Wysychające źródełko
POWRÓT DO KORZENI, cotygodniowy felieton Michała Listkiewicza
Niedawno Ronaldinho Gaucho zapełnił trybuny Stadionu Śląskiego w Chorzowie. Na jego show przyszło kilka pokoleń fanów futbolu z całej Polski. Dziadkowie opowiadali synom i wnukom o popisach genialnego Brazylijczyka z hiszpańskim także paszportem w drużynie mistrzów świata. 24 lata później kapryśny gwiazdor wykonał kilka przebieżek po murawie chorzowskiego Kotła Czarownic, posłał parę całusów do histeryzujących niewiast, poczłapał pod prysznic i tyle go widziano. Płacący słono za możliwość zrobienia fotki i przybicia piątki z gwiazdorem biznesmeni musieli zadowolić się drinkiem z Tomaszem Hajtą i Jerzym Dudkiem, którzy byli, są i pozostaną normalni. Teraz Ronaldinho poszedł o krok dalej, podpisując kontrakt z trzecioligową włoską Ravenną. Chyba 47-latek bez trudu zapełni widownię 12- tysięcznego Stadio Bruno Benellego, ale czy o to tylko chodzi? W Hamburgu fani chodzili na Mirka Okońskiego, w Szczecinie na Kamila Grosickiego, ale oni biegali, a nie człapali. Dla panów zbliżających się do pięćdziesiątki wskazane są rozgrywki oldbojów lub modnego w Anglii futbolu chodzonego (walking football).
Brak entuzjazmu i woli walki dotyka też czasami zawodników u szczytu kariery, znakomicie opłacanych zawodowców. Czeskie media skwitowały żałosny występ swojej reprezentacji na mundialu wymownym tytułem „tim bez huti a radosti". Wyjaśniam, że hut to po polsku apetyt, a nie jakby się mogło wydawać pożądanie płciowe, po polsku chuć. To ostatnie nasi południowi sąsiedzi nazywają sexualni touha. Patrząc na bezradność Czechów na meksykańskich murawach, zastanawiałem się jak wypadliby Biało-czerwoni, gdyby awansowali. Nasi (nie)szczęśliwi pogromcy, Szwedzi, wyszli co prawda z grupy, ale ich gra była taka, jak w tym przeklętym barażu z Polską, czyli kiepściutka. Znając polską skłonność do marudzenia i krytykanctwa, pewnie wymęczony awans do fazy pucharowej spotkałby się z chłodnym przyjęciem. Tego już się nigdy nie dowiemy, a najbliższa szansa na rehabilitację za dwa lata na Euro.
Przed tygodniem napomknąłem, że obejrzałem może jedną trzecią z przystawki serwowanej nam przez prezydenta FIFA, za co dostało mi się od części Czytelników. Uratował mnie nie kto inny jak sam Jose Mourinho. Legendarny portugalski trener przyznał, że przeważnie usypiał po obejrzeniu pierwszego kwadransa większości meczów. Teraz już sobie nie pośpi, zaczęły się emocje prawdziwe, a nie dozowane przez kroplówkę.
Przez Polskę przetacza się dyskusja o pazerności lekarzy, niewydolnej służbie zdrowia, trudnym losie pacjentów. Bulwersujący przypadek chciwego młodego karierowicza w lekarskim kitlu sprawił, że teraz przygniatająca większość szlachetnych, ciężko pracujących medyków musi się tłumaczyć co ma w garażu. Mam cholerne szczęście, że mimo słusznego wieku zdrowie mam końskie, czego dowiodłem sędziując w miniony, skrajnie upalny weekend turnieje piłkarskie dzieci. Wszystkie były fajne, ale najlepiej wspominam mistrzostwa szkoły w kaszubskim Parchowie. W finale Liski wygrały z Kubusiami, śmiechom i radości nie było końca. Dla takich chwil wciąż chce się żyć! Problemy polskiej służby zdrowia są mi obce z prostego powodu: nie chodzę do lekarzy, bo nie muszę, poza tym wyznaję zasadę Lecha Wałęsy „nie chcesz mieć gorączki, to stłucz termometr". Trochę poszedłem po bandzie (jest 38 stopni w cieniu), więc zaapeluję do Szanownych Państwa Czytelników, by badali się często i dokładnie.
Brakuje nam sędziów, by obsadzić wszystkie rozgrywane w Polsce mecze lig amatorskich i młodzieżowych. Problem dotyka już każdego województwa i nie da się wszystkiego wytłumaczyć niżem demograficznym. Główny winowajca to wszechogarniający nas hejt wobec sędziów sportowych. Pal licho, gdy zakompleksiony pryszczaty wyżywa się na Szymonie Marciniaku, który i tak ma na to wylane, broni się klasą na boisku i poza nim. Problem zaczyna się już na samym dole, tam zwariowani rodzice wyżywają się na młodziutkim arbitrze, który mógłby być ich synem. Jakie wzory wychowawcze przekazują swoim pociechom, ubliżając sędziom, trenerom, rywalom? Może warto wzorem Niemców uzależnić przyjmowanie zespołu do rozgrywek lub turniejów od zgłoszenia kandydata na kurs sędziowski. Gdyby taka mamusia czy tatuś pobiegali z gwizdkiem po boisku, to przestaliby zachowywać się tak paskudnie.
Krążą po Polsce osobnicy oferujący usługi menedżerskie, kierownicze, a najchętniej dyrektorskie. Kto nie chciałby być dyrektorem sportowym lub doradcą właściciela w klubie ligowym? Życie szybko weryfikuje takich cwaniaczków, ale szkód finansowych i wizerunkowych szybko się nie naprawi. Pisałem nie raz i nie dwa, że agenci piłkarscy to często typy spod ciemnej gwiazdy. Do ich kieszeni trafia jedna piąta kasy krążącej w futbolowym krwiobiegu. Gdyby wydać te grube miliony na infrastrukturę i szkolenie młodzieży...
Znam dwóch z tego grona, od których warto się trzymać z daleka, gdyż odgryzą ci rękę, gdy dasz im tylko jeden palec, puszczą z torbami właściciela i samorząd, zostawią spaloną ziemię. Pierwszy to Izraelczyk Pini Zahavi, obecny menedżer Roberta Lewandowskiego. Obleśny pazerny starzec potrzebuje grubej gotówki na romanse z modelkami w wieku jego prawnuczki. Jego polskim alter ego jest Jarosław Kołakowski, właściciel stajni dobrych, średnich i słabych piłkarzy. Menedżer powinien pomagać podopiecznym nie tylko przy kasie, także u lekarza, ubezpieczyciela, nauczyciela dzieci. Nie z Jarkiem takie numery, on jest jak motyl w pięknej koszuli, którą nosi latem. Skacze z jednego klubowego kwiatka na drugi. Właśnie porzucił Kalisz, a prezydent najstarszego polskiego miasta rwie włosy z głowy jak zapchać dziurę w kasie magistratu. Mistrzem kitu i bajeru jest też Piotr Burlikowski, właśnie relegowany z łódzkiego Widzewa, gdzie nie żegnano go fanfarami, a z uczuciem ulgi. Gdyby Nikodem Dyzma żył w naszych czasach, to wspaniałe pole do działania znalazłby w polskim futbolu. Właściciele klubów bywają naiwni jak dzieci w przedszkolu, łykają obietnice jak pelikan ryby.
Po zakończeniu mundialowego meczu Austrii z Algierią posypały się słowa zachwytu nad dramaturgią i walką do ostatniego gwizdka. Mnie jednak bardziej przypominał on niesławnej pamięci mecz Austria - Niemcy w 1982 roku. To była hańba, parodia futbolu, ustawka na oczach milionów. Nie bez powodu austriacki komentator telewizyjny Robert Seeger milczał przez ostatnie pół godziny transmisji w ramach protestu przeciwko oszustwu. Miało być 1-0 dla Niemców i tak było, żeby wykołować... Algierię, a teraz miał być remis i był. 3-3 wygląda lepiej niż np. 0-0, ale efekt końcowy jest taki sam: oba zespoły awansowały, a ku zadowoleniu Trumpa wyrolowano Iran, który w grupie nie przegrał!
Kobieta omylną jest, ale mężczyzna też. Pani sędzia z USA popełniła poważny błąd w meczu Niemcy - Ekwador, ale odsyłanie kobiet z boiska do kuchni i pralni to mizoginizm w czystej postaci. Kobiety sędziują w NBA (brawa dla naszej Pauliny Gajdosz), w Lidze Mistrzów UEFA, są też na mundialu. Muszą spełniać te same co mężczyźni wymogi odnośnie przygotowania fizycznego i poziomu pracy na boisku. Bardzo mało młodych kobiet garnie się do sędziowania w Polsce. Może to i lepiej. Strach pomyśleć, czego musiałyby wysłuchać z ust nawiedzonych rodziców.
47-letni Ronaldinho będzie grał we włoskiej trzeciej lidze... Fot. Marcin Bulanda/PressFocus
