Żółtko
Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado
Tak krawiec kraje, jak mu materiału staje. Lionel Scaloni, selekcjoner Argentyńczyków, musi, choćby nie chciał, brać pod uwagę wiek emerytalny Leo Messiego. Wszyscy zastanawiają się, jak będzie wyglądała kula ziemska bez tego gracza, ale Scaloni już ma jego potencjalnych następców na oku. Jeden z nich, Franco Mastantuono, 18-letnia gwiazdka Realu, jest ulubionym piłkarzem Guillermo Mario Coppoli, pierwszego cudzoziemca w historii GKS-u Katowice. Ten Argentyńczyk opowiada dziś o nim „Sportowi” przy okazji przedstawienia kolejnego finalisty mundialu (codziennie prezentujemy inną ekipę).
To samo, co musi Scaloni, musi Jan Urban. Musi brać pod uwagę wiek emerytalny Roberta Lewandowskiego. Sytuacja polskiego selekcjonera jest jednak inna w konkretnym kontekście. Scaloni myśli o mundialu, jego zespół już się zakwalifikował. Przed Urbanem dopiero najważniejsze chwile batalii o mundial – superważna gra z Holandią i w tym kontekście nie musi martwić się nieobecnością Lewandowskiego. Co prawda piłkarz będzie na zgrupowaniu przedmeczowym krócej niż inni, bo poleciał do Nowego Jorku… włączać światła na słynnym Empire State Building. Ale wiecie co? Mnie to jakoś szczególnie nie oburza. Niech Lewandowski najpierw zapali w NYC, a potem strzeli w W-wie. Ostatni hat-trick w lidze hiszpańskiej udowadnia, że to ciągle piłkarz z topu. Byle kto nie jest w stanie zdobyć hat-tricka na takim poziomie. O to, czy będzie w stanie ciągnąć reprezentacji na mundialu, na razie nie ma co zaprzątać sobie głowy. Przede wszystkim: niech wbije bramkę naprawdę silnemu przeciwnikowi Biało-czerwonych w meczu o stawkę, ba – w decydującym meczu o gigantyczną stawkę.
W redakcji sami czujemy narastające podniecenie starciem z Holendrami, poświęcamy reprezentacji kolejne strony. Ku pokrzepieniu serc przypomnę starcie z Oranje w eliminacjach mistrzostw świata na turniej Mexico'70. Spotkanie miało odbyć się pierwotnie w Warszawie, ale PZPN zmienił decyzję i przeniósł je na Stadion Śląski. Mazurek Dąbrowskiego został odsłuchany w ciszy. To nie były jeszcze czasy, gdy trybuny wyrykiwały je głośno. Holendrzy byli prowadzeni przez młodego zdolnego piłkarza o wielkich zdolnościach przywódczych, który nazywał się Johann Cruyff. To była już silna drużyna, ale jej największe sukcesy miały nadejść dopiero w następnej dekadzie. Wtedy w Chorzowie prowadzili do przerwy, ale potem, po strzałach Andrzeja Jarosika i Włodzimierza Lubańskiego, udało się odwrócić sytuację. W końcówce czechosłowacki sędzia, pan Placek, dał gościom kontrowersyjnego karnego. Polacy byli wściekli, wyzywali go od najgorszych. Jeszcze na boisku przyszła im do głowy... polityka. To było już po sowieckiej inwazji na Czechosłowację, w której udział miało też, tak, tak, polskie wojsko... Kiedy piłka stała jużna wapnie, nasi piłkarze potrafili ją odkopnąć, żeby rozzłościć czy też rozkojarzyć strzelca. No i rozkojarzyli: Henk Wery z Feyenoordu, który w pierwszej połowie pokonał Huberta Kostkę, tym razem posłał piłkę w aut. Na trybunach zapanowało szaleństwo.
Ciekawostka: podczas tamtego meczu pierwszy raz w historii reprezentant Polski obejrzał... żółtą kartkę. Był nim obrońca Bolesław Szadkowski. Nasi poprzednicy o tym nie wspomnieli, być może przepis o kartce nie był jeszcze powszechnie znany, a być może nie wiedzieli, że to będzie kiedyś stały element protokołu. Cóż: wygrana 2:1, przestrzelony karny gości w końcówce – wzięlibyście to teraz? Ja w ciemno!
