Zrób to sam

Riwiera Turecka, Andaluzja i Walencja w Hiszpanii, a jako wisienka na torcie Abu Zabi – w tych miejscach szlifują formę polscy ligowcy. A jak radzili sobie z przygotowaniami cztery dekady temu, w realiach stanu wojennego?

Bytomskie Szombierki – tu Roman Ogaza w starciu z krakowską Wisłą – miały swoje sposoby na gospodarkę permanentnego niedoboru, również w pierwszych tygodniach stanu wojennego. Fot. Jerzy Bydliński / archiwum „Sportu”

OPOWIEŚĆ ZIMOWA

Dekret o stanie wojennym, wprowadzony w życie w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku, precyzyjnie regulował życie społeczne w kraju. Na niwie sportowej (ale też kulturalnej) oznaczał zawieszenie wszelkiej aktywności, w tym trwających rozgrywek ligowych. Dochodziły do tego ograniczenia w poruszaniu się po kraju, o wyjazdach zagranicznych nie wspominając. „Zostały zablokowane niemal całkowicie” - „Sport” donosił o tym już na kilka dni przed oficjalnym zamachem stanu, dokonanym przez Wojciecha Jaruzelskiego i resorty siłowe.

Ani Zachód, ani demoludy

A plany w niektórych przypadkach były – zwłaszcza z punktu widzenia socrealistycznej rzeczywistości – arcyciekawe. „Kiedyś zespół, który sięgał po premię półmetka, był trochę uprzywilejowany, miał oko w centrali piłkarskiej, mógł liczyć na ciepłe słowo przy załatwianiu jakiegoś wojażu. (…) Nawet mniej sławne i zasłużone kluby mogły się wyrwać poza krajowe opłotki. Być może wyrwie się i Pogoń. Rozesłaliśmy wici na kilka stron, do Francji, Belgii, Grecji, chcemy wykorzystać wszelkie znajomości i przyjaźnie” – mówił na naszych łamach Jerzy Kopa, trener mistrza jesieni ze Szczecina.

Jeszcze bardziej ambitnie wyglądały zamiary Górnika. „Agent Magnozzi zaproponował tournee po Kolumbii, Ekwadorze i Boliwii złożone z ośmiu meczów. Pozostały czas przeznaczony jest na podróże i na treningi w warunkach – biorąc pod uwagę krajowe – wręcz luksusowych. Tournee potrwa miesiąc” – donosiliśmy na początku grudnia. Sosnowieckie Zagłębie z kolei miało już dopięte wszystkie sprawy z organizacją zagranicznego poligonu w (ówczesnej) Czechosłowacji. Wojna, jaką własnemu narodowi wypowiedział totalitarny reżim, zdemolowała wszystkie plany. Niczym w tytule popularnego programu telewizyjnego o majsterkowaniu kwestię przygotowań do rundy wiosennej każdy z klubów organizował w myśl zasady „Zrób to sam”. No chyba że...

Wojskowi mogą więcej

… mógł liczyć na resortowe wsparcie w obrębie „demoludów”, czyli innych krajów bloku sowieckiego. „Bratni klub Honved zapewnił legionistom bardzo dobre warunki pobytu i treningu” – informował prosto z Budapesztu ówczesny korespondent „Sportu” i hungarysta z wykształcenia, Michał Listkiewicz. Legia – nieprzypadkowo zwana „wojskowymi” – do naddunajskiej stolicy wybrała się w lutym, szukając formy przed czekającym ją w marcu dwumeczem w Pucharze Zdobywców Pucharów z Dinamem Tbilisi. Wcześniej pojechała pod Giewont, po powrocie z ośrodka wojskowego w dzielnicy Kispest wybrała się jeszcze nad Zalew Zegrzyński. Wrocławski Śląsk też dostał zgodę na transgraniczny wypad, ale wyłącznie na sparingowe gry w NRD, z Magdeburgiem (0:0) i Chemie Halle (2:3). Z wcześniejszego, pojesiennego, wypadu do „enerdówka”, Wrocławianie wrócili... w nocy z 12 na 13 grudnia. – A rano obudził mnie odgłos śmigłowców latających nad Placem Grunwaldzkim! - opowiadał mi kiedyś Tadeusz Pawłowski, jeden z piłkarskich symboli Śląska.

Ogrzewanie i kalorie

Tak naprawdę jednak nawet krajowy wyjazd w gospodarce permanentnego niedoboru, będącej cechą ustroju socjalistycznego, nie jawił się rozwiązaniem idealnym. „Kto zagwarantuje nam odpowiednie wyżywienie? Kto da słowo honoru, że sala do zajęć będzie ogrzewana?” – pytał cytowany już Kopa. A redaktor Stanisław Penar zadawał bardzo zbliżone pytanie: „A czy dyrektor Golisz w Kamieniu (ośrodek koło Rybnika, z którego w latach 70. i 80. korzystały kluby i reprezentacja – przyp. aut.) może zapewnić klientów, że otrzymają taką porcję kalorii, która zapewni wyczynowemu organizmowi mocną eksploatację sił?”.

Własny hotel, własna kiełbacha

No więc... zrób to sam! Bałtyk Gdynia kilkunastodniowe zgrupowanie dla swoich zawodników zorganizował w małym hoteliku przy... stadionie. W ten sposób udało się obejść kwestię przedzierania się piłkarzy ze specjalnymi przepustkami przez posterunki wojskowe. – A zajęcia biegowe urządzałem chłopakom na górkach i dołkach, jakie powstały przy trwającej właśnie budowie drogi na osiedle Witomino – relacjonował mi kiedyś ówczesny trener tej drużyny, Marian Geszke. Specyficzne przygotowania pomogły: Bałtyk wiosną u siebie nie przegrał meczu i na długo przed końcem ligi zapewnił sobie utrzymanie. Spadł za to jego sąsiad; czyżby dlatego, że Arka wybrała zgrupowania w Kamieniu i... Bytomiu?

Bytomskie Szombierki z kolei wybrały się do Wisły, dzielnie przedzierając się przez kilka punktów kontrolnych na ledwie stukilometrowej trasie dzielącej oba miasta. Hubert Kostka, ówczesny trener Zielonych, wszystko miał dopięte na ostatni guzik. – Standardowe wyżywienie w ośrodkach wypoczynkowych nie gwarantowało wystarczającej dla sportowca kaloryczności, więc woziliśmy ze sobą własne szynki, kiełbasy, mięso – wspominał po latach. Wszystko za sprawą największej na Śląsku ubojni, funkcjonującej właśnie w Bytomiu, w której udawało się załatwić wymienione wyżej rarytasy. – Sama Wisła zaś, zazwyczaj zatłoczona i pełna turystów, tym razem była zupełnie pusta – dodawał szkoleniowiec, który półtora roku wcześniej dał Szombierkom jedyny w historii mistrzowski tytuł.

Polak potrafi

W tak ekstremalnych warunkach klubowi trenerzy wykuli jednak całkiem niezłą formę swych podopiecznych. Przecież to na rodzimych ligowcach opierała się kadra Antoniego Piechniczka, która pół roku później sięgnęła po trzecie miejsce w świecie. Polak potrafi!

Dariusz Leśnikowski

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się