A może strzelimy ze stałego fragmentu?
Rozmowa z Andriusem Skerlą, 88-krotnym reprezentantem Litwy, byłym piłkarzem m.in. Jagiellonii i Korony, dziś trenerem wicelidera litewskiej ekstraklasy, Hegelmanna Kowno
Gvidas Gineitis (z prawej) wiele takich pojedynków biegowych stoczył w czwartek w Helsinkach. Polacy też będą musieli otoczyć go pieczołowitą opieką. Fot. PAP/EPA
Rozczarowanie po porażce w Helsinkach – nieoczywistej z przebiegu gry – jest na Litwie duże?
- Owszem. Przede wszystkim dlatego, że rozegraliśmy dwie różne połowy. W pierwszej wszystko wyglądało bardzo dobrze, nasza gra była poukładana, strzeliliśmy gola po pięknej akcji. Nic nie wskazywało na to, co się stało zaraz po przerwie. Tymczasem w 15 minut drugiej części straciliśmy wszystko, na co tak ciężko pracowaliśmy w pierwszej.
Co, pana zdaniem, wpłynęło na tak fatalny z litewskiego punktu widzenia przebieg tego kwadransa? Brak koncentracji? Rozkojarzenie?
- Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie jednoznacznie. Odrzucam jednak tezę o braku koncentracji. Jak grasz w reprezentacji, przeciwko silnemu rywalowi, nie możesz wyjść z szatni nieskoncentrowany. Szkoda natomiast, że nam się to zdarza w wielu meczach. Gramy dobrze, i przychodzi moment robienia głupich błędów i tracenia goli. Parę zwycięstw, parę dobrych wyników nam w ten sposób uciekło. W czwartek też.
A generalnie ma pan wrażenie, że reprezentacja robi postęp z meczu na mecz?
- Problemem jest niewielka liczba piłkarzy na wysokim poziomie. Kiedy dwóch-trzech – jak teraz – wypada z powodu kontuzji, trudno jest znaleźć dla nich odpowiednich następców. Oczywiście pech jednego jest szansą dla innego, ale czasem tym następcom trudno wejść na taki sam poziom, jaki prezentują nieobecni.
Kogo – pańskim zdaniem – najbardziej brakowało na murawie w Helsinkach?
- Na pewno grającego w Belgii obrońcy Edgarasa Utkusa. Bardzo dobry sezon ma za sobą Armandas Kučys, też niestety kontuzjowany. Już na treningu reprezentacji urazu doznał bramkarz numer 1, Edvinas Gertmonas. Nie mogę powiedzieć złego słowa o występie jego zmiennika, Tomasa Švedkauskasa. Zagrał bardzo poprawnie, wybronił te sytuacje, które wybronić powinien, bramki straciliśmy bez jego winy. Ale zawodników na co dzień grających poza granicami Litwy nie ma zbyt wielu, nieobecność każdego z nich trudno wyrównać.
Wielką nadzieję litewskiej piłki jest Gvidas Gineitis z Torino. Zagrał w czwartek na miarę swych możliwości?
- Nie. To rzeczywiście – mimo młodego wieku – ważny zawodnik reprezentacji. Bardzo dobrze zagrał w dwóch wrześniowych meczach kadry. A jednak kiedy wrócił do klubu, okazało się, że stracił miejsce w jedenastce. Gdy zaś nie grasz regularnie, trudno byś był w formie. Na dodatek po przyjeździe na zgrupowanie musi mierzyć się z wielkimi oczekiwaniami kibiców litewskich... Nie zagrał zupełnie źle w Helsinkach, ale widziałem już wiele dużo lepszych spotkań w jego wykonaniu.
Przeciwko Polsce, w niedzielę, Litwini zagrają ledwie 72 godziny po trudnym boju w Finlandii. Myśli pan, że będą czuć w nogach tamten mecz?
- To bardzo krótka przerwa dla takiej drużyny, jak nasza. Ja wiem, że Polacy też grali w czwartek. Ale wy macie dużo większą grupę zawodników, z których możecie korzystać w reprezentacji bez utraty jakości gry. Pewnie całkiem sporo ogniw wymienicie w podstawowym składzie. U nas to takie proste nie będzie, więc ten kalendarz gier może mieć wpływ na litewski zespół.
Jakiego obrazu meczu spodziewa się pan w niedzielę? Czy Litwini spróbują – jak momentami w marcu w Warszawie – zaskoczyć Polaków wysokim pressingiem? Czy jednak będzie to przede wszystkim głęboka obrona?
- Kiedy grasz z silniejszym rywalem, zazwyczaj stawiasz na obronę. Będzie zapewne wiele trudnych momentów dla naszej defensywy. Ale na początku meczu liczę jednak na to wysokie „presowanie” i na to, że da nam ono parę dobrych sytuacji. Jestem pewien, że to nie będzie łatwy mecz dla Polski.
A kto – pańskim zdaniem – może okazać się ewentualnym litewskim „czarnym koniem” w tym spotkaniu? Zaskoczeniem dla polskiej defensywy?
- Trudno mi powiedzieć, bo nie wiem, jak fizycznie będą wyglądać Litwini. W Helsinkach nieźle zagrał Dołżnikow, ale on się tam sporo nabiegał... A może „odpali” wspominany Gineitis? Generalnie nie szukam tu indywidualności; raczej wskazałbym na to, że może uda nam się wykorzystać jakiś stały fragment gry?
Widzi pan „pieczęć” Edgarasa Jankauskasa na litewskiej drużynie narodowej?
- Hm.... Dla każdej reprezentacji najważniejszy jest wynik. My go w tym momencie nie mamy. Owszem, trener wprowadza do zespołu młodych piłkarzy, często próbujących sił poza granicami. Grają w swych klubach w Lidze Konferencji, pokazują się. Ale myślę, że na efekty tych działań będziemy musieli jeszcze co najmniej dwa-trzy lata poczekać. Wciąż bowiem brak szerokiego wyboru takich piłkarzy.
Tym bardziej, że futbol nie jest sportem numer jeden na Litwie, prawda?
- Tak, oczywiście, króluje koszykówka. Ale widzę coraz więcej dzieciaków grających w piłkę, a i kibice też coraz bardziej futbol lubią. Najgorsze, że piłka ligowa jest, niestety, na niskim poziomie.
Patrząc na tabelę ligową widać, że stolicą litewskiego futbolu jest w tym sezonie Kowno: Żalgiris pierwszy, pański Hegelmann na drugim miejscu...
- Żalgiris ma zdecydowanie największy budżet w całej lidze i najbardziej poukładany zespół. My jesteśmy pod tym względem średniakiem, ale – jak na te pieniądze – robimy niezłą robotę. Brakuje nam spektakularnego sukcesu. Trzy razy w ostatnich pięciu latach byliśmy w finale rozgrywek o Puchar Litwy i ani razu nie zdobyliśmy trofeum.
Jaki wynik typuje pan na niedzielę?
- Bardzo chciałbym, żeby skończyło się remisem 1:1. Generalnie natomiast macie lepszy zespół niż Finlandia, więc to wy zajmiecie drugie miejsce w grupie i zagracie w barażach.
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
Andrius Skerla z reprezentacyjnych czasów. Fot. Norbert Barczyk/Press Focus
