Wojna światów

POWRÓT DO KORZENI Michał Listkiewicz

Ustawka czy realny konflikt? To i wiele innych pytań nasuwa się po ogłoszeniu planu komercjalizacji piłkarskiego mundialu. Ten turniej nawet bez rewolucyjno-szaleńczych pomysłów Gianniego Infantino i tak jest skomercjalizowany do cna, czego zakończone dopiero co mistrzostwa w USA były najlepszym przykładem. Celowo piszę o jednym państwie, gdyż Meksyk i szczególnie Kanada spełniły rolę listka figowego przykrywającego bezwstyd duetu Trump - Infantino. Moim zdaniem przymierzający się do kolejnej kadencji prezydent FIFA puścił balon próbny w celu wysondowania nastrojów. Gdy zorientował się, że nie tylko federacje europejskie, ale także amerykańskie i azjatyckie stanęły okoniem, odpuścił.

Co oczywiście nie oznacza, że nie wróci do utopijnego pomysłu za jakiś czas. Dla ludzi pazernych na władzę i kasę nie ma ma takich pieniędzy, które ich zadowolą. Nie da się zjeść kilku schabowych na raz, wypić beczki koniaku, uwieść wszystkich pięknych kobiet, zmieniać garniturów kilka razy dziennie czy jeździć stajnią luksusowych aut? Jak najbardziej się da, a w Waszyngtonie i Zurychu doradzą, jak to się robi. Obietnice wielomilionowych dotacji na rozwój futbolu w biednych regionach brzmią przekonująco, ale to bajka dla naiwnych. Rekiny z Wall Street, krewni i znajomi królika Donalda (tego amerykańskiego) to ludzie bez cienia empatii, owładnięci żądzą zysku za wszelką cenę. Wpuszczenie ich do futbolowej społeczności - mimo wielu wad wciąż nawiązującej do tradycyjnych wartości najpopularniejszego sportu na świecie - to zapowiedź upadku futbolu, jaki znamy i kochamy od pokoleń.

Marian Brandys napisał kiedyś wspaniały cykl reportaży historycznych „Koniec świata szwoleżerów" - polecam! Czy Infantino rozpoczął pisanie „Końca świata futbolu"? Zgodnie z oczekiwaniami UEFA zareagowała bardzo ostro, grożąc bojkotem wszystkich imprez FIFA przez 55 federacji europejskich, z PZPN-em włącznie. Mundial bez Hiszpanii, Anglii, Portugalii, Niemiec, Francji, Holandii, Szwajcarii? Trudno sobie wyobrazić choć niedawny przykład Włoch i Polski temu zaprzecza.

Za kilka tygodni rozpoczną się w Polsce mistrzostwa świata kobiet do lat 20, jedna z flagowych imprez FIFA. Jeszcze kilka dni temu nad imprezą pojawił się spory znak zapytania, jednak po deklaracji Infantino o zaniechaniu pomysłu sprzedaży mundialu można chyba odetchnąć. Wojna światów na razie nie wybuchnie. Liderzy FIFA i UEFA są z wykształcenia prawnikami, więc w życiu kierują się bardziej wyrachowaniem niż emocjami. Zapewne obie strony wybiorą grę na przeczekanie, bo do najważniejszego turnieju zostały 4 lata, a tylko o ten dorosły mundial toczy się gra.

Pod względem organizacyjnym sport wyczynowy dzieli się na dwa modele: anglosaski i amerykański. Ten pierwszy, znany nam od zawsze, polega na systemie awansów i spadków, otwartych ligach, co daje szansę rywalizacji teoretycznie każdemu. W modelu amerykańskim ligi są zamknięte dla podmiotów spełniających określone warunki, głównie finansowe. System licencyjny w wielu krajach europejskich w pewnym stopniu wymieszał oba modele organizacyjne, ale równość szans pozostaje najważniejszym kryterium. W polskim wydaniu licencje są wyjątkowo rozciągliwe, pamiętamy ligowe mecze rozgrywane daleko od siedziby klubu, Sandecję Nowy Sącz w Niecieczy, Olimpię Poznań w Gdańsku, Sokół Pniewy w Tychach, Wartę Poznań w Grodzisku Wielkopolskim, Wieczystą Kraków w Sosnowcu. „Lepsze jest wrogiem dobrego" to sprawdzona maksyma, chyba obca sternikowi FIFA. On raczej bierze sobie do serca hasło mistrza słowa polskiego Wojciecha Młynarskiego: „co by tu jeszcze spieprzyć, panowie".

Na pewno znają je piłkarze Lecha Poznań. Numer, jaki wykonali w rewanżowym meczu o Ligę Mistrzów z duńskim Aarhusem przejdzie do historii polskiego futbolu klubowego. Niestety, do niechlubnego rozdziału tej historii. Tego, co stało się na Bułgarskiej „biez wodki nie razbieriosz" jak mawiali Rosjanie z ery przedputinowskiej. Na szczęście nie zawiódł śląski tercet Górnik, GKS, Raków. Katowiczanie przypomnieli swoim fanom złote czasy prezesury Mariana Dziurowicza, gdy GieKSa ogrywała bardziej renomowane zespoły niż Żylina, choć zwycięstwo nad solidnymi Słowakami trzeba bardzo cenić. Raków po prostu zrobił swoje w starciu ze słabym rywalem, ale pamiętamy wpadki innych polskich klubów z jeszcze słabszymi niż Maltańczycy zespołami.

Dobrze się dzieje w państwie duńskim (ach, znowu ten Lech) i zabrzańskim. Jeżeli Włodek Lubański oglądał mecze swoich następców z bardzo silnym Fenerbahce, to musiał być zadowolony. Są takie porażki, po których schodzi się z podniesioną głową. Na pewno więc wstydem nie był remis w Zabrzu, a Lukas Podolski dobrze zaczyna nowy etap życia. Ma lepsze papiery na prowadzenie profesjonalnego klubu piłkarskiego niż Alex Haditaghi w Pogoni Szczecin i Paolo Jean Adrien Urfer w Lechii.

Nadmorskie kluby nie mają szczęścia do właścicieli - w Szczecinie ostatnim rozsądnym był Florian Gawroński, a w Gdańsku Andrzej Kuchar, człowiek bardziej kojarzony z koszykówką niż z futbolem, świetny trener reprezentacji Polski (7. miejsce w Europie) i klubów (mistrzostwo Polski ze Śląskiem, wicemistrzostwo z Górnikiem Wałbrzych i koszykarkami Ślęzy Wrocław). Patrząc na sposób zarządzania panów z Iranu i Szwajcarii, obawiam się, że legendy Pogoni i Lechii Florian Krygier i Roman Korynt w grobach się przewracają. Urfer nazwał swoją polską firmę „Football Culture Poland". Środkowy człon nazwy to dobry żart w kontekście poczynań tego pana. Szkoda kibiców i piłkarzy, bo zasługują na lepszy los. Oby za rok nie okazało się, że najpiękniejszy europejski stadion trzecioligowy mamy... w Gdańsku.

Są takie porażki, po których schodzi się z podniesioną głową. Na pewno więc wstydem nie był remis w Zabrzu, a Lukas Podolski dobrze zaczyna nowy etap życia. Fot. Marcin Bulanda/ PressFocus

Czesław Lang zasługuje na wielki podziw i szacunek, bo jego „dziecko", Tour de Pologne, to impreza na poziomie Ligi Mistrzów. Wczoraj wielonarodowy i wielobarwny peleton przemknął przez Kaszuby, rodzinne strony Langa. Od dekady jest mieszkańcem tego regionu, a dla małej wioski nad urokliwym jeziorem Mausz przejazd kolarzy był tym, czym dla mojego pokolenia Wyścig Pokoju ze Stanisławem Królakiem, Ryszardem Szurkowskim, Stanisławem Szozdą, Lechem Piaseckim, Piotrem Wadeckim i Ślązakiem Zygmuntem Hanusikiem, byłym piłkarzem Czułowianki Tychy. W szkole podstawowej urywałem się z kolegami z ostatnich lekcji, by wysłuchać radiowego komunikatu z trasy wyścigu. „Tu helikopter, tu helikopter" - wykrzykiwał do nas z przestworzy Roman Paszkowski, legendarny kierownik redakcji sportowej rozgłośni Polskiego Radia w Katowicach.

Współczesne kolarstwo to już inna bajka, zawodnicy kręcą pedałami pod dyktando sztabów jadących w busach za peletonem. Grupa pracuje na swojego lidera, sport indywidualny zmienia się w zespołowy. Mnie to nie kręci, zdecydowanie wolałem tę dyscyplinę w klasycznym wydaniu, podobnie boks. Kolarstwo bez suflowania utrzymało się już tylko na igrzyskach olimpijskich. Mimo to stałem wczoraj w tłumie Kaszubów witających kolorowy peleton, a Czesława Langa uważam za najlepszego polskiego działacza sportowego doby współczesnej.

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 9,90 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się