Wyrzut sumienia
POWRÓT DO KORZENI - Michał Listkiewicz
Nie zgadzam się na relatywizowanie w tej kwestii, to nie była „wina obopólna”, jak twierdzą cynicznie ukraińscy historycy. Ideolodzy UPA, Bandera i Szuchewycz, mają na Ukrainie obiekty sportowe swojego imienia i żadnemu z odwiedzających je ludzi zupełnie to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie. Wielki kibic Wisły Kraków Paweł Kowal, ceniony naukowiec i polityk, optuje za odłożeniem dyskusji o odpowiedzialności za Wołyń na lepsze ku temu czasy, czyli „ad calendas graecas”, po polsku „na święty nigdy”. Komuś bardzo zależy, by trudne tematy przykrył kurz zapomnienia. Niech powie to w twarz mieszkańcom podkarpackiej Wiązownicy, gdzie niemal w każdej rodzinie są potomkowie pomordowanych.
Wraz z Grzegorzem Latą byłem na otwarciu pięknego stadionu w tej miejscowości i wysłuchałem przy okazji wstrząsających opowieści. Zdaniem wybitnego literata, Tomasza Jastruna, ekshumację należy odłożyć w czasie. Ale w stosunku do poległych na Wołyniu żołnierzy Wehrmachtu te czynności trwają od dawna, pogoda ani wojna nie są żadną przeszkodą. Nie jestem agentem Putina, idiotą chyba też nie, ale o godny pochówek dla ofiar będę się upominał zawsze i wszędzie. Nie trafia do mnie ściema ukraińskich i polskich polityków o zespołach badawczych, konsultacjach i wielkim zatroskaniu.
Kandydowanie prezesa PZPN Cezarego Kuleszy do Komitetu Wykonawczego UEFA wywołało rozliczne komentarze, przeważnie nieprzychylne. Stał się on taką samą ofiarą przyprawiania gęby, jak kiedyś Zdzisław Kręcina, świetny sekretarz generalny PZPN za moich prezesowskich czasów. Opluwanie ludzi na podstawie plotek, zmyśleń i własnych kompleksów jest stare jak świat, ale w Polsce nabrało ostatnio astronomicznych rozmiarów. Doktor nauk i wykładowca akademicki Zdzisław Kręcina to mądry, wrażliwy człowiek, w dodatku ze względu na stan zdrowia prawie niepijący alkoholu. Ale opinii publicznej wmówiono, że to pijak i utracjusz. Podobnie jest z Kuleszą, którego największą wadą jest to, że nie ma parcia na szkło i nie jest lwem salonowym jak poprzednik. Czy do właściwego pełnienia funkcji prezesa konieczne jest rzucanie bon motów i schlebianie każdemu?
Są ludzie typu „mistrz kitu i bajeru”, robiący świetne pierwsze wrażenie, później czar pryska. Każdego potrafią rozbawić i powiedzieć to, czego oczekuje. Trochę takich cech miałem ja i Zbigniew Boniek, na pewno nie ma ich Kulesza. Bycie sobą to zaleta, nie wada. Publicznie poparłem kandydaturę obecnego włodarza PZPN do władz UEFA, zawsze ceniłem lojalność wobec instytucji, z którą jestem związany. Poprę każdego Polaka mającego szansę reprezentowania nas na międzynarodowym forum.
Tylko dwóch rodaków w futbolu dostąpiło tego zaszczytu: Leszek Rylski był współzałożycielem UEFA, jest jej legendą. Zbigniew Boniek świetnie sobie radził w fotelu wiceprezydenta i nawet śladowa znajomość języka angielskiego nie miała tu znaczenia. To przytyk do Marka Koźmińskiego, złośliwie komentującego kandydowanie Kuleszy. Szkoda, bo to wybitny kiedyś piłkarz, dziś wzięty biznesmen i fajny gość. Może wyborcza porażka sprzed czterech lat jeszcze w nim siedzi? Odpuść Marku, żyj wedle zasady Carpe Diem!
Cezary Kulesza, prezes PZPN, kandyduje do władz UEFA. Niektórym się to nie podoba. Fot. Mateusz Porzucek/Pressfocus
Sam działałem w licznych komisjach i panelach FIFA i UEFA, to duży zaszczyt i odpowiedzialność, a Komitet Wykonawczy to już Himalaje.
Zbliżający się mecz Jagiellonii w serbskiej Bacska Topolya skłania mnie do refleksji o polityce sportowej premiera Węgier Viktora Orbana. Nie, nie przejęzyczyłem się: premiera Węgier, a nie Serbii. Formalnie to klub serbski, ale faktycznie węgierski, podobnie jak FK Osijek w Chorwacji i Dunajska Streda na Słowacji. O co tu chodzi? Węgrzy mają trwającą już ponad 100 lat traumę po traktacie w Trianon w 1920 roku. To była niewyobrażalna tragedia dumnego narodu w środku Europy, bo trudno inaczej nazwać utratę dwóch trzecich terytorium na rzecz sąsiadów. Cóż, polityka wielkich mocarstw jest okrutna, znamy to z Jałty chociażby. Orban postanowił ratować tożsamość relatywnie dużej węgierskiej mniejszości w sąsiednich krajach poprzez inwestowanie w sport, kulturę i oświatę. Stąd wykupywanie klubów piłkarskich przez madziarskich oligarchów wspieranych przez rząd. Najzdolniejsi wychowankowie trafiają do Felcsut, rodzinnej wioski Orbana, gdzie funkcjonuje nowoczesna akademia imienia Ferenca Puskasa. Wybitny piłkarz, reprezentant dwóch państw, jest nad Dunajem bohaterem narodowym czczonym nie mniej niż Sandor Petofi, generał Józef Bem czy Lajos Kossuth.
Znajomość historii przydaje się nie tylko przy rodzinnej herbatce, lecz także na meczach piłkarskich. Bacska Topolya z 14 tysiącami mieszkańców jest przy Białymstoku mikroskopijna. Ale w piłkę grać potrafią, choć w rywalizacji z klubami belgradzkimi szans nie mają. Oby Jaga okazała się dla nich za silna, jak Crvena Zvezda czy Partizan.
TVP Info ma teraz niską oglądalność, lata upolitycznienia tej regionalnej co do zasady anteny zrobiły swoje. Szansą na odbicie się od dna mógłby być sport, coś na wzór dawnej akcji „Piłkarska kadra czeka” niezapomnianego Adama Gocela. Pamiętam jak tysiące dzieciaków z wiosek i małych miasteczek dostawały wypieków na policzkach, gdy pokazywano ich treningi z Janem Tomaszewskim i Grzegorzem Latą. Szansą jest też pokazywanie meczów niższych lig, choćby trzeciej i czwartej. Siedzę w tym światku od lat, wiem że ludzi na prowincji bardziej interesuje mecz swojego klubu niż derby Londynu. Małe jest piękne, a regionalizm brzmi dumnie.
Wyspiański pisał o listopadzie, a ja odniosę się do lutego: to dla Polaków bardzo niebezpieczna pora. Przez minione tygodnie odeszło wielu wspaniałych, bliskich mi ludzi. Juliusz Kulesza był jednym z ostatnich żyjących bohaterów Powstania Warszawskiego. Walczył w pierwszym szeregu, co później opisał przejmująco w książkach. Był najwierniejszym kibicem Polonii Warszawa, nie opuścił żadnego jej meczu, choćby i w czwartej lidze.
Dużo młodszy Adam Barteczko był moim szefem, przyjacielem, autorytetem. To jedna z najwspanialszych postaci w chwalebnej historii katowickiego „Sportu”. Przeszedł drogę od stażysty, przez kierownika działu piłkarskiego, po naczelnego redaktora. Nigdy się nie zmienił, zawsze uśmiechnięty, tolerancyjny, życzliwy, empatyczny. Nie czuł się dobrze w wewnętrznych rozgrywkach, koteriach i podchodach, powszechnych w każdym środowisku. Może dlatego pamiętam naszą gazetę z Jego czasów jako zespół ludzi, którzy po prostu lubili być ze sobą? Czytając „Sport” pamiętajmy o Adamie, dla mnie spotkania z Nim pozostaną na zawsze drogowskazem, jak żyć godnie. Nikt mu nie potrafił przyprawić „gęby”, nawet gdyby bardzo się starał. A lekturę „Ferdydurke” Gombrowicza polecam hejterom, których niestety ci u nas dostatek.
Zdzisław Kręcina nie zasłużył sobie na przykre opinie, które w przeszłości o nim krążyły. Fot. Rafał Rusek
