Z furgonetki na fotel zwycięzcy
Joe Dean w chwytającym za serce stylu triumfował w kultowym The Belfry. Adrian Meronk po bardzo, bardzo długim czasie grał jak najlepsza wersja samego siebie. Tęskniliśmy za tymi emocjami.
Joe Dean napawa się swoim wielkim zwycięstwem. Zdjęcia: Husqvarna British Masters, hosted by Sir Nick Faldo
Obie historie mają swój ładunek emocjonalny. Anglik wywalczył pierwsze zwycięstwo na DP World Tour, akurat na słynnym angielskim polu Brabazon, arenie aż czterech edycji Ryder Cup, podczas turnieju rozpoczynającego kwalifikacje do drużyny europejskiej w Irlandii. Polak z kolei rozegrał swój pierwszy turniej na DP World Tour po zakończeniu sezonu LIV Golf, być może ostatniego w historii. Grał fantastycznie, podczas drugiej połowy rundy finałowej depcząc po piętach zmieniającym się nieustannie liderom. To był ten Adrian, jakiego pamiętamy z czasów, kiedy czterokrotnie triumfował w lidze, ten sam błysk w oku, te same ciarki na plecach kibiców.
Trudne początki
Niesamowita historia Joe Deana brzmi jak gotowy scenariusz filmowy, w którym wielkie marzenia z dzieciństwa zderzają się z brutalną rzeczywistością, by ostatecznie przynieść triumf w miejscu wręcz wymarzonym na taką okazję. Pochodzący z Sheffield 32-latek już od najmłodszych lat zdradzał gigantyczny talent do golfa. Szybko zyskał status jednego z najbardziej obiecujących amatorów w kraju, wygrywając chociażby prestiżowy turniej English Amateur w 2015 roku i stając przed szansą na wielką karierę.
Brak sponsorów oraz potężne koszty finansowe przeznaczane na grę w turniejach brutalnie zweryfikowały te plany po przejściu na zawodowstwo, zmuszając go do odłożenia kijów golfowych na bok. Jeszcze kilka lat temu Dean zarabiał na życie jako kierowca dostawczego busa w sieci supermarketów Morrisons, rozwożąc codzienne zakupy bezpośrednio do domów klientów za stawkę 85 funtów za zmianę. Ta ciężka praca, trwająca z przerwami przez niemal cztery lata pandemii, miała tylko jeden cel – odłożenie funduszy na opłacenie wpisowych w kolejnych turniejach. Joe wskakiwał za kółko swojego wehikułu, jeździł od domu do domu i taszczył pod same drzwi pudła i reklamówki z zakupami.
Angielskie „Love Story”
Wytrwałość, a można nawet powiedzieć - niezłomność przyniosła jednak owoce w najmniej oczekiwanym i najbardziej romantycznym momencie jego życia. Prawdziwa jazda bez trzymanki rozpoczęła się w lipcu, kiedy to Dean rzutem na taśmę wywalczył przepustkę do The Open Championship, wygrywając poniedziałkowy, nowo utworzony turniej, gdzie tylko zwycięzca otrzymywał wymarzoną kwalifikację. Caddiem w tej batalii ostatniej szansy oraz podczas samego turnieju głównego była jego narzeczona Emily Lyle.
Z kolei dwa dni po zakończeniu The Open, we wtorek, ponieważ - jak sam z rozbrajającą szczerością przyznawał później pan młody - wtedy było… taniej, para wzięła ślub i bawiła się na swoim weselu. I nawet fakt, że Dean nie przeszedł cuta na historycznym polu Royal Birkdale, nie mógł zmącić szczęścia młodej pary. Miesiąc po tym wyjątkowym dniu, nowo poślubiona żona ponownie go wspierała, tym razem na polu The Belfry, targając jego torbę i dodając mu otuchy w trudniejszych chwilach, będąc częścią spektakularnego zwycięstwa męża w turnieju Husqvarna British Masters hosted by Sir Nick Faldo!
Niedziela marzeń
Finałowa niedziela w The Belfry wystawiła nerwy Anglika i jego żony na najcięższą próbę. Z powodu wcześniejszych opóźnień pogodowych Dean musiał rozegrać w niedzielę aż 31 dołków, rozpoczynając dogrywanie trzeciej rundy już o siódmej rano. Przystępując do finału z odległego 25. miejsca i ze stratą siedmiu uderzeń do lidera, przeprowadził jednak jeden z najbardziej spektakularnych powrotów w historii turnieju. Dean odpalił rundę życia – uzyskał bezbłędny wynik 63, zawierający aż 9 birdie i zero bogeyów, w tym zdobywając cztery birdie na ostatnich sześciu dołkach i dwa na ostatnich dwóch!
Zaraz po podpisaniu karty wyników z łącznym rezultatem -14, dla państwa Deanów rozpoczęła się kolejna nerwówka. Ponieważ Anglik startował wczesnym popołudniem, w momencie gdy kończył swój występ, ponad połowa stawki – w tym najgroźniejsi rywale z liderującej grupy – miała przed sobą jeszcze wiele do rozegrania. Joe musiał czekać w domu klubowym przez ponad 90 minut, nerwowo obserwując tablicę wyników i śledząc poczynania m.in. goniącego go Marco Penge’a. Presja zeszła z niego dopiero wtedy, gdy rywale zaczęli seryjnie gubić punkty na trudnej końcówce pola Brabazon, a Penge zanotował bogeya znikąd na siedemnastce par 5. Wynik Deana okazał się nie do pobicia i przyniósł upragnione, trzyuderzeniowe zwycięstwo, czek na kwotę 437 tysięcy funtów oraz pozycję lidera w rankingu kwalifikacyjnym do europejskiej drużyny na Ryder Cup w Irlandii w przyszłym roku.
Inne życie
W walce o trofeum oprócz Marco Penge’a, który ostatecznie spadł z hukiem na szóste miejsce, tasowało się kilku świetnych rywali, którzy ostatecznie podzielili między sobą drugą pozycję. W ścisłej grze o zwycięstwo pozostawał Daniel Hillier z Nowej Zelandii – to on rozpoczynał finałową rundę jako samodzielny lider z przewagą aż siedmiu uderzeń nad Deanem, jednak runda 73 pozbawiła go marzeń o zwycięstwie.
Kroku dotrzymywali mu reprezentanci Danii: doświadczony Niklas Nørgaard, który po świetnej trzeciej rundzie 67 w finale zanotował 71 uderzeń, oraz sensacyjny, leworęczny 27-latek Jacob Skov Olesen, który w pewnym momencie był samodzielnym liderem. Do tej grupy rzutem na taśmę dołączył także Hiszpan Nacho Elvira, który finiszował solidnymi 69 uderzeniami. Wszyscy oni do ostatniej chwili próbowali dogonić kosmiczny wynik Anglika, lecz im się to nie udało.
Tuż po swoim wielkim triumfie dość emocjonalnie i odrobinę chaotycznie odpowiadał na pytania reporterki: „Wszystkie te bolesne godziny i cała praca, którą w to włożyłem, w końcu do czegoś doprowadziły. Jestem szczęśliwy. Nie potrafię wystarczająco podziękować Emily za to, co musiała ze mną znosić. Mam nadzieję, że ją uszczęśliwiłem. Brakuje mi słów. Myślę, że oboje jesteśmy po prostu bardzo szczęśliwi i w tej chwili trochę przypominamy króliki w światłach reflektorów”.
Chociaż teraz nie musi się już martwić o wiązanie końca z końcem, dostarczając zakupy wanem, wyznał, że nadal czuje się tym samym człowiekiem, mimo, że życie z pewnością się zmieniło. „Wciąż widuję chłopaków” – przyznał. „Tak, przez większość czasu sprawiało mi to przyjemność. To po prostu zupełnie inne życie, zupełnie inny styl życia. Od czasu do czasu wciąż widuję furgonetki jeżdżące w górę i w dół drogi, więc tak, utrzymuję kontakt”.
Niepewna przyszłość Polaka
Na polu Brabazon ze świetnej strony pokazał się Adrian Meronk, który grał tam jak za swoich najlepszych czasów, kiedy to pomiędzy lipcem 2022 a październikiem 2023 wygrywał cztery razy na DP World Tour! Polak przybył do Anglii bezpośrednio zza oceanu po rozegraniu turnieju LIV Golf Indianapolis, ostatniego w sezonie saudyjskiej ligi.
Zadanie jest bardzo jasne: Adrian w trybie pilnym walczy o ratowanie swojej sportowej przyszłości w europejskim golfie. Ten sezon nie był dla niego łaskawy – w lidze LIV, która być może w przyszłym sezonie nawet nie będzie już istnieć, a przynajmniej nie w takiej formie jak do tej pory, notował rozczarowujące występy, kończąc zmagania indywidualne na odległej 45. pozycji w rankingu i ani razu nie meldując się w czołowej dwudziestce. Równie słabo wiodło mu się w nielicznych startach w DP World Tour, przez co w klasyfikacji Race to Dubai przed turniejem tąpnął aż na 199. pozycję. Teraz wygasa trzyletnie prawo do gry, które przysługiwało mu za spektakularne trzy zwycięstwa w sezonie 2023, kiedy wybrano go też Graczem Roku na DPWT. Wobec niepewnej przyszłości LIV Golf, Adrian walczy jak lew o kartę w Europie.
Jak za najlepszych lat
Nie było łatwo na polu Brabazon. W czwartek z powodu burz i podtopionego pola wielu zawodników nawet nie rozpoczęło rywalizacji. W piątek Polak nadrabiał stracony czas, rozgrywając 27 dołków, balansując w okolicy cuta. W sobotę najpierw musiał dokończyć drugą rundę, a za moment ponownie ruszył na pole, dopóki nie dopadły go angielskie ciemności. Po szarpanych z powodu kaprysów pogodowych rundach 72-71-68 naprawdę szalał w finale. To był „Vintage Meronk”! Grając z fantazją od słynnej dziesiątki par 4 pola Brabazon, gdzie pierwszym uderzeniem atakował broniony przez drzewa i wodę green, zaliczył birdie. Kolejne birdie notował na trzynastce, siedemnastce, jedynce i trójce - wszystko bez ani jednego bogeya.
Kiedy Dean był na szesnastym dołku, Adrian po swoich dwunastu dołkach wspiął się na czwartą pozycję w klasyfikacji generalnej z dwoma uderzeniami straty do prowadzącego Anglika. Przystępując do przedostatniego dołka, był piąty. Wtedy przyszedł gorszy moment, kiedy Wrocławianin zaliczył tam kosztownego double bogeya, który ostatecznie spowodował spadek na 15. miejsce w klasyfikacji. Tak czy siak, to był świetny występ Polaka, dzięki któremu wykonał pierwszy krok w kierunku utrzymania karty na przyszły sezon, awansując w rankingu Race to Dubai o 26 pozycji - na miejsce 174.
Pytany o wrażenia i najbliższe plany, depeszował zwięźle dla naszej redakcji: „Grało mi się solidnie. Jestem trochę niezadowolony z długich ironów ostatniego dnia, ale ogólnie było dużo dobrego. Czuję lekki niedosyt finiszem, ale lecimy dalej. Teraz gram wszystko po kolei”.
Dopytywany, do kiedy gra kolejne z rzędu turnieje, doprecyzował, że do rozgrywanego w pierwszym tygodniu października Alfred Dunhill Links Championship. Oznacza to występy tydzień po tygodniu w Szwajcarii, Irlandii - turnieju, w którym zdobywał swój pierwszy skalp na European Tour, flagowym turnieju ligi - w Wentworth i w Paryżu na polu Le Golf Nationale, znanym z Ryder Cup 2018 i igrzysk olimpijskich. Pierwszy turniej z tej serii - Omega European Masters - rozpoczyna się już w czwartek na spektakularnym Crans-sur-Sierre Golf Club w Crans Montana. Turniej transmituje Polsat Sport, jednak tylko niedzielny finał, najprawdopodobniej na Polsacie Sport Extra 4, planowany jest z komentarzem, tym razem Jacka Persona. Przez pierwsze trzy dni możemy usłyszeć tylko szum wiatru, rozmowy na polu i śpiew ptaków.
Kibicujemy! #GoMeronk!
Kasia Nieciak
Taka żona to prawdziwy skarb.
Joe Dean wystrzelił się na inną orbitę.
Ten błysk w oku Adriana! Fot. Team Meronk
