Z geniusza pośmiewisko
Z DRUGIEJ STRONY - Kacper Janoszka
W piłce nożnej nic nie jest dane na zawsze. Jednego sezonu jesteś mistrzem, w drugim walczysz o utrzymanie. Raz jesteś w znakomitej formie, żeby po chwili potykać się o własne nogi.
W niedzielę skończył się Puchar Narodów Afryki. Z zapartym tchem śledziłem niedzielny mecz finałowy Maroka z Senegalem. Zachwyca mnie historia Brahima Diaza, który przecież jeszcze do niedawna był Hiszpanem. W 2021 roku zagrał nawet mecz w barwach La Furia Roja, zdobywając bramkę w zwycięskim meczu z Litwą. I choć jest zawodnikiem Realu Madryt, selekcjoner Luis de la Fuente nie widział dla niego miejsca w kadrze narodowej. Dlatego postanowił skorzystać z odpowiednich regulacji FIFA, aby zmienić narodowość. W ten sposób w 2024 roku stał się reprezentantem Maroka, kraju, z którego pochodzi jego ojciec. Błyskawicznie stał się gwiazdą zespołu. Gwiazdą był też podczas Pucharu Narodów Afryki. W każdym spotkaniu aż do ćwierćfinału zdobywał jednego gola. Grał wyjątkowo dobrze, był jednym z najlepszych zawodników turnieju. Był na szczycie. Był uwielbiany przez kibiców…
W finale z Senegalem Maroko remisowało 0:0. W kuriozalnych okolicznościach sędzia w doliczonym czasie podyktował karnego za faul na Diazie. On też podszedł do wykonania „jedenastki”. Zamiast zamknąć oczy i uderzyć na siłę, oddał lekki strzał w stylu Antonina Panenki. Gola nie było i musiała zostać rozegrana dogrywka, po której Senegal triumfował. Brahim Diaz został wrogiem publicznym numer jeden. To on pozbawił Marokańczyków szans na złoty medal. Mógł być bohaterem, bezapelacyjnym MVP, idolem młodzieży, a został symbolem porażki. Mógł mieć wszystko, a nie ma nic. I nie ma znaczenia to, że na co dzień zarabia ogromne pieniądze, jeździ najszybszymi samochodami, gra w Realu Madryt i ma wymarzone dla wielu życie. To wszystko jest nic niewarte, bo teraz będzie budził się w środku z nocy z myślą o tym, że mógł mieć jeszcze więcej, że mógł zostać mistrzem Afryki, a popełnił fatalny błąd, dla wielu wręcz niewybaczalny. Nie wiem, czy z tym poczuciem porażki kiedykolwiek wygra, czy już do końca życia będą do niego wracały sceny ze stadionu w Rabacie.
Brahim Diaz po meczu przeprosił. Wziął pełną odpowiedzialność za porażkę. Nie wiem, czy marokańscy fani kiedykolwiek mu wybaczą. Czas leczy rany, ale pozostaje po nich ogromny strup, a następnie blizna, która sprawia, że nie da się o nich zapomnieć. Wiem jednak, że jest mi go żal. Myślę, że wiem, co czuł w momencie, gdy stał 11 metrów przed bramkarzem. Czuł spojrzenia 37-milionowego narodu. Czuł presję związaną z możliwością zwycięstwa przed własną publicznością. Czuł, że to wielka chwila, może jedyna w życiu. Widział, że chwilę wcześniej mecz został przerwany, boSenegalczycy w ramach protestu zeszli do szatni. Czuł stres. Chciał być jednak postacią pierwszoplanową. Chciał zdobyć gola i zapewnić Maroku mistrzostwo. Do głowy przyszedł mu pomysł strzelenia jak Panenka. Nie udało się, przez co wyszedł na głupka. Gdyby jednak się udało… przeszedłby do historii. Nie jako król strzelców Pucharu Narodów Afryki, a jako ikona futbolu. Zachwycalibyśmy się jego odwagą… Problem w tym, że jednak się nie udało. I tak właśnie w ciągu sekundy z geniusza stał się pośmiewiskiem. Tylko tyle wystarczy do tego, żeby świat zmienił o tobie zdanie.
