Wieczór pełen otuchy
Z DRUGIEJ STRONY - Andrzej Grygierczyk
No więc otrzymaliśmy radosny bodziec, impuls i zachętę, by wczoraj, późniejszym wieczorem, zasiąść do oglądania meczu „dorosłej” reprezentacji Polski z Holandią – oczekując, że dobre fluidy, unoszące się nad nią od czasu, gdy objął ją Jan Urban, poniosą ją do zwycięstwa. I już nawet nie chodziło o to, by pasjonować się ewentualnym wyścigiem o 1. miejsce w grupie - wszyscy byliśmy świadomi, że za sprawą wcześniejszych wyników to cel praktycznie poza naszym zasięgiem - ale bardziej o potwierdzenie, że wrześniowy remis w Rotterdamie nie był przypadkiem czy szczęśliwym zbiegiem okoliczności. I że może uchodzić za „mecz założycielski” tej ekipy w drodze do finałów przyszłorocznego mundialu.
Oczywiście można zadać sobie pytanie: jakiej ekipy, skoro w porównaniu do poprzedniego spotkania z Oranje z powodu kontuzji i kartek trzeba było wymienić mniej więcej 40 procent wyjściowego składu. Ale też w odpowiedzi mogła zawierać się kwestia jakości bezpośredniego zaplecza tamtej jedenastki, jego potencjału sportowego i mentalnego. A także talentu Jana Urbana do jego wydobycia.
Na początku meczu była zmarnowana sytuacja Nicoli Zalewskiego, po której można się było zastanawiać, jak by ten mecz wyglądał, gdybyśmy prowadzili 1:0. Tym bardziej że napór gości narastał, a wraz z tym rósł strach, że prędzej czy później holenderski geniusz piłkarski weźmie górę. Nie wziął, bo wzięła górę nieprawdopodobna, ale i mądra determinacja naszego zespołu w obronie. A potem jedno podanie (Lewandowskiego) i jeden strzał (Kamińskiego) dały nadzieję, że po 46 latach nareszcie odniesiemy zwycięstwo nad Holandią.
Ale było jeszcze drugie 45 minut i... wojna, która zaczęła się od wyrównującej bramki, drugiej i ostatniej w tym meczu. Klątwy 46 lat nie zrzuciliśmy, jednak wszystko to, co działo się na boisku, dało poczucie, że to jest ten kierunek. Jedni smakosze futbolu powiedzą, że Oranje co rusz pokazywali wyższość, przez większość meczu prowadząc grę, ale inni smakosze stwierdzą, że godna podziwu była mądrość i rozwaga polskich graczy, a nade wszystko wielka pasja i ambicja; i stosowanie zasady: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. To po prostu były przejawy prawdziwej jedności prawdziwej drużyny.
Takiej właśnie będziemy potrzebować w meczu z Maltą, takiej też - a może jeszcze mądrzejszej, jeszcze bardziej zdeterminowanej - będziemy potrzebować na baraże. Bo w nich nie będziemy mieli wyjścia – albo zwycięstwa, albo pożegnanie z marzeniami o mundialu.
W sumie pewne jest to, że ten wczorajszy wieczór - z dwoma piłkarskimi daniami - wlał w kibicowskie serca sporo otuchy. Niech te drużyny dalej idą tą drogą.
