Wreszcie mogę pograć z Ignasiem!
Rozmowa z Radosławem Murawskim, zawodnikiem Lecha, który wrócił po roku na ligowe boiska
Czteroipółletni Ignaś już wie, że najważniejszy jest tata. Zaraz potem piłka. No i jeszcze Lech! Fot. Instagram Radosława Murawskiego
Jaki był to rok w pańskim sportowym życiu?
- Najtrudniejszy, pełen różnych momentów, wahań nastrojów, emocji. Ciężki dla mnie okres, jeśli chodzi o karierę.
Po meczu z Legią podziękował pan przed kamerą najbliższym.
- Musieli mieć stalowe nerwy ze mną, bo bywało różnie. Taka emocjonalna huśtawka. Były momenty lepsze i gorsze, chwile łatwiejsze i trudniejsze, w zależności od odczuć bólowych. Dyspozycja dnia i moje samopoczucie miały ogromny wpływ na to, w jakim byłem humorze. A najbliżsi po prostu... musieli znosić moje humory. Dzisiaj jestem na etapie powrotu do piłki również dlatego, że nigdy nie zwątpili we mnie i wspierali mnie cały czas. Nie pozwolili nawet przez sekundę pomyśleć, że to może być koniec przygody z piłką, a takie myśli przychodziły mi do głowy, bo jak trzy razy już jesteś blisko treningu z drużyną i znów coś cię zaczyna boleć, przeszkadzać, to jednak zastanawiasz się i pytasz samego siebie, czy faktycznie to już jest koniec? Czy jestem w stanie jeszcze wrócić do normalnych treningów i wskoczyć na najwyższe obroty? Miałem – nie ukrywam - momenty poważnego zwątpienia, ale z dużą pomocą wszystkich dookoła udało mi się z tego wyjść.
No to proszę przybliżyć tych domowych bohaterów, dzięki którym futbol „odzyskał” Radosława Murawskiego.
- Żona Klaudia, sześcioipółletnia Michalinka, czteroipółletni Ignaś, dwuipółletnia Antosia.
Dzieciaki w tym wieku pewnie nawet nie wiedziały, co się z tatą dzieje, że bywa taki marudny...
- Właśnie (śmiech). Niby trochę wiedziały – kiedy po operacji musiałem okładać nogę lodem, często przychodziły i mi w tym pomagały. Chuchały, dmuchały, dbały o tatę... Oczywiście nie mogły w pełni rozumieć powagi sytuacji, a mnie najbardziej bolało, że nie byłem w stanie podjąć żadnej aktywności fizycznej z nimi. Pamiętam moment, w którym Ignaś przyszedł i zapytał: „Pokopiemy dzisiaj?”. A tobie serce się kraje, bo wiesz, że nie możesz jeszcze kopać i musisz mu to powiedzieć... „W porządku, tato, nic się nie stało” - odpowiedział, ale widziałem, jaki był smutny z tego powodu. W takich właśnie trudnych momentach, kiedy ledwo się ruszałem, obiecałem sobie, że się nie poddam, że będę walczył, że zrobię wszystko, żeby być aktywnym właśnie dla moich dzieci. By móc być aktywnym tatą, kiedy następnym razem Ignaś będzie chciał pokopać, a córki - poskakać na trampolinie albo na rowerze pojeździć.
Dokładnie rok bez jednego dnia boiska nie widziały „Murasia”. Co więc działo się od momentu, gdy 27 kwietnia 2025 zagrał pan przeciwko Radomiakowi. To wtedy zaczęło się wszystko, co złe?
- Nie. Wszystko zaczęło się w marcu tamtego roku. Dopadły mnie bóle przywodziciela. Walczyliśmy z nimi zachowawczo, żeby uniknąć operacji. Przeciwko Radomiakowi tak naprawdę miałem w ogóle nie grać, bo nie byłem gotowy. Pojechałem tylko na ławkę, natomiast trener wpuścił mnie na boisko i wtedy mój stan się pogorszył.
Ma pan żal do trenera o tę zmianę?
- W żadnym wypadku. Jestem dorosłym człowiekiem. Trener zapowiedział, że bierze mnie tylko na ławkę, ale dałem mu zielone światło, że jeśli będzie mnie potrzebował, to – niezależnie od tego, czy mnie będzie bolało, czy będę musiał na tabletkach grać - jestem do jego dyspozycji.
Sześć dni wcześniej zagrał pan kwadrans przeciwko Cracovii. Też mimo niekoniecznie komfortowego samopoczucia?
- Owszem. Wtedy jeszcze nieco inaczej podchodziłem do tematu zdrowia. De facto całą moją karierę grałem z różnymi bólami i zawsze potrafiłem tym zarządzać, kontrolować wszystko. Więc i wtedy odezwał się mój charakter i - chyba chora... - ambicja.
Co było po tamtych kwietniowych meczach?
- Kolejne leczenie zachowawcze, aż do wakacji. Czułem się komfortowo w bieganiu, w ćwiczeniach siłowych; natomiast zajęcia z piłką to zupełnie inna bajka. Kiedy na czerwcowym obozie wróciłem do treningu z piłką, zupełnie rozwaliłem przywodziciela. W tym momencie operacja była już konieczna.
I załatwione?
- No właśnie nie. Rehabilitacja trwała 3,5 miesiąca; byłem już na etapie, w którym mogłem indywidualnie robić duże rzeczy. Lewa strona – bo miałem robione oba przywodziciele – się zagoiła, ale prawa noga od czasu do czasu pobolewała. Próbowałem zwalczyć to w głowie, nauczyć się z tym funkcjonować, ale nie dało rady, a podczas rezonansu wyszło, że potrzebna jest jeszcze jedna operacja.
Pomogło?
- Rehabilitacja wydłużała się. Były momenty, kiedy można było trochę mocniej popracować, ale i takie, kiedy musiałem zwolnić, bo jednak bolało. Niby miało być dobrze, ale podczas wejścia w trening zacząłem czuć dolny mięsień brzucha i spojenie łonowe. Konieczne okazało się pobranie szpiku i zastrzyk do stawu, żeby się szybciej goiło. No i dopiero teraz tak naprawdę czuję się komfortowo i mogę powiedzieć, że trenuję na 100 procent, a kwadrans w meczu z Legią był zwieńczeniem tej ciężkiej, mozolnej pracy. Miałem jeszcze nie być brany pod uwagę na to spotkanie, bo trenerzy przygotowania motorycznego mówili, że przydałyby się ze dwie-trzy jednostki pełne, z drużyną. Ale trener Niels Frederiksen przyszedł do mnie w przeddzień meczu i powiedział, że wie, iż jeszcze fizycznie nie jestem gotowy nawet na 30 minut, ale chciałby mnie wziąć na ławkę, żebym znowu poczuł te emocje i żebym był gotowy na to, że może mnie wpuści na 15 minut.
I stało się!
- Stało się! Na dodatek w takim fajnym meczu! Powrót w takim momencie to fantastyczny happy end tej przykrej generalnie przygody. Swoją drogą – bardzo wiele mnie ona nauczyła.
Czego na przykład?
- Już wiem, że czasami lepiej odpuścić jeden trening bądź mecz, aniżeli pchać na siłę. Wiele głupich rzeczy zrobiłem w życiu. W 2022, w ostatnim meczu sezonu, przeciwko Zagłębiu Lubin, zagrałem ze skręconym stawem skokowym! Dzięki pracy fizjoterapeutów, tabletce znieczulającej, tejpom i wielu innym zabiegom – wybiegłem na boisko. Zupełnie niepotrzebne, bo mistrzostwo już było. Czysta głupota, ale wtedy na szczęście nic poważnego się nie wydarzyło. Teraz życie mi pokazało, że czasem nie warto stawiać wszystkiego na jedną kartę: przez rok w piłkę nie grałem. Myślę, że jestem już bardziej dojrzały i jeszcze więcej pokory mam do pewnych rzeczy.
Wstrząsające jest pańskie wyzwanie: bałem się, że to koniec grania...
- Były takie chwile... Na przykład wtedy, gdy przez tydzień się nie mogłem ruszyć się z kanapy. Wszystko bym wtedy dał za to, by móc się z niej podnieść bez bólu, choćby tylko do pozycji siedzącej. No i przeszkadzało mi, jak bardzo byłem uzależniony od najbliższych. Musieli skakać wokół mnie, pomagać w najprostszych rzeczach, bo sam o siebie nie byłem w stanie zadbać. Poza tym, kiedy masz trzy podejścia do powrotu do drużyny, a coś zawsze się na ostatniej prostej wywala, to myśli w głowie są bardzo różne. Dobrze się stało, że zacząłem wtedy korzystać – i trwa to do dziś – z pomocy psychologa, pani Pauliny Jurgi. Dzięki temu powrót do rzeczywistości okazał się łatwiejszy. Psycholog pomaga spojrzeć na pewne rzeczy z boku. Jedyne, czego dziś żałuję, to fakt, że tak późno sięgnąłem po tę pomoc.
Coraz więcej sportowców docenia taką właśnie współpracę...
- I słusznie! Najtrudniejsza jest natomiast decyzja, by taką współpracę podjąć. Boimy się, że inni pomyślą o nas, że skoro współpracujemy z psychologiem, to znaczy, że mamy „nierówno pod sufitem”. Natomiast prawda jest taka, że to jest właśnie oznaka dojrzałości! Nie można zostawać samemu z problemami. Nawet jeżeli radzisz sobie z nimi na początku, im dalej w las, tym jest coraz ciężej.
Przechodząc rehabilitację, bywał pan na meczach Lecha?
- Bywałem, bo nie wyobrażałem sobie nie być. Przez miesiąc, dwa, trzy po operacji mocno przeżywałem każdy z nich. Z upływem czasu te emocje były jednak coraz mniejsze; zacierało się we mnie wspomnienie tego, na co tak długo pracowałem. Jakbym trochę wiarę w powrót tracił... Kiedy w końcu okazało się, że do tego powrotu jednak jestem coraz bliżej, znowu zacząłem czuć piłkę i czuć drużynę, emocje chłopaków. A teraz chęć gry jest taka, jakbym dopiero rozpoczął karierę, jakbym dopiero zadebiutował w lidze. I to jest fantastyczne! Mam nadzieję i wierzę w to głęboko, że najgorsze mam za sobą i że to, iż „się naprawiłem”, spowoduje jeszcze kilka ładnych lat grania.
Zapytam nieco wyzywająco: szykuje się pan już na mistrzowską fetę w Poznaniu?
- Nie. Przez historię mojej kontuzji patrzę już inaczej na życie i na karierę: żyję po prostu każdym dniem. Kiedy obudziłem się dzień po meczu, pierwsza myśl była taka: „Zmęczony jestem, ale – kurde - nic nie boli. Wow, super; cieszę się bardzo”. Tak wchodzę w każdy kolejny dzień, a generalnie: naprawdę fajnie, że drużyna - mimo trudnego sezonu - jest na pierwszym miejscu. Zasłużenie, moim zdaniem, bo jakość mamy ogromną. Natomiast przed nami jeszcze trzy mecze i musimy udowodnić przede wszystkim sobie, że fotel lidera to nie przypadek.
No to na koniec: poszedł pan już pokopać piłkę z Ignasiem?
- Gramy regularnie, nie ma zmiłuj! A dwa razy w tygodniu jestem z nim na treningu.
Trenuje w klubie???
- Tak, w takiej „akademii przedszkolaka” w Lechu (śmiech). Nie miał jeszcze trzech lat, gdy zaczął chodzić na grupę ogólnorozwojową. Teraz ma już coraz więcej zajęć z piłką i widzę, że te ćwiczenia sprawiają mu wielką radość, a mnie – tym bardziej!
Rozmawiał Dariusz Leśnikowski
