Zepsute urodziny
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
Nie tak wyobrażała sobie Iga Świątek 25. urodziny. Miał być tort z szampanem po oczekiwanym przez całą Polskę zwycięstwie nad rywalką z Ukrainy, ale życie napisało inny scenariusz. Nie pierwszy, ani nie ostatni raz w karierze najlepszej polskiej tenisistki. Kto wierzy w nieprzerwane pasmo sukcesów w jakiejkolwiek dyscyplinie sportowej, ten nigdy nie poznał zapachu szatni. Od czasu do czasu formują się w Polsce fan kluby sportowych gwiazd. Kiedyś Gortata, dziś Lewandowskiego i Świątek. Ich członkowie nie znają się osobiście, euforie lub żal komunikują sobie nawzajem drogą internetową. Nie brak wśród nich oszołomów z kompleksami, którzy każdą porażkę wybitnego sportowca traktują bardzo osobiście. Stąd biorą się obelgi, wulgaryzmy, nawet pogróżki pod adresem tych, którzy ośmielili się zakłócić błogi spokój tym z kanapy przed telewizorem.
Jeden z liderów partii Konfederacja ostro ruszył na aktorów, używając przy tym słów obraźliwych. Sławomir Mentzen ani mnie ziębi, ani grzeje, Polski parlament to cyrk dla naiwnych. Przekonałem się o tym, obserwując bratających się przy kielichu i cygarze panów posłów, którzy dzień wcześniej wyzywali się od najgorszych na szklanym ekranie. „Daj pyska byku krasy!” niosło się po drogiej restauracji. Mentzen nazwał ludzi kultury i sztuki próżniakami i durniami. Trudno wiele oczekiwać od faceta używającego pogardy jako oręża politycznego, doktorat zrobił na uczelni kierowanej przez własnego ojca, a z teatrów najbardziej ceni ten kukiełkowy. Znam środowisko aktorskie całkiem dobrze, wychowałem się w „teatralnym” domu i wiem, jak wiele pracy wymaga przygotowanie roli, która porywa publiczność.
Podobnie jest z wyszydzanymi po porażkach sportowcami. Tysiące godzin ciężkiego treningu, zmaganie się z kontuzjami, rywalizacja o miejsce w składzie. Mecz jest jak spektakl teatralny, to ukoronowanie miesięcy i lat harówki pełnej potu, krwi i łez. Rzekome rekiny biznesu i polityki to często pospolici spekulanci. Działając wedle dewizy „tanio kupić - drogo sprzedać” napełniają kieszenie sobie, drenując je u innych. Z etyką prawdziwej pracy nie ma to wiele wspólnego.
Iga Świątek teraz przegrała, jutro wygra, pozostając w naszych sercach. Gorzej z reprezentacją piłkarską, dla której odpadnięcie z rozpoczynających się lada dzień mistrzostw świata było ciosem w samo serce właśnie. Piszę ten felieton w Toskanii, jednego z piękniejszych regionów do odwiedzania w Europie. Tak jak w Polsce staram się docierać na stadioniki w małych mieścinach, gdzie swoje mecze życia rozgrywają „diletanti”, czyli amatorzy z lig oznaczonych dalekimi literami alfabetu. Może w Quercegrossa biegał przedwczoraj po nierównym boisku przyszły Rossi, Baresi albo Baggio?
Pod każdą szerokością geograficzną to prawidłowość, że przyszłe gwiazdy rodzą się w miejscach, gdzie diabeł mówi dobranoc. Jak Jacek Krzynówek zaczynający w LZS Chrzanowice, Robert Lewandowski w Partyzancie Leszno czy Sylwester Czereszewski w Fortunie Gągławki. Teraz na językach kibiców jest Kacper Potulski z kaszubskiej wioski Kwakowo. Znam te piękne strony ukryte w lasach między jeziorami. Kacper okazał się wielkim talentem, niczym burza przemknął przez Lechię i Legię prosto do Bundesligi. To świetny pomysł FIFA, że mały procent od wielkich transferów trafia do pierwszego klubu piłkarza. Ten procencik często przekracza roczny budżet klubiku z prowincji. Blisko Kwakowa leżą Sycewice, kuźnia talentów od dekad szlifowanych przez trenera Ryszarda Hendryka. Karol Czubak spotka się teraz w reprezentacji z kaszubskim krajanem Kacprem Potulskim. Szkoda tylko, że tabuny średnich cudzoziemców blokują młodym Polakom miejsca w ligowych drużynach. Latynoska uroda przyciąga uwagę pań na trybunach, ale mecz to nie konkurs piękności.
Budapeszt uwierzył łzom. Szczęścia u Francuzów, goryczy u Anglików. Widziałem w życiu lepsze finały, ale spektakl na Puskás Aréna nie był futbolowym zakalcem, co to, to nie. Stolica Węgier ugościła wybornym gulaszem i palinką, nastroje były spokojne. Gorzej w Paryżu, tam wandale opanowali miasto, co jest wodą na młyn przeciwników niekontrolowanej imigracji.
Polska eksportowa ekipa sędziowska już trenuje w Miami. Razem z innymi sędziami znad Wisły, którzy mieli zaszczyt sędziować na Mundialach (Wójcik, Wierzbowski, Pociegiel i niżej podpisany), ściskam kciuki za team Marciniaka. A na idiotów piszących o nim „łysy drukarz” mam totalnie wylane. Życie trwa za krótko, by tracić czas na zajmowanie się złymi ludźmi.
Co Szanownym Czytelnikom szczerze rekomenduję.
Iga Świątek teraz przegrała, jutro wygra, pozostając w naszych sercach. Fot. PAP/EPA
