Zostawmy decyzję selekcjonerowi
Rozmowa z Antonim Piechniczkiem, jedynym polskim trenerem, który dwukrotnie wprowadził reprezentację Polski do finałów mistrzostw świata
Antoni Piechniczek w trakcie spotkania z czytelnikami i kibicami w Chorzowie-Batorym. Fot. Aleksandra Goniewicz
Przed nami, już za chwilę, bardzo ważne, ba – kluczowe mecze reprezentacji w eliminacjach tegorocznych mistrzostw świata. Jesteśmy w barażach. Jak pan to sobie wyobraża?
– Myślę, że wszyscy doskonale wiemy, jak ważny to moment i przeciwko komu gramy. Chcę zaakcentować coś – moim zdaniem – najważniejszego. Otóż najważniejsze w mojej opinii jest to, żeby selekcjoner Jan Urban trafił ze składem. Musi wybrać najlepszych i przydzielić taką rolę każdemu piłkarzowi, która mu odpowiada i w której może dać radę, przynieść gwarancję sukcesu. Wydaje mi się, że wszystko przed naszą reprezentacją. Wszystko od niej, od jej występów zależy, nie musi oglądać się na innych. Cel jest w zasięgu ręki – widoczny, a sposób jego osiągnięcia jasny.
Półfinał barażu w czwartek 26 marca w Warszawie.
– Uważam, że Albania, czyli pierwszy barażowy rywal, jest absolutnie do ogrania. Dobrze jednak przy tym rozumiem sytuację, w której znajduje się Jan Urban. Pamiętam, kiedy sam zostawałem selekcjonerem. Zostałem nim na kilka miesięcy przed kluczowym w eliminacjach mundialu meczem z NRD. Potrafiłem zespół poprowadzić do zwycięstwa na Stadionie Śląskim po pamiętnej bramce Andrzeja Buncola, wtedy jeszcze piłkarza Ruchu Chorzów. Najniższy wtedy na boisku strzelił jedynego gola głową najwyższemu, enerdowskiemu bramkarzowi Grapenthinowi (174 cm vs 188 cm – przyp. red.). Wtedy rozpoczęła się wspaniała droga do trzeciego miejsca na świecie. Jedyne, co mogę dodać, to żałuję, że piłkarska reprezentacja Polski ze Stadionu Śląskiego – który w swojej nazwie ma też przecież człon „Narodowy” – na stałe się wyprowadziła i wraca jedynie epizodycznie. Przecież tu, my Ślązacy, zrobiliśmy najwspanialszy stadion dla reprezentacji, Warszawa tymczasem najpierw zrobiła z własnego stadionu X-lecia największy bazar w Europie, a potem dostała pieniądze i wybudowała na miejscu targowiska drugi stadion – i też go nazwała Narodowym. Rywalizację z Warszawą także na tym polu nie jest łatwo wygrać, piłkarzom generalnie też jest wygodniej, bo samoloty lądują tam częściej.
Pierwszy wspomniany już mecz barażowy gramy z Albanią. Ta nazwa musi wywoływać w panu wspomnienia. Rywal postawił się już za pana czasów, w eliminacjach do meksykańskiego mundialu. Byli niżej notowani niż dziś i wydawało się, że będą łatwym kąskiem... Jak pan wspomina tamtą rywalizację?
– Spotkanie u siebie rozgrywaliśmy jesienią 1984 roku w Mielcu. Skończyło się na remisie 2:2. Po pierwsze: niezbyt szczęśliwie wybrano miejsce. Po drugie: zbyt nonszalancko podeszliśmy do tego spotkania. Spodziewałem się większej determinacji z naszej strony... Pomijam krzywdzące sędziowanie, arbiter nie przyznał nam ewidentnego rzutu karnego za faul na Andrzeju Pałaszu. Uznaję jednak zasadę, że dopóki jest szansa, nigdy nie należy wieszać na drużynie psów. Nie psujmy tego, co osiągnęliśmy, gdy jeszcze może być ważne. Potem udowodniliśmy, że tamten remis był przypadkowy. W rewanżu, który był trudny, bo Albania przez inne mecze urosła i miała nadzieję na coś więcej (m.in. pokonała u siebie Belgię 2:0 – przyp. red.), po ciężkim boju wygraliśmy. Dzień przed rewanżem Zbigniew Boniek grał na Heysel w pamiętnym finale Pucharu Europy Mistrzów Krajowych między Juventusem a Liverpoolem. Nad ranem następnego dnia prywatnym samolotem prezesa Agnellego przyleciał do Tirany, gdzie kilka godzin później rozegraliśmy mecz eliminacyjny. I to właśnie Boniek dużo wniósł w tamten mecz, to on zdobył zwycięską bramkę po świetnej akcji obecnego selekcjonera, Janka Urbana, który wkręcił w ziemię albańskich obrońców, zastopował piłkę podeszwą, odsunął się i wystawił piłkę do strzału „Zibiemu”. Ten doleciał i odpowiednio uderzył. Wygraliśmy 1:0 i w kontekście zwycięskich eliminacji tamto zwycięstwo było bardzo ważne.
Przed Janem Urbanem ważne decyzje dotyczące powołań. Ostatnio furorę robi 17-letni Oskar Pietuszewski, który wręcz fantastyczne spisuje się w Porto, potrafi strzelać piękne bramki w ważnych meczach tamtejszej ligi, by wspomnieć choćby ten niezwykły rajd w prestiżowej grze z Benficą – to była bramka w stylu Diego Maradony... Wielu, także dziennikarzy, domaga się, by trener Urban go powołał na baraże. Co pan na to?
– Apeluję, by wszelkie decyzje zostawić selekcjonerowi, nie naciskać na niego. On ma najlepszy ogląd na sprawę – najważniejszy jest moment, dana chwila i związane z tym okoliczności. Za mojej kadencji piłka wyglądała trochę inaczej, nie chcę się wymądrzać i podpowiadać selekcjonerowi co lepiej, a co gorzej... Zawsze decyzja powinna należeć tylko i wyłącznie do trenera. Zostawmy więc decyzję selekcjonerowi, on bierze przecież odpowiedzialność za wynik. Trener spędza z piłkarzami mnóstwo godzin na rozmowach, wie więc od nas znacznie więcej. Oskar Pietuszewski? Ważne są też rozmowy z innymi piłkarzami, jak oni widzą jego rolę w drużynie, żeby potrafili go do drużyny wprowadzić, żeby taki młody chłopak dokładnie wiedział, czego selekcjoner od niego oczekuje. Chodzi o to, żeby on dobrze zagrał, ale i jednocześnie dużo wniósł do gry całego zespołu.
A gol Pietuszewskiego z Benfiką?
– Widziałem akcję i jego gola. Przepiękny! Zrobił to ze stoickim spokojem, posadził zwodem obrońcę na ziemi, objechał go, ograł, jak chciał i oszukał bramkarza. Jednak, żeby takie akcje przeprowadzał w meczach reprezentacji, to jeszcze ktoś musi go tak pięknie obsłużyć! Jest takie mądre powiedzenie, które w pracy starałem się stosować. Brzmi ono: „Lepsze jest wrogiem dobrego”. Jeśli drużynie dobrze idzie, jeśli zespół jest uformowany i wie, czego selekcjoner oczekuje, jeśli jest dobrze przygotowany, to wie pan, można szukać „kwadratowych jaj”. Jeśli coś działa, po co na siłę szukać usprawnień? W dodatku, jeśli nie miałeś okazji tego wcześniej sprawdzić. Trener powinien podejmować decyzję wtedy, gdy do końca jest do nich przekonany. Nie powinien wsłuchiwać się w głosy kibiców – z całym dla nich szacunkiem, i tym bardziej w głos dziennikarzy sportowych. Powtarzam: decyzja należy do niego. Sam tego w przeszłości doświadczałem wielokrotnie (uśmiech). Ne przywołuję nazwisk, ale zdarzało się, że pytali piłkarzy: „Czemu nie wpłynęliście na selekcjonera, żeby postawił na tego zamiast na tamtego?”. A piłkarze byli lojalni, odpowiadali im: „Panowie, trener zawsze podejmuje właściwe decyzje. Nie chcieliśmy mieszać mu w głowie. On ponosi ryzyko. My jesteśmy od grania, on od decydowania. Nie będziemy mu podpowiadać składu...”.
Reasumując – pozwólmy więc Janowi Urbanowi wybrać...
– Dokładnie! Jeśli uzna, że Oskar Pietuszewski jest mu potrzebny, to niech go powołuje. Ale nie odbierajmy Janowi Urbanowi chleba (uśmiech). Niech robi to po swojemu... I tyle.
Rozmawiał Paweł Czado
Czy Oskar Pietuszewski zadebiutuje w dorosłej reprezentacji Polski barażami o mundial? Na zdjęciu jako reprezentant młodzieżówki w meczu z Czarnogórą w Katowicach. Fot. Krzysztof Porębski / Press Focus
Trzeci raz z rzędu w barażach
Tym razem Polacy o wejście do finału baraży zmierzą się z Albanią. 26 marca na PGE Narodowym należy spodziewać się kompletu publiczności. Choć w Polsce otwarcie myśli się o awansie na mundial, nie warto zapominać i bagatelizować faktu, ile krwi naszemu zespołowi napsuli Albańczycy choćby podczas eliminacji Euro 2024 (zwycięstwo 1:0 u siebie i porażka 0:2 na wyjeździe).
W przypadku – spodziewanego jednak, przyznajmy – zwycięstwa w Warszawie, reprezentacja Polski uda się na mecz finałowy o awans do Walencji lub Solnej koło Sztokholmu. W Hiszpanii w roli gospodarza chcą wystąpić Ukraińcy, którzy najpierw muszą jednak pokonać Szwedów. Ze wszystkimi przeciwnikami Polska sobie radziła i można to uznać za optymistyczny prognostyk. Na końcu i tak jednak liczy się tylko boisko. Do boju!
(pacz)
Baraże dwustopniowe
◼ Polska - Albania (Warszawa, Stadion Narodowy, czwartek, 26 marca)
W razie zwycięstwa naszej reprezentacji:◼ Ukraina - Polska (Walencja, Estadio Ciudad de Valencia, wtorek, 31 marca)
