Zaduszki

REMANENT – felieton Jerzego Chromika

Jest taki dzień, bardzo smutny, bo... listopadowy.

Niedawne spotkanie z Janem Miodkiem zaczęło się od pięknego wspomnienia. Profesor przywołał z pamięci fragment starego komentarza Bohdana Tomaszewskiego: „Chromik ucieka, Rżyszczyn go goni, 400 metrów do mety, Polak słabnie...”.

Tej radiowej transmisji słuchała wtedy także żona pana Miodka. Gdy po latach była przedstawiana legendarnemu redaktorowi, to usłyszała przy powitaniu:

– Pani pewnie mnie nie kojarzy...

– Jak to nie, mam nadal w uszach pańskie słowa: „Chromik ucieka, Rżyszczyn go goni”.

A skoro już wspominamy imiennika, o wiele bardziej znanego ode mnie, dawnego lekkoatletę Górnika Zabrze, to kolega redakcyjny opowiedział mi kiedyś inną pyszną historyjkę, bodaj z drugiego zjazdu Wunderteamu. Na widok pana Jerzego redaktor Bohdan zaczął w niepowtarzalnym stylu:

– Panie Jurku, pamiętam jak dziś, była gęsta mgła, rów z wodą, ostatni wiraż i jako pierwszy wyłania się Jerzy Chromik. Mam to ciągle przed oczami...

– Przepraszam bardzo, panie Bohdanie, ale podczas tych zawodów nie było mgły. Słońce akurat wyszło...

Pamięć, nasza pamięć, jest tak zawodna, nawet nie po latach, teraz już po kilku godzinach. Ale ta pamięć jest bardzo ważna, nie tylko każdego mglistego 1 listopada! Nie ma już ani tamtego rekordzisty świata w biegu na 3 km z przeszkodami, nie ma też komentatora mojej młodości i na pewno nie ma też Rżyszczyna. My jeszcze jesteśmy i chyba także po to, by dać świadectwo. I pamiętać o tych, którzy przez lata młodości i potem już w naszym wieku dojrzałym gwarantowali nam jedyne w swoim rodzaju emocje. Sportowe emocje.

W ostatnią niedzielę chciałem napisać kolejny post w mediach społecznościowych. Mógłbym inaczej, od nowa, poubierać myśli w świeże słowa, ale zorientowałem się, że te stare tweety sprzed pięciu, dziesięciu, a nawet dwunastu lat pozostają aktualne. Są równie bolesne, bo ponadczasowe. Zatem bez wstydu je przytaczam:

– Masz blisko? Cieślik, Deyna, Gołaś, Komar, Mróz i... Odwiedź Ich bez zaproszenia, tak ważnych dostarczyli nam kiedyś emocji. Zapal znicz!

– Jeszcze tak niedawno byli na ustach wszystkich. W ciszy mijali metę życia. Zatrzymaj się, zapal znicz! Nie olimpijski, zwykły. Znicz kibica.

– Odłóż smartfon, nie włączaj latarki, zapal ZNICZ...

Oni już dobiegli, Ty jeszcze drepczesz. Czasami w miejscu.

Trzy razy występuje w postach słowo-klucz. Znicz. Dziś są już takie korzystające z energii słonecznej i świecące się nocami i dniami. Wosk nie zalewa płyt nagrobnych, pozwala to zachować je w lepszym stanie, ale też niechcący odziera cmentarze z uroku. Nie widać żywych płomieni. Nie ma łuny nad miejscami wiecznego spoczynku bliskich i tych dalszych. Także naszych sportowych idoli...


PS. Felieton pisałem w Dzień Zaduszny i jak co roku powróciła do mnie, jak dobry refren, kwestia Andrzeja Poniedzielskiego.

– Na pytanie, czy będę jutro na cmentarzu, odpowiadam zawsze szczerze, że tak, tylko jeszcze nie wiem, po której stronie... znicza.

Stojąc jeszcze po jasnej stronie i patrząc na groby od tej zewnętrznej, pochylony w zadumie nad zniczami, mówię tym wszystkim, którzy drugiego tego smutnego miesiąca pamiętali o naszych idolach, proste „dziękuję”! Nie „dzięki”, tylko dziękuję! Bo to „dzięki” powinno odnosić się do zmarłych. Bo to dzięki nim, tym, których odwiedziliśmy na cmentarzach, kochamy ten sport!

I mamy kogo i co wspominać. Niechaj tak będzie jak najdłużej!

Jeden z tych najważniejszych grobów... Fot. Paweł Czado



Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się