Zaczekajmy, nie ma co jeszcze wpadać w panikę
Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado
Oczekiwania zawsze są wielkie: ludzie chcieliby żeby selekcjoner był cudotwórcą, a Jan Urban cudów nie gwarantuje; jedynie nie jest nieudacznikiem.
***
Tak: polska obrona po drugiej stronie Bałtyku kilka razy przypominała dzieci we mgle. Tak: polska pomoc nie potrafiła w sposób trwały narzucić własnego sposobu gry. Tak: polski atak generalnie był widoczny jak igła w stogu szwedzkiego siana. Tak: w tej chwili nie widać nikogo, na kim można by oprzeć drużynę narodową. Tak: cały zespół grał w tym meczu nierówno, był jak krztuszący się silnik - a im dalej w las, tym gorzej…
Jednak czyż to właśnie mecze podrzędnych rozgrywek Ligi Narodów nie są idealnym momentem by pozwolić sobie na słabość, idealnym na jej diagnozowanie, na szukanie nowych rozwiązań? Czy jeśli auto z krztuszącym się silnikiem nam nie odpala, wyrzucamy je na śmietnik?
***
Nie ma wątpliwości: to nie był udany wieczór reprezentacji Polski. Kładę jednak nacisk na fakt, że nie to jest najważniejsze; istotne jest przede wszystkim, by nie stracić z pola widzenia najważniejszego celu. Tym nie są wcale dobre wyniki w pomocniczych rozgrywkach, lecz awans na imprezy pierwszego sortu, czyli mundial lub Euro. „Przecież Jan Urban nie awansował na ostatni mundial!” - od razu zauważy ktoś chcący już rozliczać selekcjonera. Prawda, ale nie zapominajmy o istotnym szczególe: Urban nie dostał pełnego cyklu eliminacyjnego. W poprzednim próbował jedynie ratować sytuację w momencie kryzysu.
Polacy po stracie trzeciej bramki w Szwecji. Wiadomo już było, że przegramy. Fot PAP/Piotr Nowak
W mojej opinii, a mogę powtarzać to do znudzenia, selekcjoner reprezentacji Polski powinien być rozliczany regularnie co dwa lata. W razie awansu z grupy podczas imprezy mistrzowskiej kontrakt powinien odnawiać mu się automatycznie na kolejne dwa lata, bez oglądania się już na zdanie prezesa związku. Jednocześnie selekcjoner nie powinien być zwalniany w trakcie nieudanych eliminacji, chyba że sam zrezygnuje. Powinien móc pracować do końca cyklu, dopiero w razie finalnego niepowodzenia powinien do akcji wkraczać prezes. Co dla mnie znaczy niepowodzenie? Jesteśmy nacją o takich tradycjach piłkarskich, że mamy prawo oczekiwać, przy obecnym formacie rozgrywek mistrzowskich – co najmniej obecności na każdej z nich. Przecież Jan Urban nie zaprzepaścił tej możliwości: ciągle ma szanse awansować z reprezentacją Polski na najbliższe Euro. Słabsza postawa drużyny w pomocniczych rozgrywkach nie znaczy według mnie nic. Przypominam, że Liga Narodów zastąpiła jedynie mecze towarzyskie, które służyły do przebudowywania drużyn i nadawania im niezbędnego szlifu.
W moim więc mniemaniu Jan Urban - choć przed nim nie tyle przebudowa, co budowa zespołu – ciągle może ten zespół doprowadzić na odpowiedni poziom i osiągać rezultaty, których oczekiwalibyśmy. Zaczekajmy więc, nie ma co wpadać w panikę. Wpadaliśmy już w nią wielokrotnie, zrywając ze ściany futbolowe okablowanie i ściągając nowych elektryków - i co? Próbowaliśmy już wszystkiego; byli fachowcy polscy i zagraniczni, energiczni i melancholijni, zarówno z autentycznymi sukcesami trenerskimi albo futbolowym, jak i na dorobku – i generalnie nic to nie dało. Przez te wszystkie lata XXI wieku tak naprawdę... zmniejszyły się nam jedynie oczekiwania. Dziś pieścimy więc we wspomnieniach rocznicę jedynego polskiego ćwierćfinału na wielkiej imprezie w ostatnim ćwierćwieczu, czyli podczas Euro w 2016 roku, a przecież kilka dekad wcześniej, w innej epoce, osiągnięcie na tym samym poziomie podczas mundialu w 1978 roku - zostało uznane za ogromne rozczarowanie.
Ciągle mam przekonanie, że Polska awansuje na najbliższe mistrzostwa Europy. To z tego powinien być rozliczany Jan Urban. Polscy piłkarze będący członkami kadry narodowej potrafią – choć zdaję sobie sprawę, że akurat dziś brzmi to prześmiewczo – grać w piłkę. Trzeba tylko odpalić ten silnik.