Zmieniamy twarz klubu
Rozmowa z Marcinem Broszem, trenerem niecieczan, byłym szkoleniowcem m.in. Górnika Zabrze
Veni, vidi, vici – trener Marcin Brosz przyjechał do Zabrza i zabrał 3 punkty. Fot. termalica.brukbet.com
- Zdawaliśmy sobie sprawę, że nie możemy zagrać z Górnikiem otwartego meczu. Jako beniaminek nie jesteśmy jeszcze na to gotowi, dlatego nastawiliśmy się na to, że bronimy całym zespołem i liczymy na szybki kontratak. Wiedzieliśmy, że zespół z Zabrza, który ma wielu kreatywnych i szybkich graczy, będzie stwarzał sytuacje, więc chodziło o to, żeby atuty rywala zneutralizować i to nam się udało. Poświęcenie, zaangażowanie, wyblok, blokowanie strzałów, bardzo dobra postawa całej defensywy - to było kluczem do zwycięstwa, choć sytuacji gospodarze stworzyli sobie za dużo, ale trochę szczęścia po naszej stronie było.
Strzelec zwycięskiego gola Morgan Fassbender już ma dwie bramki, bo strzelił też Jagiellonii...
- Morgan od pewnego czasu, tak kolokwialnie mówiąc, złapał formę. I fizyczną, i ma taką łatwość dochodzenia do sytuacji. Ma dwie bramki, ale proszę spojrzeć na liczbę okazji, które miał. Trafień mógł mieć więcej. Cieszymy się, bo zrobił progres, idzie do przodu. To też pokazuje, że nie musisz mieć 17, 18 czy 19 lat, żeby uczyć się pewnych rzeczy, żeby się rozwijać. Fassbender sprawia nam wielką radość, bo kiedy przyszedł do nas, to grał do końca wszystkich spotkań, a teraz jest jednym z tych, którzy ciągną grę Bruk-Betu.
Ten mecz był dla pana i dużej grupy graczy z górniczym rodowodem wydarzeniem specjalnym?
- Pierwsza połowa była dla nas trudna, bo właśnie wielu z nas po kilku latach wróciło do Zabrza. Początkowy fragment spotkania nie wyglądał w naszym wykonaniu tak, jak chcielibyśmy. Sporo tutaj przeżyłem, bo i awans, i europejskie puchary. Dużą liczbę młodych zawodników wypuściliśmy na głębokie wody i wykorzystali swoje szanse. Ogromnie to cieszyło. Jest rzesza ludzi, którzy wspierali klub i dalej wspierają. Otwarta czwarta trybuna i frekwencja ponad 20 tysięcy. Ludzie żyją i kochają piłką. Wiele się tutaj nauczyłem, to fantastyczne. Wszyscy chcą, żeby Górnik zrobił kolejny krok do przodu i tego każdy życzy, także my.
A przyjęcie z trybun pana osoby? Skandowane nazwiska, brawa...
- Mogę tylko powiedzieć: dziękuję bardzo! To przyjemność wracać do Zabrza, ale wiadomo – sport ma to do siebie, że chce się wygrywać. Przed meczem jest kurtuazja, ale potem wykonujemy swoją pracę. Przychodzi pierwszy gwizdek i robisz wszystko, żeby zwyciężyć. Trybuny wspierały Górnika, natomiast ja jestem trenerem Bruk-Betu i robimy ze sztabem wszystko, żeby było jak najlepiej dla klubu, w którym pracujemy. Natomiast co do przyjęcia, to jeszcze raz dziękuję. To nie tylko podziękowania ode mnie, ale od mojego sztabu i piłkarzy, którzy wcześniej w Zabrzu grali.
W tabeli pana Bruk-Bet jest wyżej niż Górnik, 7 punktów ma swoją wymowę. Jak pan oceni start w waszym wykonaniu?
- Bardzo pozytywnie, patrząc na liczbę punktów i na to z kim oraz gdzie przyszło nam grać. Trafiły nam się na początek wyjazdy do Białegostoku, Krakowa, teraz do Zabrza, a za chwilę gramy z wicemistrzem Polski, Rakowem. Terminarz nie jest dla beniaminka łatwy, ale to są rzeczy, na które nie mamy wpływu. Podkreślam, że zbieramy doświadczenia. Ekstraklasa, w której wcześniej był Bruk-Bet, a ta obecna, to inna liga. Pod każdym względem i uczymy się wszystkiego na nowo, choć oczywiście mamy swoje doświadczenia.
Liga jest inna, ale nie zmienia się jedna rzecz. Jak był pan szkoleniowcem Górnika, to w zespole było 9 Polaków plus Igor Angulo i Dani Suarez. W piątek też wystawił pan zespół z 7 polskimi zawodnikami w wyjściowej jedenastce, a Górnik miał ich ledwie 4. Jak pan do tego podchodzi?
- Cieszymy się z tej grupy, która wygrała z Górnikiem, ale mamy też innych, bo jest młody Wojtek Jakubik, jest Dominik Biniek. Wszedł „Strzała” (Igor Strzałek – przyp. red.). To młodzi chłopcy jak Wojtuś, który może by w piątek wystąpił, gdyby nie kontuzja. To zawodnicy z dużym potencjałem. Zmieniamy twarz naszego klubu, bo poprzez takie działania, przez stawianie na takich graczy, chcemy pokazać, że warto do nas przychodzić, że warto się u nas pokazać, bo można dostać szansę i się rozwinąć. Coraz większa grupa młodych zawodników widzi szansę u nas i z tego się bardzo cieszymy.
Bramkarzem numer 1 jest Miłosz Mleczko. Co przesądziło, że wygrał rywalizację o podstawowy skład?
- Przesądziła zdrowa rywalizacja. Mamy dwóch doświadczonych bramkarzy, bo jest Miłosz i Adrian Chovan, do tego dwóch młodych golkiperów. Parę miesięcy temu tę rywalizację wygrywał Adrian, miał nasze wsparcie i grał. Natomiast w tym okresie przygotowawczym postawiliśmy na Miłosza. Wskoczył i gra. Najwięcej odpowiedzi daje nam boisko, trzeba patrzeć, słuchać i podejmować słuszne decyzje. Miłosz wygrał rywalizację, ale podkreślam, to że teraz tak dobrze broni on, a wcześniej było to udziałem „Adiego”. Rywalizacja ich napędza. Jeden drugiego wspiera, szanują się, a my na tym korzystamy.
Gracie bez kontuzjowanego Kamila Zapolnika...
- To jest sprawa, obok której nie można przejść obojętnie, bo to zawodnik, który ma kluczowe znaczenie w naszym pomyśle na grę, ale jednocześnie jest bardzo ważny poza boiskiem. Nie ma go teraz z nami i tę odpowiedzialność trzeba porozdzielać na innych. Takie sytuacje będą miały miejsce, bo piłka to bardzo bezpośredni sport i urazy będą się pojawiały. To jest wkalkulowane w naszą pracę. Trzymamy kciuki, żeby Kamil jak najszybciej do nas dołączył. To też jest coś, z czym musimy sobie radzić i na co trzeba być przygotowanym.
Michał Zichlarz
