Zburzona sielanka
LIGOWIEC - Bogdan Nather
Motor i Widzew zafundowali kibicom huśtawkę nastrojów i emocji. Fot. Ireneusz Wnuk/PressFocus
W minionej kolejce ekstraklasy dla kilku zespołów zwycięstwa były wprost bezcenne. Które z nich należy ocenić najwyżej? Palmę pierwszeństwa w tym względzie przyznałbym meczowi Motoru Lublin z Widzewem Łódź. W tym sezonie tylko raz byliśmy świadkami podobnej kanonady, gdy Pogoń Szczecin wygrała 5:3 ze Śląskiem Wrocław. W Lublinie padło „tylko” siedem goli, ale emocji było co niemiara, można nawet powiedzieć, że w nadmiarze. Po kwadransie gry w sielankowym nastroju byli gospodarze, którzy prowadzili 2:0, lecz później zostali okrutnie skarceni i po czterech „gongach” wyrzuceni ze strefy komfortu. Strata jednego gola może być traktowana jako pech, ale czterech - to już niedbalstwo. Poza tym nie oszukujmy się - dużą cegłę (nie cegiełkę) do triumfu gości dołożył bramkarz Motoru, Kacper Rosa.
Dramatyczny przebieg miał pojedynek Rakowa Częstochowa z „Dumą Pomorza”, czyli Pogonią. Gdy wydawało się, że grający w dziewiątkę (!) goście wytrzymają napór rywali, mleko się rozlało i Matej Rodin wykonał wyrok. Zastępujący na ławce trenerskiej zdyskwalifikowanego Roberta Kolendowicza Paweł Ozga nie obarczał winą za porażkę sędziego, który przedłużył mecz o kilkanaście minut, lecz chłodnym okiem ocenił, że „w tej ostatniej akcji zabrakło nam konsekwencji, żeby wygrać pojedynek i wybić piłkę”. Marna to jednak pociecha dla piłkarzy i kibiców Pogoni, bo jak wiadomo żadna porażka nie jest lekiem uspokajającym.
Szybko do równowagi po przegranej z Motorem wrócił Lech Poznań i odesłał do narożnika Cracovię, w dodatku na jej boisku. Wygrana jest tym cenniejsza dla „Lechitów", że wygrali z „Pasami” w Krakowie po czterech latach „postu”. Podopieczni Nielsa Frederiksena doskonale wiedzieli, po co przyjechali pod Wawel, mieli pomysł, jak zneutralizować najgroźniejszą broń przeciwnika. Gdyby było inaczej, wracaliby do Poznania albo z pustymi rękami, albo z połowiczną zdobyczą. Nie ma w tym niczego odkrywczego, bo to prawda stara jak świat - nie tylko dla żeglarzy - że jeżeli nie wiesz, do jakiego portu płyniesz, nie sprzyja ci żaden wiatr.
Bardzo cenię (naprawdę!) trenera Śląska Wrocław Jacka Magierę, ale ostatnimi czasy robi dobrą minę do złej gry i nieudolnie tłumaczy niepowodzenia swojego zespołu. Widać, że nie jest zaprawiony w „bojach”, w których trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i wyłożyć kawę na ławę. - Moim celem jest po raz trzeci doprowadzić Śląsk do europejskich pucharów i na tym się skupiam - powiedział ostatnio. - To idea na czas mojego kontraktu. Dzisiaj można powiedzieć, że żartuję, ale cały czas patrzę pozytywnie w przyszłość - stwierdził.
Nie będę kłamał, po tych słowach „Magica” zostałem powalony na ziemię niczym szmaciana lalka, bo z założenia nie akceptuję herezji i transmisji cudzych snów. Panie trenerze, proponuję rzucić okiem na tabelę, może twarde fakty przekonają pana, że w tym konkretnym przypadku wywalczenie przepustki do europejskich pucharów jest marzeniem ściętej głowy. I niczym więcej.
