Żółty sweter Czarnej Pantery

Nigdy wcześniej i nigdy później reprezentacja Polski nie zagrała oficjalnego meczu w takim dziwnym terminie. Ale 60 lat temu, 5 stycznia 1966 roku, po prostu nie wypadało nie być w Liverpoolu.

Wałbrzyski pokerek, czyli piłkarze Zagłębia na zgrupowaniu w Zakopanem, luty 1973. Od lewej: Joachim Stachuła, Marian Szeja i Jan Cieszowic. Fot. archiwum „Sportu” / Halina Pindór

  Z LAMUSA  

Na początku nowego roku na Wyspy Brytyjskie ściągali najważniejsi wówczas ludzie futbolu. Wszystko z racji zaplanowanego na wieczór Święta Trzech Króli w londyńskim Royal Hotel losowania grup finałowych zbliżających się milowymi krokami finałów mistrzostw świata. Biało-czerwoni – po raz kolejny w swej historii – do owej doborowej stawki awansować nie zdołali. Propozycja rozegrania towarzyskiej potyczki z gospodarzami turnieju w przeddzień tejże ceremonii nie mogła więc zostać w PZPN-ie zlekceważona. To był po prostu zaszczyt!

Z „Fają” się nie dyskutuje!

U steru polskiej reprezentacji – nie po raz pierwszy zresztą – stał wówczas Ryszard Koncewicz. Trudno było o człowieka cieszącego się w polskim środowisku piłkarskim równie wielkim autorytetem. Kiedy więc w grudniu zabrał wybrańców aż na dwa tygodnie do bułgarskiego Płowdiw, nikt nie odważył się protestować. – Inna rzecz, że warunki pogodowe były tam bardzo dobre: żadnych mrozów czy śniegów – opowiadał mi nieżyjący już Marian Szeja, jeden z uczestników tamtego zgrupowania. Zakończyła je towarzyska potyczka z Bułgarią – nieoficjalna, w której nasi grali pod szyldem „Warszawy”. – Wróciliśmy w Wigilię, spędziliśmy w domach ledwie kilkadziesiąt godzin i zaraz spotkaliśmy się ponownie, tym razem w Wołominie. Tam już było dużo ciężej; mnóstwo śniegu, który jedynie ubijano na nasze treningi – wspominał Szeja.

Sylwester i powitanie Nowego Roku na zgrupowaniu? No cóż, decyzji legendarnego szkoleniowca z nieodłączną fajką w zębach nie ośmielił się kwestionować nikt. Rządził twardą ręką, również w kontekście reprezentacyjnych personaliów. Kilka miesięcy wcześniej najpierw... wytargał za ucho największego z wielkich w historii kadrowych bramkarzy, czyli Edwarda Szymkowiaka i zakończył jego reprezentacyjną karierę. A potem poszukiwał usilnie jego następcy, swobodnie „tasując” kandydatów do miana golkipera numer 1. A to Konrad Kornek z opolskiej Odry, a to Stanisław Majcher z rzeszowskiej Stali, to znów Henryk Stroniarz z „Białej Gwiazdy”... Był też w tym gronie wspomniany Szeja – facet rodem z Siemianowic Śląskich, w połowie lat 60. grający akurat w Thorezie Wałbrzych.

Nie znacie takiego zespołu? Nic dziwnego. Raz – że w tamtym momencie był jeszcze drugoligowcem. Dwa – że wkrótce nazwisko francuskiego komunisty w nazwie klubu spod Chełmca zamieniono na swojskie Zagłębie. I z takim szyldem wałbrzyszanie „dochrapali się” pierwszej ligi. Ale do reprezentacji Marian Szeja – nazwany Czarną Panterą ze względu na kolor bramkarskich swetrów zakładanych przez niego najchętniej (temat swetra jeszcze powróci!) – powoływany był jeszcze jako zawodnik drugiej ligi! Cóż; regulamin kadry był wówczas prosty: punkt pierwszy – „Faja” ma zawsze rację; punkt drugi – nawet jeśli „Faja” racji nie ma, patrz punkt pierwszy...

Dziewczynka z goździkami

Nikt więc nawet nie pisnął w Sylwestra w Wołominie. – Szczegółów nie pamiętam... Jakaś wspólna kolacja, przywitanie Nowego Roku i do łóżek. Nawet nie wiem, czy była symboliczna lampka szampana – Szeja długo się podczas naszej rozmowy zastanawiał, próbując przypomnieć sobie ewentualne szaleństwa grudniowo-styczniowej nocy. I nic konkretnego mu do głowy nie wpadło...

Areną granego 5 stycznia meczu był Goodison Park. Na lotnisku w mieście Beatlesów, 48 godzin przed pierwszym gwizdkiem, Biało-czerwonych powitała „urocza dziewczynka” – jak odnotował wysłannik „Sportu”, skrupulatnie odnotowując nawet jej nazwisko: „Dziewięcioletnia Grażynka Ucholska wręczyła kapitanowi polskiej drużyny bukiet czerwonych goździków”. Ciekawe, jak potoczyły się późniejsze losy życiowe pani Grażyny... A może skontaktuje się z nami, gdy przeczyta te słowa?

Jeśli wierzyć dziennikarskiemu zapisowi, czerwone goździki trafić musiały do rąk Stanisława Oślizły. W tym kontekście znów trzeba by przywołać zasadę: u Koncewicza demokracji nie było. – On wybierał kapitana drużyny – wspominał pan Stanisław na potrzeby swej biografii („Droga do legendy”). – I wskazał na mnie...

Trening na boisku... szkolnym

To był pierwszy mecz legendarnego stopera Górnika z opaską na ramieniu; spektakularny, bo przecież Polska po raz pierwszy w dziejach grała oficjalne spotkanie przeciwko Anglii! Na wiele rzeczy warto więc było przymknąć oczy. Ot, choćby na to, że choć śniegu na Wyspach nie było, Polaków na przedmeczowy trening wysłano na „fatalne boisko”, jak oceniał nasz wysłannik.

– Wielka Brytania przywitała nas deszczem, mgłą i kiepskimi warunkami do treningów. Wywieźli nas na jakieś szkolne czy uniwersyteckie boisko – mówił Szeja. Oszczędzanie obiektu Evertonu na niewiele się jednak zdało. Główna płyta „była grząska i lepka pod obiema bramkami, a dla odwodnienia nakłuwano ją przed meczem widłami” – pisał „Sport”.

– Umorusani w błocie, walczyliśmy z wyjątkową determinacją – relacjonował mi Oślizło. Krótko przed przerwą gola dla naszych – ku zaskoczeniu blisko 50-tysięcznej widowni – zdobył Jerzy Sadek. I się zaczęło... – Niczym sępy rzucili się na nas, nacierali z ogromną furią, strzelali z bliska i z dystansu. Mimo że miałem za sobą wiele trudnych, często jednostronnych pojedynków i przyzwyczajony byłem do najcięższej harówki, młyn, jaki nam wytworzyli Anglicy, przerastał wszystko, czego doświadczałem dotąd – wspominał z dużą elokwencją symbol Górnika Zabrze.

Polo dla Polaka

Czasami jednak i ofiarność defensorów nie starczała. I wtedy wkraczał do akcji polski bramkarz, bezdyskusyjnie nazwany przez media bohaterem numer 1 polskiej ekipy. A przecież bronił niemal w piekle! – Graliśmy na klasycznym stadionie piłkarskim; bez bieżni. Ludzie siedzieli tuż koło linii bocznej i końcowej. Tumult był niezwykły. Nie było słychać gwizdka arbitra. Z jego gestów domyślałem się, jaką podjął decyzję – wspominał Szeja. W relacji w „Sporcie” jego nazwisko wymieniane jest najczęściej – oczywiście w kontekście udanych interwencji. Skapitulował ostatecznie tylko raz. Za heroiczną postawę – poza uznaniem medialnym – spotkała go zupełnie niezwykła nagroda.

– Przywiozłem z Liverpoolu trykot samego Gordona Banksa! Piękne żółte polo, u nas niedostępne. Z trzema lwami na piersi oczywiście! – z dumą opowiadał mi Siemianowiczanin. To był ponoć pierwszy w historii mecz, w którym Polacy – proroczo, bo przecież pół roku później ich styczniowi rywale zostali mistrzami, podnosząc wartość „prezentów” – wymienili się koszulkami z przeciwnikami. No i Czarna Pantera zyskała gustowny sweter bramkarski legendy angielskiego futbolu. Pokazać nam go jednak Szeja nie mógł, bo...

Najdroższa bluza w życiu

– Wie pan, myśmy w tamtych czasach byli skazani na naszą siermiężną rzeczywistość. Ja dostawałem z reguły czarne swetry. Najczęściej z długim rękawem i małym golfem. Nawet na Maracanie, przy 40-stopniowym upale, w takim broniłem, bo kierownictwo reprezentacji nie było w stanie załatwić niczego innego! Więc kiedy miałem w ręku elegancki strój z zachodniego świata, po prostu... zacząłem zakładać go na mecze ligowe. Ale okazał się pechowy: dwa mecze w nim przegrałem, dwa zremisowałem. Wkurzyłem się, kazałem żonie... przefarbować polo na czarny kolor. I już było szczęśliwsze! Tyle że straciło swą wartość „historyczną”, a potem po prostu się rozpadło, intensywnie używane – mówił. Właściwie bez większego żalu, choć ludowa ojczyzna ostatecznie sprawiła mu wielką przykrość w kontekście tejże pamiątki.

– Za koszulki oddane Anglikom trzeba było wpłacić pieniądze do kasy PZPN-u! – opowiadał pan Marian. – Meczowe trykoty chłopaków były warte może 30, może 50 złotych. A mnie „podliczono” na 700 złotych! I to kiedy: prawie osiem lat później, gdy w związku odbierałem zgodę na zagraniczny wyjazd! „Panie Szeja, pan tu ma zaległość do uregulowania” – powiedziała mi pani, wydająca odcinek zwolnienia z klubu. Zdębiałem: to była moja najdroższa bluza bramkarska w życiu. Na szczęście równolegle wypłacano mi też zaległe diety za sierpniowe reprezentacyjne tournee po Ameryce Północnej. Wziąłem więc tamte pieniądze i z nich zapłaciłem kasę za czarny sweter pozostawiony w Liverpoolu...

Pięć miesięcy później miał miejsce rewanż, będący ostatnim sprawdzianem Anglików przed mundialem. I choć Szeja znów stał w polskiej bramce, to na Stadionie Śląskim przegraliśmy 0:1...

Dariusz Leśnikowski

„Piłkarze snuli się grupkami po mieście: drobne zakupy, upominki, pamiątki. Przeważnie kończyło się na oglądaniu. Mam nadzieję, że nie wywoła to kryzysu finansowego w PZPN-ie, jeśli powiem, że dodatek, jaki otrzymali gracze – niecałe dwa funty na cały czas pobytu w Anglii – jest po prostu śmieszny. Po zakupieniu i wysłaniu pocztówek do rodziny nie zostawało im w kieszeniach nic”.

(„Sport”, 7.01.1966)

Liverpool (Goodison Park), 5.01.1966

◼ Anglia – Polska 1:1 (0:1)

0:1 – Sadek, 43 min, 1:1 – Moore, 74 min (głową)

ANGLIA: Banks – Cohen, J. Charlton, Moore, Wilson – Stiles, Eastham – Ball, Hunt, Baker, Harris. Trener Alf RAMSEY.

POLSKA: Szeja – Gmoch, Brejza, Oślizło, Rewilak – Suski, Z. Schmidt – Jan Wilim (39. Banaś), Gałeczka, Sadek, Kowalik. Trener Ryszard KONCEWICZ.

Sędziował Joseph Hannet (Belgia). Widzów 48 000.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się