Zaczynamy cieszyć się przeciętnością
Rozmowa z Michałem Kubisztalem, byłym rozgrywającym reprezentacji Polski, trenerem Sośnicy Gliwice
Dziewczyny stoją murem za Arne Senstadem, a krytycy zgłaszają pytania. Fot. Łukasz Laskowski / Press Focus
Jedenaste miejsce kobiecej reprezentacji Polski na toczących się w Niemczech i w Holandii mistrzostwach świata jest dobre, czy jednak spodziewał się pan czegoś więcej?
- Nie jest najgorsze, ale pytanie bardziej idzie w kierunku, czy reprezentacja zrobiła postęp, czy nie.
A zrobiła?
- W mojej ocenie nie. Patrząc przez pryzmat, z kim graliśmy, mam mieszane uczucia. Mieliśmy trochę szczęścia w losowaniu. Nie trafiliśmy na nikogo ze średniej półki europejskiej, poza Austrią. Patrząc tylko z naszej perspektywy, graliśmy z dość egzotycznymi przeciwnikami. No bo umówmy się – gdybyśmy trafili do grupy z Czarnogórą i Serbią, to mam wątpliwości, czy uplasowalibyśmy się w przedziale 9-12. Mówiąc krótko – mieliśmy obowiązek wygrać, to co wygraliśmy, oraz przegrać to, co przegraliśmy. Ocena nie może więc być wysoka. Dałbym dwa z plusem, maksymalnie trzy.
Może jednak podniesie pan ocenę za pokonanie Austrii i to pięcioma bramkami...
- No dobrze, tylko - kurcze - mam dziwne wrażenie, że zaczynamy się cieszyć przeciętnością. Wychodzimy z założenia, że za zajęcia miejsca 9-12 nikt nie będzie piał z zachwytu, ale też się do niczego nie przyczepi, nie będzie marudził.
No to my pomarudźmy troszeczkę...
- Pierwsza połowa z Francją pokazała, że jest potencjał w tej drużynie, ale patrząc na wspomniany mecz z Austrią... No dobra, wygraliśmy go, ale tylko doświadczeniem, bo przez jego dłuższą część to Austria prowadziła. Dopiero w ostatnich 16 minutach udało się nam przechylić szalę zwycięstwa (od 25:25 do 31:25 - przyp. red.), gdy te młode Austriaczki opadły już z sił i nie bardzo było kim je zastąpić. Ale OK, to trzeba też umieć i za to brawa dla naszych dziewcząt. Nie był to jednak wybitny mecz z naszej strony.
Zgoda, coś w tym jest. Z Francją było dobrze 30-40 minut, potem nastąpił odjazd Trójkolorowych, a 0:8 na finiszu na mundialu nie przystoi. Z kolei w meczu Holandią od początku było bardzo źle, wręcz fatalnie.
- Skorzystaliśmy z tego, że być może Francuzki podeszły do nas na zbytnim luzie, nie do końca skoncentrowane, a my zagraliśmy na 100 procent swoich możliwości. Ale OK, to ich problem. Tu chciałbym zwrócić uwagę na nasze skoki poziomów. W pewnym momencie gramy na maksa i nagle następuje ostry zjazd. W tej kwestii szczególnie przyczepiłbym się do meczu z Holandią, która nie zagrała nic wybitnego. Owszem, na początku drugiej połowy potrafiliśmy zatrzymać Oranje, że przez 8 minut nie rzuciły bramki, ale problem w tym, że my rzuciliśmy dwie, a w takim wypadku trudno myśleć o odrobieniu strat... To pokazuje, że światowej czołówce wystarczy z nami zagrać przyzwoicie, bez fajerwerków, by „objechać” nas dychą.
Trener Arne Senstad przy każdej okazji podnosił temat braku sił swoich podopiecznych na pełne 60 minut...
- Nie zgadzam się w 100 procentach. Ze wspomnianą Austrią czy z Tunezją opór przeciwniczek przełamywaliśmy przecież w końcowych fragmentach i wygrywaliśmy. Dla przykładu Monika Kobylińska 7 z 9 bramek w meczu z Austrią zdobyła w drugiej połowie, a to świadczy o tym, że siłę miała. Poza tym cała 16 nie miała sił i nagle „umierała”? Jak jedna siódemka ciągnie całe spotkanie na pełnych obrotach, to faktycznie może jej sił zabraknąć. To jednak nie jest klub, że mamy 7-8 zawodniczek, a reszta wypełnia kadrę.
No to doszliśmy do selekcjonera. Czy wybory Norwega były dobre? Mamy w kraju kogoś, kogo nie zabrał na mundial?
- To pytanie warto zadać selekcjonerowi; czym się kierował przy nominacjach? Z perspektywy czasu łatwo powiedzieć, że ta się nadaje, a ta nie jest w reprezentacyjnej dyspozycji... Zastanawia mnie jednak kilka rzeczy. Na przykład, czym się trener kierował, odsyłając po pierwszej fazie młodą Joasię Granicką, która na ten turniej pojechała po naukę. Zastąpił ją Magdą Drażyk, która - bezdyskusyjnie - jest świetną zawodniczką, a w trzech meczach dał jej w sumie pograć przez 6 minut z haczykiem (3:20 z Argentyną, 0 z Holandią i 3:03 z Austrią - przyp. red.). Jaki sens miała ta zmiana? Bez urazy dla Magdy, ale uważam, że 3, a najlepiej 5-10 minut z Francją czy Holandią, dałyby o wiele więcej Granickiej, która zdobyłaby olbrzymi bagaż doświadczeń; Joasia dostałaby dużego kopa na przyszłość. Druga rzecz to zmienniczki bocznych rozgrywających, które na ten turniej najwyraźniej nie trafiły z formą. Bardzo lubię te dziewczyny, to są świetne zawodniczki, ale Natalia Nosek czy Ola Rosiak nie dały drużynie tej jakości, jakiej byśmy od nich oczekiwali.
Koła też nie mieliśmy...
- Z Austrią chyba co 5 minut była zmiana na tej pozycji, a to znaczy, że Natalia Pankowska, Nikola Głębocka i Ola Olek nie dawały trenerowi pewności dobrej gry. Możemy dyskutować, bo mamy w Polsce kilka dziewczyn potrafiących grać na obrocie. Mam tu na myśli chociażby Joasię Drabik z Zagłębia Lubin, która od bodaj czterech lat nie jeździ na kadrę. Ktoś się na kogoś obraził, ktoś jest o coś na kogoś zły, ale to nie powinno stanowić wytłumaczenia i dobrego rozwiązania, gdy mówimy o reprezentacji... Obecnie mamy trzy młode, perspektywiczne, dobre obrotowe, ale na dziś jeszcze nie na mistrzostwa świata, co pokazał mecz z Austrią, w którym żadna nie zdobyła bramki (Pankowska oddała 3, Olek 1, a Głębocka żadnego rzutu - przyp. red.)
Na przeciwnym biegunie znajdują się zapewne skrzydłowe...
- ... które były najjaśniejszymi punktami zespołu. Dobrze biegają, są w miarę skuteczne, choć zbyt wielu piłek i mnie dostarczono. Gdybyśmy je wyjęli ze składu, to mielibyśmy kłopoty ze zdobywaniem bramek z kontry w drugie czy trzecie tempo. Daria Michalak i Magda Balsam zagrały fajne, bardzo przyzwoite mistrzostwa, rzadko się myliły. Bardzo dobrze i bez kompleksów zaprezentowała się też lewa rozgrywająca Kasia Cygan, która dostała szansę zaistnienia w kadrze i od razu ją wykorzystała. Dobrze się ją oglądało i tu pytanie do selekcjonera - dlaczego po dwóch-trzech pierwszych spotkaniach Kasia nie stała się pierwszym wyborem na lewym rozegraniu?
A jak pan oceni postawę naszej kapitan Moniki Kobylińskiej? Chyba też więcej od niej oczekiwaliśmy, może poza meczem z Austrią...
- Z jednej strony tak, z drugiej ta zawodniczka była najbardziej obciążana. W prawie każdym meczu grała od dechy do dechy, bo Natalia (Nosek - przyp. red.) nie dawała dobrej jakości zmian. Przeciwniczki wiedziały, że to nasza liderka, więc na niej woleli skoncentrować swoje siły. Tu Arne powinien mieć pomysł, jak odciążyć Monikę od wszystkich zadań, bo przecież ona broni, rozgrywa i zdobywa bramki.
No to teraz trochę wejdę w togę obrońcy trenera Senstada i zapytam, jak konkurować z innymi, mając tylko 9-zespołową ligę, bo Galiczanki Lwów nie liczę? Nie grając w Lidze Mistrzyń i mając mistrza Polski stojącego w sporej mierze na zagranicznych zawodniczkach?
- OK, może nie mamy tak szerokiego wachlarza wyboru, jak byśmy chcieli. Druga strona medalu jest jednak taka, że kobieca reprezentacja ma możliwości, by bić się o wyższe cele, bo większość kadrowiczek występuje poza granicami, w dobrych klubach Przykład Kasi Cygan z Gniezna pokazuje, że można wybrać perełki, które za rok, dwa, trzy mogą stanowić o sile reprezentacji. Temat ligi, to znaczy jak stoi finansowo, dlaczego jest tak okrojona, jest na inną rozmowę. Rozmowę rzekę. Mamy to, co mamy i na razie z tego musimy szyć.
Zatem temat ewentualnej dymisji selekcjonera, który - jak to w Polsce - już się pojawił, zostawiamy bez komentarza?
- Nie no, nie może być tak – Arne won, bo reprezentacja gra słabo. Konstruktywna krytyka – tak. Merytoryczna dyskusja – tak. Ale nie szukajmy teraz z łapanki trenera, który od razu da tej reprezentacji mocnego kopa do przodu. Arne jest wystarczająco długo z reprezentacją (ponad 6 lat - przy. red.), podjął kilka mniej lub bardziej kontrowersyjnych decyzji, z którymi można się zgadzać lub nie, ale to jego decyzje. Odstawił kiedyś Karolinę Kudłacz-Gloc, stawiając na zespół, który będzie liderem, a nie na jedną gwiazdę, bo miał do tego prawo. I tak możemy długo dyskutować. Łatwo oceniać sprzed telewizora, choć pytania czy wątpliwości – konstruktywne, powtarzam – można zgłaszać, bo to jest nasza reprezentacja. Zawsze z nadziejami oczekujemy, że coś więcej osiągniemy. A jak ktoś ma inny, lepszy pomysł, to niech go przedstawi.
Dziś w Warszawie planowana jest konferencja prasowa z selekcjonerem, poświęcona udziałowi Biało-czerwonych w mistrzostwach świata. Zadajmy zatem jedno pytanie Norwegowi z perspektywy trenera Michała Kubisztala.
- Dlaczego dekadę temu - za kadencji Duńczyka Kima Rasmussena - potrafiliśmy wejść w mundialową czwórkę, nadrabiając braki sercem? Czy wtedy mieliśmy lepszą ligę? Nie sądzę, a jednak potrafiliśmy się dostać do grona reprezentacji bijących się o medale. Jeśli więc dziś mamy się zadowalać 11. miejscem na świecie, to chyba nie jest to dobra droga. A drugie pytanie brzmi - o zrobić, żebyśmy nie bili się dobrze, jak z Francją, przez 40 minut, tylko przez pełną godzinę?
Rozmawiał Zbigniew Cieńciała
Fot. Sebastian Sienkiewicz/PressFocus
