Z rozkazu Białego Domu
21:0 - kosmiczne tournée All-Stars NBA za żelazną kurtyną.
Mecz Legia - All Stars w Hali Gwardii w Warszawie. Stanisław Olejniczak próbuje zablokować Billa Russella. fot. PAP/ Cezary Langda
Misja Reda Auerbacha
Jak to się stało, że Amerykanie w piekielnie silnym składzie przylecieli do Europy? Bezpośrednim impulsem do działania było rozczarowujące, 4. miejsce ich reprezentacji na mistrzostwach świata w Rio de Janeiro w 1963 roku, gdzie Jankesi musieli uznać wyższość Brazylii oraz komunistycznych potęg – Jugosławii i ZSRR. Prezydent Lyndon B. Johnson, traktując tę sportową porażkę jako cios w prestiż mocarstwa, powierzył misję „odzyskania twarzy” urzędnikowi Nickowi Rodisowi oraz legendarnemu trenerowi Boston Celtics, Redowi Auerbachowi. Skonstruowana przez nich „drużyna marzeń”, w skład której weszły takie ikony jak Bill Russell czy Oscar Robertson, ruszyła za żelazną kurtynę nie tylko jako ambasadorzy sportu, ale przede wszystkim jako narzędzie dyplomacji. - Wyniki z Rio nie spodobały się w Białym Domu. Był to szczyt zimnej wojny, a reprezentacja USA przegrała z dwoma krajami komunistycznymi. Prezydent Lyndon Johnson polecił Departamentowi Stanu podjęcie działań w celu przywrócenia amerykańskiej koszykówce należnego jej miejsca w oczach świata - wspominał po latach Robertson, jeden z najbardziej utytułowanych graczy w NBA, MVP w 1964 r. „Zanim trasa NBA All-Stars się rozpoczęła, wezwano nas do Waszyngtonu. Sekretarz Stanu, Dean Rusk, i inni urzędnicy przeprowadzili z nami odprawę, a my odwiedziliśmy Biały Dom, gdzie prezydent Johnson życzył nam powodzenia w reprezentowaniu Amerykanów” - napisał we wspomnieniach.
Dziesięć dni, które zmieniły polski basket
W Polsce Amerykanie gościli w maju. Na początek w hali Gwardii w Warszawie grali z Legią wzmocnioną graczem Polonii, Jerzym Piskunem. Wygrali 20 punktami i było to ich najniższe zwycięstwo w tym tournée. „Ich gra jest zarazem skuteczna i widowiskowa. Szybkie ataki w ich wykonaniu są wprost błyskawiczne. Rzucają z dystansu z niezwykłą miękkością, w walce o piłkę pod tablicami panują niepodzielnie, drybling mają opanowany do perfekcji, demonstrują kapitalne wprost dobitki, nakrywki... długo można by pisać o ich grze. Są niezwykle sprawni, wygimnastykowani, mają wyśmienity refleks, wyczucie sytuacji na boisku. Faulują rzadko” - komplementował dziennikarz „Sztandaru Młodych”.
Kolejne spotkanie także odbyło się w stolicy, a rywalami byli Akademicy. Skończyło się na porażce prawie 40 punktami. Gospodarze do przerwy dzielnie trzymali dystans (37:42), ale po zmianie stron Amerykanie podkręcili tempo, uszczelnili defensywę i żarty się skończyły.
We Wrocławiu Amerykanów podjął Śląsk, po latach wspominano, że: „show skradł Mieczysław Łopatka, rzucając 28 punktów – o 3 więcej niż słynny Oscar Robertson”. Sęk w tym że goście wygrali w kosmicznych rozmiarach (110:68).
W Krakowie w hali przy Reymonta All Stars spotkały się z Wisłą. Już do przerwy przyjezdni mieli dwa razy więcej punktów (28:56), ostatecznie skończyło się na wygranej różnicą blisko pół setki!
12 maja w gdańskiej hali Olivia Amerykanów podejmowało Wybrzeże. Zygmunt Wysocki ustrzelił 28 pkt, Jerzy Młynarczyk dołożył 15, ale to wszystko było za mało na gości zza Oceanu, którzy wygrali 46 punktami.
Choć hale pękały w szwach (łącznie ponad 20 tys. widzów), Red Auerbach zauważył pewien mankament polskiego sportu. Chwalił przygotowanie taktyczne i fizyczne naszych zawodników, ale na konferencji prasowej dodał: „Musicie trafić z koszykówką do szkół i na podwórka. W parkach brak koszy, natomiast setki chłopców kopią piłkę. U nas jest odwrotnie. Oto cała tajemnica potęgi NBA".
14 maja 1964 roku, po dziesięciu dniach, które na zawsze zmieniły postrzeganie basketu w Polsce, amerykańscy gwiazdorzy odlecieli do Rumunii.
Magiczny sen w Bukareszcie
Reprezentacja USA rozegrała kilka spotkań w Rumunii – w stolicy oraz w Klużu. W rumuńskim zespole wystąpili tacy zawodnicy jak Vizi Imre, Horia Demian, Alin Savu, Mihai Nedef, Grigore Costescu czy Matei Ruhring. „W maju 1964 roku na stadionie Republicii wydarzył się cud – spotkanie z elitą NBA zebraną w zespole All Stars. Tym razem nie byłem widzem, a aktorem w tej nierealnej fantazji. Grałem zaledwie 4 minuty i nie zdobyłem punktu, ale sam fakt przebywania na boisku obok Boba Cousy'ego, Oscara Robertsona czy Jerry’ego Lucasa był jak magiczny sen. W Bukareszcie był też słynny Bill Russell, ale z powodu przeziębienia został w hotelu; zabrakło jedynie Wilta Chamberlaina. Wynik tego pokazu nie miał znaczenia – Amerykanie przekroczyli setkę, starając się nas nie upokorzyć, a my zdobyliśmy o połowę mniej punktów. Czuję się zaszczycony, że mogłem uścisnąć dłonie tym legendom” - wspominał Alin Savu, była gwiazda Steauy, we wpisie na Facebooku.
Lody w Belgradzie
Potem Amerykanie ruszyli do Jugosławii. W Belgradzie dwa mecze na otwartym stadionie Taszmajdan przyciągnęły po 12 tysięcy widzów. Choć pierwszy pojedynek gospodarze zaczęli od prowadzenia 6:2, Amerykanie szybko przejęli kontrolę – po przerwie na żądanie Auerbacha zablokowali ofensywę Belgradu na 15 minut, schodząc na przerwę z wynikiem 46:23. Kluczową postacią był Russell, który całkowicie zneutralizował asa gospodarzy, Radivoja Koracia. Dominacja gości była tak duża, że Auerbach miał ponoć czas na zjedzenie lodów na ławce rezerwowych, podczas gdy jego zespół prowadził różnicą 50 punktów.
Belgradzkie media pisały o „magicznej koszykówce”, Cousy'ego ochrzczono mianem „Houdiniego”, Russell był „górą nie do przejścia”, a gazeta „Politika” zatytułowała swój artykuł po prostu: „To jest prawdziwa koszykówka”.
Po wizycie w Belgradzie Amerykanie zagrali również w Karlovacu, pokonując Chorwację 110:65, oraz w Lublanie przeciwko Słowenii (108:84).
Segregacja kontra europejskie salony
Podczas tego tournée Amerykanie rozegrali 21 meczów i wszystkie wygrali. Poza Polską, Rumunią i Jugosławią grali też w Egipcie. Tournee z 1964 roku obnażyło bolesny rozdźwięk między pozycją Afroamerykanów za granicą a brutalną rzeczywistością w kraju. Za żelazną kurtyną byli fetowani jak królowie, podczas gdy w USA pozostawali obywatelami drugiej kategorii. „W Ameryce, którą reprezentowaliśmy jako sportowcy, czarnoskórzy obywatele w wielu regionach wciąż ryzykowali zdrowiem lub życiem, próbując skorzystać z prawa do głosowania. Nie tylko rygorystycznie przestrzegano segregacji, ale czarny człowiek mógł zostać surowo ukarany za picie z niewłaściwego kranu, nieustąpienie miejsca na chodniku białemu, a nawet za niewłaściwe spojrzenie na białą osobę” - napisał we wspomnieniach czarnoskóry Oscar Robertson.
Piotr Płatek
