Zimny prysznic w Miami
Historyczny Edwards, bezbłędny Kessler, powrót Lillarda. Druga noc z najlepszą ligą świata za nami.
W LA rozpoczęła się era bez LeBrona Jamesa. Inauguracja wypadła okazale. Fot. Los Angeles Lakers
Podczas niej nNie zabrakło niespodziewanych rozstrzygnięć. Nie po to sprowadzano Giannisa Antetokounmpo do Miami, by przegrywać, zwłaszcza u siebie. Kibice na Florydzie oczekiwali natychmiastowej dominacji, a dostali zimny prysznic, już na samym starcie. Choć sam Giannis dwoił się i troił, rzucając 35 punktów, to bez wsparcia reszty drużyny i twardej obrony – z której Miami słynęło – mecz zakończył się zdecydowanym zwycięstwem gości 131:106. Bohaterem wieczoru został Anthony Edwards, który rozegrał mecz na poziomie historycznym. Zdobył aż 45 punktów, trafiając 9 rzutów za 3 punkty i dokładając 10 zbiórek. – Kiedy wpada pierwsza „trójka”, obręcz zaczyna wyglądać dla mnie jak ocean. Po prostu realizowaliśmy nasz plan i graliśmy z pełną swobodą – mówił po spotkaniu. Edwards stał się dopiero trzecim zawodnikiem w historii NBA (obok Wilta Chamberlaina i Michaela Jordana), który w więcej niż jednym meczu otwarcia sezonu rzucił minimum 40 punktów. Dla Timberwolves był to także mecz debiutów – po raz pierwszy w ich barwach zobaczyliśmy LaMelo Balla. Rozgrywający spisał się świetnie, zdobywając 21 punktów i rozdając 6 asyst. Chociaż pod koszem Rudy Gobert zdobył zaledwie 5 punktów, to całkowicie kontrolował strefę podkoszową, zbierając aż 15 piłek i kończąc mecz z najwyższym wskaźnikiem plus/minus (+29).
Giannis nie szukał wymówek i otwarcie skrytykował zaangażowanie całej drużyny, stawiając siebie na początku listy do poprawy. - Nasz wysiłek na parkiecie musi być po prostu lepszy. I wszystko zaczyna się ode mnie – przyznał surowo. Grek podkreślił, że indywidualne statystyki nie mają dla niego żadnego znaczenia, jeśli zespół nie funkcjonuje jako jedność i nie potrafi zbudować zaufania w grze obronnej.
Tymczasem w Los Angeles zaczęła się era bez LeBrona Jamesa. Inauguracyjny mecz Jeziorowców z Golden State wypadł znakomicie – rywale zostali rozbici, a liderzy drużyny zaprezentowali się naprawdę dobrze! Wydarzeniem nocy był świetny występ Walkera Kesslera. Nowy środkowy Lakers, sprowadzony z Utah Jazz na wyraźne życzenie liderów zespołu, zanotował perfekcyjny debiut. Zdobył 26 punktów, trafiając 12 na 12 rzutów z gry, a do tego dołożył 9 zbiórek i 2 bloki. Jego bezbłędna skuteczność i dominacja pod koszami całkowicie zniszczyły strefę podkoszową Warriors. Luka Donczić rzucił 28 punktów (w tym 5 „trójek”), zaliczył 8 zbiórek i 7 asyst, a wszystko to w zaledwie trzy kwarty. Także Austin Reaves rozegrał kapitalne zawody, wspierając Słoweńca 23 punktami (perfekcyjne 10/10 z rzutów wolnych) i rozdając 6 asyst. – Uważam, że to wielka rzecz, kiedy rozgrywasz swój pierwszy mecz w koszulce Lakers. Rozmawialiśmy o tym; Kessler rozumie, z czym to się wiąże i jaka presja temu towarzyszy. Myślę, że to było świetne oświadczenie z jego strony na otwarcie – komentował trener JJ Redick.
W ekipie gości dwoił się i troił Stephen Curry, który na rozpoczęcie swojego 18. sezonu w NBA zdobył 23 punkty. Słabo zaprezentowała się jednak reszta pierwszej piątki – Draymond Green uzbierał zaledwie 2 punkty i zanotował aż 4 straty. Rezerwowi Warriors, tacy jak Brandon Williams (14 pkt) czy Gui Santos (12 pkt), próbowali gonić wynik, ale defensywa gospodarzy nie pozwoliła im na zbliżenie się w czwartej kwarcie. Lakers zdominowali rywali skutecznością z gry (ponad 56%) oraz walką na tablicach.
Wielkie święto basketu mieli także kibice w Oregonie – w Moda Center Portland rozbili Słońca z Phoenix różnicą aż 41 punktów! Absolutna deklasacja! Wydarzeniem wieczoru był powrót Damiana Lillarda. Całe Moda Center powitało go owacją na stojąco, a on odpłacił się w najlepszy możliwy sposób. Weteran rozegrał swój pierwszy mecz po powrocie do Portland (oraz po 18 miesiącach przerwy i rehabilitacji zerwanego ścięgna Achillesa), udowodnił, że nie stracił nic ze swojej magii – rzucił 25 punktów, trafiając 6 na 10 rzutów za 3 punkty.
Mecz ten był także oficjalnym debiutem Ja Moranta w barwach nowej drużyny. Rozgrywający, sprowadzony w letnim oknie transferowym, idealnie uzupełniał się z Lillardem. Dyktował niesamowite tempo gry, zdobywając 14 punktów, 5 zbiórek, 3 przechwyty i rozdając 8 asyst, czym zachwycił lokalną publiczność.
Wyniki: Orlando – Atlanta 125:132, Washington – Milwaukee 128:116, Miami – Minnesota 106:131, Brooklyn – Charlotte 103:110, Toronto – Chicago 135:92, Memphis – Utah 123:103, New Orleans – Indiana 120:123, Houston – Dallas 128:110, LA Lakers – Golden State 127:105, Portland – Phoenix 124:83.
(pp)
