Znowu mamy cztery szanse
Rozmowa z Adamem Kołodziejczykiem, byłym trenerem polskiej biathlonowej reprezentacji kobiet (i mężczyzn), byłym dyrektorem sportowym PZBiath., obecnie szefem kadry młodzieżowej
Kamila Żuk na mecie biegu długiego miała świadomość zmarnowanej na strzelnicy szansy na wielki wynik. Czas samego biegu miała bowiem znakomity. Fot. PAP/EPA
Jak się panu podobają dotychczasowe biathlonowe zmagania w igrzyskach?
- Przyjemne było oglądanie biegu indywidualnego pań. Miałem taką skromną satysfakcję – szkoda, że niezwiązaną z polską reprezentacją – bo przez rok, w latach 2022-2023, pracowałem jako główny trener w reprezentacji Bułgarii. A moja ówczesna podopieczna, Lora Christowa, w środę zajęła trzecie miejsce. Przyjemna jest świadomość, że jakiś mały paluszek dołożyłem w jej przygotowaniach do tego sukcesu.
Zapowiadało coś wówczas, że to może być przyszła medalistka olimpijska?
- Tak. Rocznik 2003 prowadziłem jako ostatni rok w startach juniorskich. Christowa wtedy właśnie zdobywała medale na mistrzostwach Europy. Rok później zaś jej rówieśniczka, Walentina Dimitrowa, sięgnęła po trzy medale na mistrzostwach świata juniorów. Obie startowały już wtedy w zawodach Pucharach Świata, łapały się do „sześćdziesiątek”. Już wtedy wyglądało, że to dziewczyny z przyszłością. A potem dostały nowego trenera, Wolfganga Pichlera, największą znakomitość w świecie biathlonu. No i efekt widać dobitnie. Ale nasze dziewczyny też miały szansę, bo dużo szybciej biegły w środę niż Christowa. Ona miała bodaj 50. czas biegu, a Kamila Żuk – trzynasty. Asia Jakieła i Natalia Sidorowicz też biegły szybko. Przy bezbłędnym strzelaniu mogła być nawet na miejscu medalowym, a na pewno w pierwszej dziesiątce. Zresztą przez ostatnie cztery igrzyska mieliśmy to: w Turynie Krystyna Pałka była piąta, tak jak Weronika Nowakowska w Vancouver. W Soczi Krysia przybiegła dziesiąta, w Pjongczang na szóstej pozycji skończyła Monika Hojnisz. Więc te 23. miejsce Natalii to niezły prognostyk przed kolejnymi startami. Już w sztafecie mieszanej i chłopcy, i dziewczęta pokazali, że są dobrze przygotowani biegowo.
Tylko te strzelania...
- Może nie tyle że to jest loteria, bo w PŚ czy na igrzyskach nie ma słabo strzelających zawodników. To jest po prostu dyspozycja dnia, jest psychika. I to nie tylko u nas. Christowa długo prowadziła, ale przecież tam była spora grupa dziewczyn, które miały na strzelnicy 0-0-0, a przegrały medal ostatnim strzelaniem. Z nerwów. Ot, choćby doświadczona Franziska Preuss.
W weekend przed nami kobiecy sprint i będący jego wynikiem bieg pościgowy. Nadzieje?
- Znowu mamy cztery szanse.
Na co?
- Co najmniej na jedną czołową dziesiątkę. A tym samym fajne otwarcie drogi do biegu pościgowego. Ba, nawet dalsza lokata nie musi być zła. Często jest tak, że pierwsze 60 zawodniczek mieści się w 2-3 minutach. Różnice czasowe nie są duże, więc nie przekreślają nikogo. Hojnisz w Pekinie była 20. w sprincie, a wylądowała na końcu na dziewiątym miejscu.
W tym sezonie Joanna Jakieła w sprincie potrafiła wspiąć się na szóste miejsce w zawodach PŚ.
- No i znów trzeba się odwołać do strzelnicy. Już jako juniorka nie wygrywała co prawda medali na mistrzostwach świata juniorek, ale robiła czasy w pierwszej piątce biegowej. Była jedną z najszybciej biegających biathlonistek w kategorii juniorskiej. W momencie przejścia do seniorów miała pewne zaburzenia formy, ale powoli wraca do świetnej dyspozycji. Podobnie rzecz się ma z Kamilą Żuk. Półtorej minuty straty do liderki, biorąc pod uwagę sam bieg, to bardzo niewiele. Biorąc na dodatek to przez pół – bo sprint to połowa dystansu biegu długiego, dostajemy różnicę ledwie 45 sekund. A to już jest coś!
No to żeby jeszcze to „rach-ciach-ciach” - jak zawsze mawia redaktor Tomasz Jaroński w Eurosporcie – im wyszło na strzelnicy...
- Na pewno nie mogą mieć jakiegoś takiego zahamowania. Muszą zrobić po prostu na strzelnicy to, co robią zawsze.
A widział pan to „zahamowanie” - jak pan mówi? Coś, co powodowało pudła?
- Przez ekran telewizora nie. Ale na przykład u Kamili cztery niecelne strzały w dwóch pierwszych sesjach oznaczają, że musiał być jakiś drobny błąd. Na trasie na pewno dostała reprymendę i rady od trenera, i już dwa ostatnie strzelania były na zero.
Myśli pan, że to bardziej głowa czy błędy techniczne?
- Chyba głowa. Fajnie powiedziała Żuk na mecie: "Trzy minuty kary na pierwszym strzelaniu oznaczają, że już jest po zawodach, więc mogę sobie bez obciążenia”. Więc one wiedzą, że nie mogą sobie pozwolić na te pudła, to im gdzieś tam z tyłu głowy siedzi. A technika strzelania? Nie, no przecież nie eksperymentują z nią na igrzyskach. Trzeba tylko zapomnieć, gdzie się jest, i strzelać tak, jak to mają wyuczone, wytrenowane, z automatu.
Rozmawiał
Dariusz Leśnikowski
Adam Kołodziejczyk. Fot. Łukasz Laskowski / Press Focus
