Z Infantino ciężko się rozmawia
Rozmowa z Euzebiuszem Smolarkiem, urodzonym i mieszkającym w Holandii byłym reprezentacyjnym napastnikiem, prezesem Polskiego Związku Piłkarzy
Euzebiusz Smolarek ściska Jana Urbana i... kciuki za polski team w barażach mundialowych. Fot. Artur Kraszewski / Press Focus
Trzydniowe spotkanie w Lizbonie miało naładowany program?
- To było świętowanie 60-letniej historii przy jednoczesnym spojrzeniu w przyszłość. Nasze poprzednie spotkanie na Bali było... bardziej męczące. Teraz kompleksowy program sesji plenarnych, warsztatów i spotkań „dywizyjnych” nie był tak napięty, co nie oznacza, że było mniej pracy.
Na czym polegały wasze zajęcia?
- Spotykaliśmy się, omawiając strategię działania na kolejne miesiące. Rozmawialiśmy o sytuacjach związków w poszczególnych krajach. Dowiadywaliśmy się, co robią, jak możemy pomóc. Wydawać by się mogło, że w Europie mamy wszystko fajnie ułożone, tymczasem przykład Turcji mówi, że nie do końca tak jest – mam na myśli korupcję, aresztowania prezesów klubów, strajki zawodników... Radziliśmy, jak reagować od strony prawnej, gdy kluby ogłaszają upadłość, albo nie płacą zawodnikom. Te problemy dotyczą zwłaszcza niższych lig. Do klubów wchodzą prokuratura, banki, a na końcu jest piłkarz zostający już z niczym. Piłkarz, który uczciwie zarabiał - dla siebie i dla klubu.
W Polsce mamy często do czynienia z identycznymi przewałkami...
- Wtedy my wchodzimy do akcji i staramy się prawnie pomóc zawodnikom. Pomagamy złożyć wnioski do Piłkarskiego Sądu Polubownego. Kontaktujemy się też z PZPN i przedstawiamy w ich imieniu jakich zmian oczekują, co trzeba poprawić lub zmienić w przepisach. Tu postawmy kropkę. Nie lubię i nie mogę mówić o tym, z czym zgłaszają się do nas piłkarze. Bardziej zależy mi, by coraz więcej zawodników wiedziało, gdzie mogą zgłosić się ze swoimi problemami. Zależy mi, żeby wiedzieli, że mamy prawników, którzy mogą im pomóc.
Wasz głos, FIFPRO, jest słyszalny na tle fortun budowanych przez FIFA i UEFA?
- Rozmawialiśmy, jak możemy bronić się przed tym, co wymyślają FIFA i UEFA, chociażby w kwestii przeładowanego kalendarza. Nasz głos jest słyszalny, ale z takim człowiekiem jak Gianni Infantino ciężko się rozmawia. Decydują stacje telewizyjne, reklamodawcy, biznes - słowem ogromne pieniądze, a dopiero na szarym końcu są piłkarze. Nie odpuszczamy, ale czy nam się coś uda ugrać? Czy nasz głos przebije się przez FIFA, UEFA? Nie wiem...
Jak przyjął pan wyniki losowania grup mistrzostw świata i fakt, że możemy zagrać na mundialu z Holandią?
- Oby tak było! Rozumiem nastroje w Polsce, że to przyjemne, gdybyśmy znów zagrali z Holandią. Ale trzeba zdać sobie jednocześnie sprawę, że nie będzie łatwo, a wręcz szalenie trudno. Trzeba się już koncentrować na barażach, gdzie mamy naprawdę niełatwych rywali. Nie zapominajmy, że w dzisiejszej piłce nie ma faworytów. Wszystko jest możliwe, a co dopiero, gdy gra toczyć się będzie o tak wielką stawkę jak awans na mistrzostwa świata.
Ale Holendrzy nie narzekali na fortunę? Cieszyli się, że mogą znów trafić na Polskę?
- Cieszyliby się jeszcze bardziej, gdyby było już pewne, że w grupie jest także Polska, czyli przeciwnik, którego doskonale znają. Natomiast o pozostałych dwóch rywalach dopiero zaczynają się dowiadywać, bo wcześniej nie było takiej potrzeby, by interesować się Japonią czy Tunezją. To na pewno są ciekawi przeciwnicy, choć z perspektywy Holandii jednak dość egzotyczni rywale.
Holandia liczy na medal? „Pomarańczowi” mają takie aspiracje?
- Holendrzy są tak ambitną nacją, że chcą medalu zawsze. Myślą, a nawet są pewni, że mają zawodników gotowych unieść czy spełnić ich marzenia. Natomiast ja uważam, że czegoś im jednak brakuje. Naturalnie zawodników mają znakomitych. Mają świetną drużynę, z tym nie będziemy dyskutować, ale moim zdaniem to nie jest jednak tak silna ekipa, jak kiedyś. Myślę, że eliminacje z Polakami potwierdziły moje spostrzeżenia nie rozwiewając wątpliwości, czy to jest reprezentacja na medal. Nie mówiąc jużo wygraniu mistrzostw świata.
Rozmawiał Zbigniew Cieńciała
