Wiara
Z DRUGIEJ STRONY - Paweł Czado
Po złym jest zawsze dobre, po dobrym zawsze nadejdzie złe. Prawda jest taka, że jeśli dobre jest imponujące, to potem złe ciężko się przeżywa i w ogóle – trudno wtedy żyć. Zwłaszcza kiedy konkurencji wokół żyje się dobrze, albo bardzo dobrze...
Nie ukrywam, że zwyczajnie nie lubię Ekstraklasy w bezruchu, a właściwie bez Ruchu. Jest dla mnie niczym Cindy Crawford bez nogi albo Gioconda bez ust. Ruch to element Ekstraklasy, bez względu na wszystko. Bez niego jest ona niczym brytyjska korona bez Koh-i-noor. Ja wiem, że nic nie jest za darmo, nie jesteśmy w feudalnym średniowieczu, gdzie miejsce należało się za urodzenie, ale tak zwyczajnie z całej siły kibicuję Ruchowi, żeby wrócił, bo wtedy paleta barw naszej ligi będzie tak zwyczajnie – pełniejsza. Stare przysłowie dinozaurów głosi, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Je załatwiła erupcja wulkaniczna spowodowana uderzeniem w ziemię gigantycznej planetoidy. Ruchowi to nie grozi, choć okoliczności, również pozasportowe, mu nie sprzyjają.
To jest jeden z tych niewielu klubów, który jest w stanie rozpalić płomień. Jest jednym ze społecznych symboli Górnego Śląska i muszą to przyznać nawet ludzie niechętni na tym Górnym Śląsku. Także dlatego kibicuję mu, żeby się odbił. Jestem pewny, że to się uda, oczywiście – lepiej prędzej niż później. Wierzę, że uda się to Waldemarowi Fornalikowi. Warto zauważyć, że to jedyny były selekcjoner w XXI wieku, który po odejściu z reprezentacji potrafił wywalczyć trofeum. Wierzę niezmiennie w jego fachowość.
Oprócz wiary można jeszcze odwoływać się do rocznic, mam jedną fajną na podorędziu. 90 lat temu Ruch był zjawiskiem. Akurat jesteśmy w przeddzień fajnej rocznicy. Przypomnijmy: 18 października 1936 roku Ruch rozbił na Cichej (ech...) Garbarnię Kraków 6:1, co przypieczętowało czwarty w dziejach tytuł. Trzy razy smagnął biczem Ernest Wilimowski, również trzy – Gerard Wodarz, królewski tercet uzupełniał jeszcze Teo Peterek. Każdy z nich inny, ale każdy zdumiewający...
Przypomina mi się rozmowa z Kazimierzem Kutzem sprzed wielu lat. Kiedy był bajtlem, wszyscy w Szopienicach, gdzie się wychował, wszyscy czekali na coroczny przyjazd Ruchu na towarzyski mecz. „Co roku obok odpustu to było dla ludzi najważniejsze wydarzenie. Obłęd, jak dziś wielki koncert rockowy. Bo przed wojną na Śląsku była piramida wielu drużyn, a na jej szczycie Ruch. Peterek, Wodarz, Giemsa... Najwyższa klasa, a przy tym ludzie stąd. No i ten Wilimowski! Krzywe nogi, rudy taki, ale co on z piłką wyprawiał!” – mówił mi pełen entuzjazmu Kutz. I jeszcze jeden fragmencik świadczący o wielkości Niebieskich. „Kiedy studiowałem w Łodzi, poszedłem raz na mecz ŁKS-u z Ruchem. Bramkarz złapał piłkę i cała drużyna Ruchu cofała się, ale plecami do niego. Jak bramkarz wykopał piłkę, to Gerard Cieślik już przeszedł środek boiska. Nagle się odwrócił i widzi, jak ta piłka leci na niego. I z tej swojej krótkiej nóżki jak nie pierd...! Piłka fruuu – i już w bramce! Stadion na króciutką chwilę zamarł, a potem wybuchła euforia. Kibice nigdy czegoś takiego nie widzieli i pewnie już potem nie zobaczyli”.
Czy jeszcze zobaczą coś takiego? Można marzyć... Teraz Ruch grał z Odrą w górnośląskich pierwszoligowych derbach (relacja Piotrka Tubackiego na s. 6). Pożądam niezmiennie ekstraklasowych emocji. Wierzę, że zobaczę.
