Złote... pożegnanie
Rozmowa z Jurijem Gładyrem, środkowym Aluronu CMC Warty Zawiercie
Juruj Gładyr (trzeci z lewej) w wielkim stylu zakończył kolejny sezon PlusLigi. Fot. PressFocus
- Dziękuję za gratulację. Muszę przyznać, że w nasze szeregi wstąpił wtedy delikatny paraliż i nie pokazywaliśmy swojej gry. Przegranie seta do 15 w finale PlusLigi po prostu nam nie przystoi, ale powiedzieliśmy sobie, że wciąż jesteśmy w grze. W drugim secie wszystko zaczęło się rozwijać dzięki dobrej zagrywce i skończonym kontrom. Zeszło z nas negatywne ciśnienie i zaczęliśmy napędzać się pozytywną energią, co doprowadziło do tytułu.
A co powiedzieliście sobie przed drugą partią, na środku parkietu?
- W przerwie Michał (Winiarski, trener Aluronu CMC Warty – przyp. red.) tłumaczył nam, co robiliśmy źle i co musimy poprawić. Gdy staliśmy razem, powiedzieliśmy sobie, że to co Michał mówił jest OK, ale to nie będzie ważne, jeśli nie obudzimy w sobie pasji i ognia, które w każdym z nas były. Nie mogliśmy pozwolić, by mecz przeleciał nam przez palce.
Który moment w serii finałowej był najtrudniejszy?
- Zdecydowanie mecz numer cztery w Lublinie. Byliśmy przygnieceni „plecami do ściany” i nie mogliśmy się już cofnąć. W tamtym spotkaniu, a konkretnie w trzecim secie, kiedy wyciągnęliśmy wynik ze stanu 14:8 dla rywali, coś w naszym zespole „kliknęło”. To nas scaliło i dało wiarę, że możemy wygrać tę rywalizację.
Puchar za mistrzostwo Polski podnieśliście wspólnie z Mateuszem Bieńkiem. To był wyjątkowy gest z jego strony.
- Tak, Mateusz poprosił mnie o to, co odbieram jako wyraz ogromnego szacunku. Byłem mile zaskoczony tym gestem.
Złoto wywalczone z Jurajskimi Rycerzami jest pana piątym. Do tego dochodzi jeszcze pięć srebrnych medali, jeden brązowy, dwa Puchary Polski i trzy Superpuchary. W naszej ekstraklasie żaden inny obcokrajowiec tego nie dokonał. Jak to odbiera najbardziej utytułowany „straniero" w historii PlusLigi?
- „Bieniu” powiedział mi o tym w szatni. Nie śledzę statystyk, więc nie wiem, czy to prawda, ale najbardziej cieszy mnie fakt, że jestem chyba pierwszym zawodnikiem, który zdobył mistrzostwo Polski z trzema różnymi klubami: z ZAKSĄ Kędzierzyn-Koźle, Jastrzębskim Węglem i teraz z Aluronem CMC Wartą. To dla mnie wyjątkowe osiągnięcie, nawet jeśli zajęło mi to sporo czasu. Po półfinale powiedziałem chłopakom, że w każdym klubie, w którym grałem więcej niż rok, sięgałem po mistrzostwo, nawet na początku kariery, gdy jako młody chłopak wygrywałem mistrzostwo Ukrainy.
Czy któryś z tych medali smakował wyjątkowo?
- Każde złoto smakuje wyjątkowo. To mój piąty złoty medal, ale każdy był oddzielną historią. Inaczej było w Zawierciu, bo dla Aluronu CMC Warty to pierwsze mistrzostwo w historii. To wyjątkowa chwila dla tego klubu. Czuję się teraz wyśmienicie, bo gdy przychodziłem do Zawiercia, to był mój cel. Chciałem ucieszyć kibiców, całą społeczność tego miasta, bo od początku wspierają zespół, są z nim na dobre i złe, i na to złoto zasłużyli. W finale byli niesamowici. Hala odleciała.
Przed wami jeszcze finał Ligi Mistrzów w Turynie.
- Mistrzostwo Polski to wielki sukces, który musimy celebrować, jednak już od środy całe skupienie przekładamy na Turyn. Ten złoty medal to świetny napęd na końcówkę sezonu – czuję się uskrzydlony. Chciałbym zamknąć ten sezon piękną klamrą i zdobyć dla klubu „ciężką podwójną koronę”.
Jest pan równolatkiem trenera Winiarskiego. Jak się wam współpracowało?
- Jest o pół roku starszy ode mnie, ale nasza współpraca układała się bardzo dobrze. Gdy przed sezonem doznałem groźnej kontuzji, Michał bardzo dobrze mnie poprowadził i wróciłem do formy. W pierwszym roku czuć było u niego tremę, ale w tym niczego mu nie brakowało. To znakomity szkoleniowiec.
Wasze mistrzostwo Polski ma wielu bohaterów, a jednym z nich jest Bartłomiej Bołądź. Spodziewał się pan, że w finale aż tak „odpali”?
- A dlaczego miałbym się nie spodziewać? Bartek to niezwykle uzdolniony siatkarz, ale wcześniej brakowało mu czegoś w sferze mentalnej. Uchylę rąbka tajemnicy: miałem z nim rozmowę w tym sezonie. Szczerze mu wyłożyłem, co myślę o jego grze w poprzednich klubach i czego mu brakuje. Powiedziałem mu prosto w twarz: „Chłopie, masz 204 cm, skaczesz metr nad siatką, a jedyne, co cię blokuje, to twoja głowa”. Wziął to sobie do serca i w finale udowodnił, że jest zawodnikiem typu „money time player”.
Jak ocenia pan poziom tegorocznej ligi?
- Liga była w tym sezonie niezwykle ciekawa i nieprzewidywalna. Co do samego poziomu sportowego, to trudno mi oceniać, ale rywalizacje medalowe w play offie były wspaniałe. Kibice dostali kawał dobrego grania i ogromne emocje.
- Nie jest tajemnicą, że po sezonie opuszcza pan Zawiercie. W kolejnym zobaczymy pana nadal w PlusLidze?
- Żegnam się z klubem w kapitalnym stylu. Sukcesy w postaci srebrnego i złotego medalu mówią same za siebie i nic więcej nie muszę dodawać. Co do mojej przyszłości – nie mam pojęcia, gdzie zagram i nie składam żadnych deklaracji.
(mic, sow)
