkcjonowało, jedynie nie było... mistrzostwa. Sanok okazał się lepszy. Byłem tym faktem strasznie poruszony i mocno zniesmaczony. Wiedziałem, że musiałem coś z sobą zrobić...
Skok przez kanał
W 2013 r. Tomasz wziął ślub i wspólnie z żoną Izą doszli do wniosku, że trzeba zmienić otoczenie i oderwać się od naszej rzeczywistości.
- Miałem kontakt z jednym z niemieckich agentów. Poprosiłem go, by poszukał mi klubu blisko Londynu – wyjawia Malasiński. - Miałem propozycję z Guildorf Flames, ale trafiłem do Swindon Wildcates, występujących na drugim poziomie rozgrywkowym. Mieliśmy tam odpowiednie warunki do treningu i życia. Żona mogła się realizować zawodowo, a ja podpisałem kontrakt na trzy lata. Po roku przyszła propozycja z najwyższej ligi, z Peterborough Phantoms, ale zrezygnowałem, bo musielibyśmy mieszkać z żoną osobno. W Swindon nie mogłem narzekać, bo zespół grał w czołówce. Liga przechodziła jednak reorganizację, nie dokończyłem więc kontraktu. Natomiast przyjąłem propozycję z Katowic. Cieszyłem się, że będę grać pod kierunkiem Jacka Płachty, jednak działacze nie doszli do porozumienia z trenerem i zespołem kierował Kanadyjczyk Tom Coolen. Zdobyliśmy wicemistrzostwo i 3. miejsce w Pucharze Kontynentalnym. W kolejnym sezonie przegraliśmy półfinał play offu z Cracovią, a w meczu o brąz pokonaliśmy Podhale. To chyba było wszystko, co mogliśmy „wyrzeźbić” z katowickim zespołem.
Zapuszczone korzenie
Aaron Nell, trener Swindon Wildcates, zawsze komplementował Malasińskiego za postawę na lodzie i poza nim i ucieszył się, że zamierza tam z rodziną powrócić.
- Wszystko przemawiało za tym, byśmy wrócili na Wyspy, bo tu się zadomowiliśmy – wyjawia Malasiński. - Rodzinnie zaczęliśmy się układać już na dłuższy czas. Zacząłem, jak już mówiłem, wdrażać plan „B”, czyli życie poza lodem, a tamtejsza liga stała jeszcze bardziej profesjonalna. Jeżeli trener widzi mnie w składzie, to dlaczego nie mam grać? Nie stawiam sobie granicy, kiedy skończę, ale wiem, że ten czas nadchodzi.
„Malaś” nie lubi się chwalić, ale przez ostatnie dwa lata przewodził drużynie w klasyfikacji kanadyjskiej, zdobywając po 100 pkt w dwóch kolejnych sezonach. To właśnie on potrafił odmienić losy meczu i jest jednym z liderów. „Żbiki” po 4 kolejkach mają komplet zwycięstw i prowadzą w Planet NIHL.
To już było...
Natomiast reprezentacyjny rozdział już dawno został zamknięty. Nasz bohater debiutował w 2006 r. w turnieju towarzyskim w Norwegii za czasów trenera Rudolfa Rohačka, zaś w mistrzostwach świata debiutował w 2009 r. w Toruniu, gdy drużynę prowadził Peter Ekroth. Reprezentacyjną karierę kończył w 2019 r. w MŚ Dywizji 1B pod kierunkiem Tomasza Valtonena. Wówczas pełnił rolę kapitana, ale Biało-czerwonym nie udało się awansować, bo przegrali z Rumunią 2:3 po dogrywce. W sumie rozegrał w kadrze 137 spotkań, zdobywając 37 goli.
- Zawsze byłem do dyspozycji selekcjonerów, grałem w różnych konfiguracjach personalnych i mieliśmy wiele dobrych występów - mówi na zakończenie napastnik. - Jeden będę wspominał do końca życia. 26 kwietnia 2016 r. podczas turnieju mistrzowskiego w Katowicach w meczu ze Słowenią zaliczyłem 100. spotkanie i zdobyłem hat trick. Wygraliśmy 4:1 i wówczas jeszcze mieliśmy nadzieję na awans. Właśnie tego mi brakuje w CV. Trochę z zazdrością patrzyłem jak moi młodsi koledzy mieli okazję zagrać w mistrzostwach elity.
Hokeista rodem z Nowego Targu, zdaniem wielu fachowców, nie wykorzystał w pełni swojego talentu. Niemniej jest zadowolony ze swojej przygody, choć ta jest już na finiszu. Teraz na nowe życie jest wdrażany plan „B”...
Włodzimierz Sowiński
Tomasz MALASIŃSKI – ur. 23.08.1986 r. w Nowym Targu; żona – Izabela; dzieci - Zuzanna (7 lat) i Nikodem (4).
Kluby: Podhale Nowy Targ (wychowanek), SMS Sosnowiec (2002-05), GKS Jastrzębie (2005-06), Podhale (2006-10), Ciarko PBS Bank Sanok (2010-13), 1928 KTH Krynica (do listopada 2013), GKS Tychy (2013-14), Swindon Wildcats (2014-17, English Premier Ice Hockey League, drugi poziom rozgrywkowy), Tauron GKS Katowice (2017-19), Swindon Wildcats (2019-??). W sumie w lidze rozegrał 452 mecze i zdobył 358 pkt (179 goli+179 asyst).
Sukcesy: 3 x mistrzostwo Polski z Podhalem (2007 i 2010) i Ciarko PBS Bank Sanok (2012); 2 x wicemistrzostwo z GKS-em Tychy (2014) i Tauronem GKS-em Katowice (2018); brąz z Tauronem GKS-em Katowice (2019); 2 x Puchar Polski (2010-11) z Sanokiem.
Reprezentacja Polski: 137 występów i 37 goli.
