Zlać łajdaków

WYMIANA KOSZULEK - Wojciech Kuczok

Ekstraklasa ma dobrą prasę - rekordowe wydatki transferowe, nowi trenerzy z dobrym europejskim dorobkiem, doskonałe wyniki naszych drużyn w Europie i awans w rankingu klubowym, sensacyjne rozstrzygnięcia w pierwszych kolejkach; słowem: łatwo zwabić nawet najbardziej zatwardziałych szyderców, żeby sprawdzili, czy rzeczywiście już jest tak dobrze.

Sobotni wieczór nadawał się do tego doskonale: oto mistrz Polski w ostatniej próbie przed zmaganiami z legendarną Crveną Zvezdą podejmował niepokonanego Górnika Zabrze. No i w pierwszej połowie obie ekipy wyklepały klasyczny ligowy paździerz nie do oglądania, który ze strony Lechitów przy odrobienie dobrej woli można by uznać za kamuflaż dedykowany szpiegom z Belgradu. Najlepszy snajper Lecha, Mikael Ishak strzelił w boczną siatkę z nie tak jeszcze ostrego kąta, potem przy próbie dobitki jedynego celnego strzału popchnął bramkarza – i tyle się działo. Serbscy zwiadowcy mogli bez wyrzutów sumienia przyciąć komara, wysławszy do swojej stolicy wiadomości o tym, że nie trzeba się spieszyć z nowymi transferami, bo tych Polaków rozjadą nawet juniorami.

Ach, gdyby w istocie móc wszystko zwalać na maskowanie się przed ważnym meczem z obcokrajowcami, byłbym o Lecha spokojny. Zwłaszcza że po przerwie zaczęli wchodzić gracze, na których w tym sezonie ma spocząć ciężar gry i budowanie jakości Kolejorza – wracający do zdrowia Ali Golizadeh dostał do pomocy Luis Palmę i potem Pablo Rodrigueza; serbscy agenci musieli się przebudzić i wysłać do sztabu korektę: „Dobra, są do zrobienia, ale zagrajmy jednak pierwszym składem, żeby nie było przypału”. Lech zrobił swoje, skorzystał ze słabszego dnia bramkarza zabrzan, nowe transfery zaczęły się spłacać, bo pierwszego gola sprytnie załatwił Leo Bengsston (800 tysięcy euro to nie była kwota promocyjna), a drugi gol to dobitka po strzale Palmy.

Ale szału nie było. Szał ma być w środę. Przyjeżdżają prawdziwi kozacy, co to zeszłej jesieni potrafili stuknąć w Lidze Mistrzów Stuttgart 5:1. I to będzie prawdziwa weryfikacja; dowiemy się, czy to nasza liga tak urosła w skali Europy, czy jesteśmy tylko beneficjentami skrojonej specjalnie dla nas Ligi Konferencji, a zatem inkluzywnie pomyślanych rozgrywek dla bidoków i sprawnych inaczej.

Zanim o Crvenej, napiszę o „Crvenie”, a nawet „Krwenie”, czyli o kompetencjach językowych lwiej części polskiego dziennikarstwa sportowego. Nie będę wymieniał nazwisk, bo imię ich legion. Nie rozumiem, czemu aż tylu moich kolegów po piórze, choć raczej zwłaszcza tych po mikrofonie i kamerce internetowej, których kolegami nazwać nie mogę, uparcie się błaźni błędnie odmieniając pierwszy człon nazwy, która oznacza oczywiście „Czerwoną Gwiazdę”. Z przymiotnika robią rzeczownik, a przecież nie trzeba być poliglotą, żeby się tutaj odnaleźć, wystarczy odrobina słuchu. Owóż, prawdziwy czerwony gwiazdozbiór nawiedzi pojutrze Bułgarską, seryjny zabójca marzeń konkurentów - Crvena Zvezda wiosną zdobyła mistrzostwo Serbii ósmy z rzędu, zdobywając 123 gole w sezonie!

Różnica między belgradzkimi potentatami (nienawidzące się wzajem Crvena Zvezda i Partizan) a resztą stawki jest kuriozalna – trzeci na koniec sezonu Novi Pazar stracił do mistrza… 46 punktów, a o jego miernym potencjale przekonaliśmy się właśnie za sprawą Jagiellonii, która nie dała serbskim Bośniakom żadnych szans w dwumeczu. Mamy z Crveną fatalny bilans historyczny – cztery mecze i cztery porażki (jeśli nie liczyć półtowarzyskich rozgrywek Intertoto, kiedy bytomska Polonia przed potopem ograła Serbów): w 1973 Stali Mielec nie pomógł nawet gol Grzegorza Laty, a w 2007 Groclin oba spotkania przegrał do zera.

Zaliczył w klubie z Maracany epizod jeden Polak - człowiek, który zatrzymał Cristiano Ronaldo na Stadionie Śląskim, czyli Grzegorz Bronowicki. W 2007 sprzedany przez Legię do Belgradu, niczego tam nie zwojował, częściej był widywany w pubie niż na murawie. Środowy rywal Lecha to klub znacznie bogatszy od Polaków - dość powiedzieć, że stać było Serbów na ściągnięcie i zatrudnienie Marko Arnautovicia z Interu Mediolan, w trakcie załatwiania jest transfer Duszana Tadicia, który co prawda już nie straszy tak jak w czasach swoich występów w Ajaksie, ale w naszej ekstraklasie byłby z miejsca największą gwiazdą. Obecnie najwyżej wycenianymi piłkarzami Crvenej są słoweński rozgrywający Timi Max Elsnik i defensywny pomocnik reprezentacji Bośni Rade Krunić. W Poznaniu nie zagra prawy filar obrony, Koreańczyk Young Woo Seol, co trzeba wykorzystać, bo na belgradzkiej Maracanie nie takie drużyny jak Lech traciły głowę i worek bramek.

Bogactwo Crvenej Zvezdy ma jednak swoje zatrute źródło: to ukochany klub prezydenta Vucicia, a Serbowie nie kryją się z rosyjskimi sympatiami i koneksjami – ich sponsorem jest Gazprom. Kibole z belgradzkiej Maracany jawnie wspierają putinowców w wojnie ukraińskiej. Tym milej byłoby zgotować im w Poznaniu piekło; można porzucić skrupuły, a najlepiej kiboli belgradzkich nie wpuścić na stadion (łatwiej nie wpuścić niż potem wyrzucić, a za machanie flagami z „zetką” i prorosyjskie hasła byłoby to nieuniknione). Miejmy zatem nadzieję, że Lechici będą zmotywowani nie tylko sportowo. Skądinąd, gdyby UEFA była konsekwentna i sprawiedliwa, w rywalizacji nie byłoby nie tylko mistrza Serbii spasionego na ruskim gazie, ale także klubów izraelskich, reprezentujących kraj, który dokonuje właśnie ludobójstwa na oczach świata. Raków i Lech powinny być zatem zmotywowane nie tylko sportowo, a kibice mają dodatkowy powód, żeby trzymać za nasze kluby, nawet jeśli na co dzień z nimi nie sympatyzują. Wyrzućcie tych łajdaków z Europy.

W 1. połowie meczu w Poznaniu obie ekipy wyklepały klasyczny ligowy paździerz nie do oglądania. Kamuflaż ze strony Lechitów? Fot. PAP/Jakub Kaczmarczyk