Wy sobie kłapcie dziobem

Rozmowa z Ryszardem Komornickim, czterokrotnym mistrzem Polski i mistrzem Szwajcarii, w której elicie zagrał ponad 100 razy, uczestnikiem mistrzostw świata w 1986 roku

20-letni Johan Manzambi może okazać się „czarnym koniem” w kadrze Szwajcarii. Czy teraz wskoczy do wyjściowej jedenastki? Fot. PAP/EPA

Czy miał pan ochotę wyłączyć telewizor po pierwszej połowie meczu Szwajcaria – Bośnia i Hercegowina?

– Chodziło mi to po głowie, bo rano o godzinie 6.00 byłem umówiony z Bogusiem Gunią i Wernerem Leśnikiem na wyjazd na sobotni Memoriał Stefana Florenskiego w Hamm (śmiech). A mówiąc poważnie – siedziałem i czekałem na lepszą grę Szwajcarów. Z racji tego, że tu grałem, pracowałem jako trener oraz że tu mieszkam – kibicuję Helwetom.

Jak zareagował pan na potknięcie drużyny Murata Yakina w pierwszym meczu z Katarem?

– Mówiłem Yakinowi, żeby się nie wygłupiał z ustawianiem zespołu z trójką obrońców... To znaczy... mówiłem do siebie, ale tym razem usłyszał (śmiech). Wyciągnął wnioski po golu straconym w ostatnich sekundach pierwszego meczu, bo dwa punkty uciekły Szwajcarom sprzed nosa. Dobrze też „przeczytał” grę Bośniaków i doszedł do wniosku, że Denis Zakaria z tym rywalem niewiele mu da na prawej obronie, bo to nie jest pozycja pomocnika i kapitana Monaco. To się sprawdziło. Sądziłem jednak, że Johan Manzambi zagra od początku, bo prezentował się – według mnie – lepiej od Fabiana Riedera. I w sumie na moje wyszło, bo po pierwsze, gra czwórką obrońców dała stabilizację w defensywie, a po drugie, gdy napastnik Freiburga wszedł na boisko, to rozruszał ofensywę. Błyskawicznie strzelił pierwszego gola. Chwilę później zagrał bardzo dobrą prostopadłą piłkę i Breel Embolo, wychodząc sam na sam, został sfaulowany. Czerwona kartka dla obrońcy rywali na pewno ułatwiła grę Szwajcarom, ale co ważne – potrafili wykorzystać swoją przewagę. Kolejny wprowadzony zawodnik, czyli Ruben Vargas, i drugi raz Manzambi sprawili, że stało się już jasne, kto ten mecz wygra – a trzeci zmiennik Djibril Sow wywalczył rzut karny, który praktycznie przypieczętował awans z grupy.

Który moment meczu według pana okazał się kluczowy?

– Przerwa na picie w 70 minucie i dokonane wtedy trzy zmiany przez trenera Szwajcarów, który wcześniej krytykowany był za złe zarządzanie zespołem. Tym razem roszady okazały się znakomite, bo odmieniły losy spotkania, a Manzambi okazał się brakującym ogniwem. Owszem, Helweci już wcześniej dłużej byli przy piłce, ale więcej w tym było „gry na alibi”. Podawanie w poprzek i do tyłu nic przecież nie daje. Tak grając, nie dochodzili do sytuacji strzeleckich i długo się zastanawiałem, czy w końcówce ten brak pazerności na gole nie zemści się straconą bramką. Stracili, bo grając w przewadze, dali się trafić, ale to już było przy stanie 3:0, więc tym razem zainkasowali komplet punktów. Powinni jednak z tego też wyciągnąć wnioski i skoncentrować się na zachowaniu czystego konta. Tu chodzi o pewność siebie. A gdy się traci głupiego gola w ostatnich sekundach – i to grając 11 na 11 jak z Katarem, czy nawet w przewadze, jak z Bośnią i Hercegowiną – to pojawia się bojaźń. Kibice mówią już nawet o „szwajcarskiej chorobie” na gole tracone w doliczonym czasie .

Czy 20-letni Manzambi wyrósł na gwiazdę drużyny?

– Nie powiem, że to mój „czarny koń” do tego miana, ale to chłopak, który rok temu zadebiutował w drużynie narodowej, a w minionym sezonie strzelił 5 goli i miał 5 asyst w Bundeslidze, od samego początku mi się podoba. Jego sposób gry, poruszanie się po boisku i szybkie decyzje od razu rzuciły mi się w oczy. Przykładem jest jego pierwszy gol strzelony Bośniakom. To on przejął piłkę na środku boiska i rozpoczął akcję, za którą pobiegł w pole karne, a tam, widząc spadającą piłkę, nie zastanawiał się, tylko strzelił błyskawicznie z woleja. Nie było za dużo miejsca, bo rywal już wkładał nogę i w dodatku sama pozycja też nie była zbyt wygodna, ale trafił idealnie. Można o nim mówić tylko dobrze. Potrafi rozegrać i strzelić, więc nic dziwnego, że jego wartość na piłkarskim rynku sięga już 50 milionów euro, a transferowe plotki głoszą, że interesują się nim już takie kluby jak Manchester City czy Real Madryt.

Jak pan ocenia gest kapitana Granita Xhaki po wykorzystaniu rzutu karnego, ustalającego rezultat?

– To miało oznaczać „wy sobie kłapcie dziobem, a ja i tak wiem, co jestem wart”. Xhaka jest znany ze swojego charakteru buntownika. To jest taki typ niepokorny i rozumiem, że po krytyce, jaka się na niego wylała, „odszczekał się”. Trzeba też jednak dodać, że on sam ze swojej gry był niezadowolony i gdy krytykował drużynę, to mówił też, a może przede wszystkim o sobie. Ale ja lubię takich wojowników, którzy się buntują i odnoszą sukces. Choć musi sobie też zdawać sprawę, że jak mieczem wojujesz, to od miecza możesz zginąć. Jeśli wygrywasz, noszą cię na rękach, ale gdy przegrasz – to cię zjedzą. U niego w trakcie meczu emocje biorą górę, bo gdyby miał chłodną głowę, to na przykład oddałby piłkę przy karnym w ostatniej minucie gry Manzambiemu, żeby przeszedł do historii jako autor hat tricka na mistrzostwach świata. Myślę, że na taki gest jak „kłapanie dziobem” mógłby sobie pozwolić po wygranym ćwierćfinale.

Na razie Szwajcarzy muszą wyjść z grupy. Na co ich stać?

– Myślę, że najpierw chcą wygrać grupę i myślą już o środowym meczu z Kanadą, więc powinni wyjść w swoim najmocniejszym składzie, czyli w takim, w jakim grali od 70 minuty z Bośnią i Hercegowiną. Czwórka obrońców przed Kobelem, Xhaka i Freuler w środku oraz Manzambi, Vargas, Embolo i Nboye albo Sow – to jest moim zdaniem najlepsza jedenastka, jaką Szwajcarzy mogą w tej chwili wystawić. Uważam, że minimum ćwierćfinał jest w ich zasięgu.

Rozmawiał Jerzy Dusik

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się