Zmiana w bramce często daje impuls

Rozmowa z Andrzejem Kretkiem, byłym zawodnikiem m.in Rakowa i Widzewa, obecnie trenerem bramkarzy

Andrzej Kretek po zakończeniu kariery miał okazję pracować w kilku łódzkich klubach. Fot. Piotr Matusewicz

W poprzednim tygodniu rozgrzewały nas emocje Pucharu Polski. To rozgrywki, gdzie często rezerwowi bramkarze dostają szansę, a potem zostają bohaterami. We wtorek mieliśmy aż trzy takie historie – Kubę Wilka (Górnik Łęczna), Tarika Karicia (Raków) oraz Tomasza Loskę (Górnik Zabrze). Za pana czasów też tak było?

- Ja nawet miałem taki przypadek. Grałem w Bełchatowie i dostałem szansę w meczu Pucharu Polski z bardzo trudnym rywalem, bo z Legią Warszawa. Wygraliśmy w karnych, a ja obroniłem trzy jedenastki. Niestety, mój status w drużynie niewiele się zmienił, w lidze wróciłem na ławkę (śmiech). Zagrałem chyba tylko w jednym meczu, z Górnikiem w Zabrzu, i wtedy też obroniłem karnego.

Są bramkarze, którzy są specjalistami od rzutów karnych? Nie ukrywam, że mam namyśli bośniackiego golkipera Rakowa, który w debiucie dwa karne obronił, a trzeciego sparował na słupek.

- Trudno powiedzieć, aby był na to jakiś specjalny przepis. Casami widać to z ustawienia. Próbowałem to kiedyś analizować, bo najlepiej człowiek się uczy na cudzych błędach. Jako trener bramkarzy pamiętam, że miałem takiego zawodnika, który uderzał z całej siły. Przy takich strzałach trzeba mieć tak naprawdę szczęście, bo przy dobrze i mocno uderzonym karnym szanse bramkarza nie są wielkie. Wybitnych specjalistów od bronienia karnych nie ma, decyduje o tym wiele czynników. Trzeba wyczuć róg i liczyć, że strzelec nie trafi przy samym słupku. Czasami po prostu się udaje.

Myśli pan, że Karić może dostać teraz więcej szans w lidze?

- Jeśli miałbym patrząc analogicznie do siebie, to ja nie dostałem, ale każda sytuacja jest inna. Natomiast z doświadczenia trenerskiego pamiętam, że kiedyś dałem szansę zawodnikowi w lidze właśnie po dobrze bronionych karnych i bronił już do końca. W bramce nie powinno się zmieniać zawodników co dwa mecze, to raczej nie jest dobry pomysł. Czasami jednak warto coś zmienić, spróbować czegoś nowego. Sam byłem tego przykładem zarówno jako zawodnik i trener. Dawid Szwarga choć dołączył do Rakowa niedawno, to doskonale zna tych zawodników, więc na pewno będzie wiedział co zrobić. Karić po takim meczu na pewno jest zbudowany, zespół awansem też dostał nowy bodziec. Może jego współpraca z obrońcami układałaby się lepiej? Trzy czwarte udanych interwencji w meczu to jest komunikacja z defensywą. Jak się dobrze obserwuje mecz, to dużo rzeczy można przewidzieć wcześniej. Już w czasie ataku trzeba mieć z tyłu głowy co zrobię, gdy przeciwnik zabierze nam piłkę.

Niektórzy Karicia zdążyli już okrzyknąć nowym Vladanem Kovaceviciem w Rakowie.

- Szybko. Życie to powinno szybko zweryfikować, daj mu Boże, aby tak było (śmiech).

Na swoją szansę musiał też długo czekać, co zapewne powodowało w nim frustrację, bo przychodził jako najlepszy bramkarz ligi bośniackiej, a w pewnym momencie był numerem trzy.

- To jest bardzo trudna rola, bo jak pokazać swoją formę, jak się nie gra? Trening to nigdy nie jest to samo. Przyznam szczerze, że w Rakowie dziwiłem się, że tak długo z tym czekali, bo drużyna bardzo dużo przegrywała, a wtedy trzeba coś zmienić. Zmiana w bramce często bywa ważnym impulsem. Ja przynajmniej jako trener próbowałem tak robić.

Obsada bramki pewnie nie jest teraz największym problemem w Rakowie. Jest pan zaskoczony, że klub, który w ostatnich latach należał do absolutnej czołówki osiadł na ostatnim miejscu w lidze i poważnie grozi mu spadek?

- W Rakowie w ostatnim czasie się bardzo dużo zmieniało. Nie da się wziąć trenera, który będzie kopią poprzedniego, a odnoszę wrażenie, że w Częstochowie próbowano to zrobić. Znalezienie drugiego Marka Papszuna jest niemożliwe, bo on jest jeden. On miał swój pomysł, a kolejni trenerzy mieli swoje. W tym gdzieś upatruję tych obecnych problemów. Co do trudnej sytuacji, to ja pamiętam, że jak przyszedłem do Rakowa mieliśmy 11 punktów po rundzie jesiennej. Nowy trener przejął zespół trzy dni przed pierwszym meczem nowej rundy. Tak to posklejał, że w 10 wiosennych meczach nie straciliśmy bramki i udało się utrzymać. Trener postawił na kolektyw, bo nie mieliśmy żadnych gwiazd, zdecydowaną większość stanowili wychowankowie. Było dwóch „obcokrajowców” – ja i Janusz Bodzioch, bo byliśmy spoza Częstochowy. Czasy się zmieniają, ale piłka to jest prosta gra. Kolejni trenerzy już później nie potrafili tego tak poukładać. Pomysł trenera, który zaakceptuje drużyna, to ogromna część sukcesu.

Rozmawiał Mariusz Rajek


Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się