Ze znakiem jakości
GieKSa rozegrała najlepszy mecz w sezonie i jak na ironię... przegrała.
Derby GKS-ów były świetnym widowiskiem. Fot. Łukasz Sobala/PressFocus
Gdyby hokeiści GKS-u Katowice od początku grali z taką pasją jak w derbach z tyskim GKS-em, to pewnie nie zajmowaliby tak odległego miejsca w tabeli. Spotkanie stało na wysokim poziomie, ale nieznacznie lepsi okazali się obrońcy tytułu mistrzowskiego - już po raz drugi w tym sezonie.
Dzisiaj, wedle naszych informacji, może wiele się dziać w gabinetach przy Nowej Bukowej. Jeszcze nie dotarliśmy do Satelity, a już w powietrzu czuliśmy atmosferę napięcia. Wokół GieKSy znów zebrały się czarne chmury i w razie porażki prezes klubu zapowiedział daleko idące konsekwencje kadrowe. Natomiast w tyskiej drużynie trener Pekka Tirkkonen dokonał przetasowań w poszczególnych formacjach i Henri Knuutinen otrzymał wolne.
Gospodarze szybko objęli prowadzenie po błyskawicznej kontrze. Na początku 2 min Emil Forslund idealnie podał do Brocka Bremera, a ten z bliskiej odległości trafił do siatki. W 7 min do wyrównania doprowadził Leevi Viitala. Kilkanaście sekund później było 2:1, a krążek w siatce umieścił Forslund, jednak po analizie wideo na życzenie Tyszan sędziowie gola nie uznali, bo Stephen Anderson był spalony w polu bramkowym i remis po 20 min nie uległ zmianie.
Pierwsza odsłona była bardzo dobra, zaś druga jeszcze lepsza! Skuteczniejsi okazali się Tyszanie, którzy już w 11 sek. objęli prowadzenie po uderzeniu Dominika Pasia, ale solidną robotę wykonał Viitala. Gospodarze cały czas prali do przodu i w końcu Joona Monto doprowadził do remisu, jednak goście ponownie wyszli na prowadzenie, bo Szymon Kiełbicki w dość prosty sposób oszukał Connora LaCouvee. Potem Bremer nie wykorzystał dwóch idealnych sytuacji, bo miał przed sobą tęgiego fachowca, Tomaša Fučika, a goście wkrótce wyprowadzili kontrę i Valtteri Kakkonen zdobył czwartą bramkę. Sytuacja Katowiczan była mało ciekawa, ale ich gra mogła się podobać, jednak brakowało najważniejszego - skuteczności! Hokeiści GieKSy atakowali z pasją i podczas gry w przewadze zmniejszyli straty i cały czas nękali tyską bramkę. Gdy Jacob Lundegard był w boksie kar, Alan Łyszczarczyk wrzucił krążek pod bramkę, a ten odbił się od kija Joona Huttuli i wpadł do bramki. Gospodarze wycofali bramkarza, ale to nic nie dało.
Włodzimierz Sowiński
◼ GKS Katowice – GKS Tychy 3:5 (1:1, 1:3, 1:1)
1:0 – Bremer – Forslund – Anderson (1:11), 1:1 – Viitala – Łyszczarczyk – Paś (6:11), 1:2 – Paś – Viitala (20:11), 2:2 – Monto – Jonasz Hofman – Jakub Hofman (30:46), 2:3 – Kiełbicki – Kovař (32:38), 2:4 – Kakkonen (35:59), 3:4 – Anderson (44:30, w przewadze), 3:5 – Łyszczarczyk (58:37, w przewadze).
Sędziowali: Paweł Breske i Wojciech Czech – Łukasz Sośnierz i Eryk Sztwiertnia. Widzów 1000.
KATOWICE: LaCouvee; Lundegard (2) – Englund (2), Huttula – Cap, Šredl – Chodor, Maciaś; Wronka – Pasiut – Fraszko, Bremer – Anderson – Forslund, Krężołek – Michalski (2) – Ruokonen, Jakub Hofman – Monto – Jonasz Hofman (2). Trener Jacek PŁACHTA.
TYCHY: Fučik; Pociecha – Kovař, Kakkonen – Kaskinen, Bryk – Viinikainen (2), Sobecki – Sertti (2); Viitala (2) – Paś – Łyszczarczyk, Jämsen (2) – Komorski – Kerkkanen, Jeziorski – Ainali – Viitanen, Kucharski – Kiełbicki – Gościński. Trener Pekka TIRKKONEN.
Kary: Katowice – 8 min, Tychy – 8 min.
23 SEKUNDY było do końca kary Lauri Serttiego, gdy gospodarze zmniejszyli stratę do gola.
41 STRZAŁÓW oddali goście, zaś gospodarze – 36.
