Wełniany sweter za mecz w reprezentacji
Rozmowa z Bogdanem Kalusem, aktorem, który w niedzielnym spektaklu na Stadionie Śląskim wcielił się w rolę trenera młodego Gerarda Cieślika
Tak w niedzielny wieczór wyglądała scena widowiska o Gerardzie Cieśliku. Fot. Marcin Bulanda/ Pressfocus
Znał pan Gerarda Cieślika?
- Pewnie, że go znałem. Jak byłem w Ruchu, to spotykaliśmy się z panem Gerardem w klubowej kawiarni. Spotykaliśmy się też na meczach, spotykali po meczach. Słuchałem jego opowieści, jak to pierwej bywało. Nasłuchałem się wielu słynnych anegdot, o których, niestety, z różnych powodów nie możemy napisać.
A może jednak coś wesołego, związanego z legendarnym piłkarze Ruchu, nam pan opowie?
- Na przykład słynne opowieści, że za mecze dostawali kury, kaczki i tak dalej. Albo przypomniała mi się taka anegdota. Chorzowscy jechali kiedyś na mecz do Krakowa jakąś taką ciężarówką z plandeką i ta ciężarówka zepsuła się po drodze, bodaj w Krzeszowicach. Trzeba więc było ostatnie kilka kilometrów zaliczyć pieszo, co nie przeszkodziło im wygrać ligowego meczu. Takie to były czasy i teraz, jak się komuś o tym mówi, że ligowcy wyjeżdżali w dniu meczu jakąś nieogrzewaną ciężarówką, to wszyscy patrzą na ciebie jak na debila.
Takie były realia...
- A w to uwierzy pan, że - jak nam opowiadał - za wygranie jakiegoś meczu w reprezentacji Polski dostał pierwszy w życiu wełniany sweter? I jak się z niego ucieszył!
Spotkaliście się także na treningach czy meczach oldbojów Niebieskich, w których - jak mi wiadomo - i pan uczestniczył?
- To był człowiek, który pomimo swojej wielkości, będąc wspaniałym piłkarzem, sportowcem, był bardzo skromnym człowiekiem. Powiedział, że nigdy nie wyprowadzi się z Chorzowa Batorego i się nie wyprowadził. Całe życie mieszkał w chorzowskich blokach, czy później w wieżowcu na osiedlu „Kalina” w Chorzowie Batorym, i pomimo wielu propozycji, próśb, gróźb, straszeń nie wylądował w żadnym wojskowym, ani gwardyjskim klubie. Dla niego Ruch to było wszystko i Ruchowi był wierny od początku do końca życia.
Jak się dostaje rolę w takim spektaklu?
- Zadzwonił i zaproponował mi rolę jego producent. Nie było to łatwe, bo jestem mocno zajęty. Ale okazało się, że nie jest to duża rola, bo zagrałem trenera młodego Gerarda Cieślika, a tam jest ta historia z obstrzeliwaniem poprzeczek. Trener juniorów Ruchu powiedział do kilkuletniego chłopaka zabawiającego się uderzeniami w górne obramowanie bramki: – No dobra synek. Tu mosz bal i jak naszemu bramkarzowi strzelisz elwer, to przychodzisz na Ruch na trening. Jak nie, to nie chca cię tu więcej widzieć... I tak ten młody Gerard, strzelając celnie jedenastkę, został piłkarzem Niebieskich, a przecież na treningi przychodził głównie po to, by jak piłka wyleci za boisko, mógł sobie kopnąć normalną, prawdziwą „biedronką”, a nie jak na placu jakąś tam szmacianką cerowaną ze skarpet czy Bóg wie z czego. To przecież była bieda, komuna, nie było tak, że młody karlus szedł do sklepu i kupował sobie co chciał! Nie mówiąc już o tym, że tych prawdziwych piłek po prostu nie było w sklepach.
Nazwiska reżyserów: Janusza Zaorskiego i Roberta Talarczyka gwarantowały jakość tego niecodziennego wydarzenia, więc warto było pojawić się w niedzielę wieczorem w Kotle Czarownic, by zobaczyć „Łącznika, pieśń o Gerardzie Cieśliku”.
- Gdy przeczytałem scenariusz, to wydawał mi się ciekawy, bo spektakl jest połączeniem multimediów, ze scenami na żywo, z muzyką. Oczywiście jest i wątek kaperowania Cieślika przez różnych ubeków, a piłkarze - rzadko bo rzadko, ale wyjeżdżający za granicę na mecze, gdy normalni ludzie nie mieli takich okazji - znajdowali się na celowniku różnych ciemnych typów. Więc to nie jest tylko opowieść o słynnym meczu ze Związkiem Radzieckim w 1957 roku.
Mieliście wiele prób do spektaklu?
- Dogadałem się z Robertem Talarczykiem, że tylko w niedzielę rano zrobimy próbę. Potem była jeszcze próba generalna i o godzinie 20.00 odpaliliśmy rakiety. A po spektaklu wsiadłem w samochód i wróciłem do Warszawy, do domu.
To był tylko jeden, unikatowy spektakl i koniec?
- Tak. To jest za duża logistycznie historia. Z drugiej strony myślę sobie, że mimo wszystko można by pójść za ciosem. Jeśli naturalnie będzie zainteresowanie. Może na ten temat więcej będzie wiedział Robert, który się specjalizuje w biografiach piłkarzy. Zrobił przecież niedawno spektakl o Ezim, czyli Erneście Wilimowskim. Myślę, że każdy klub na Śląsku mógłby przygotować taki spektakl o swoim największym piłkarzu. Lubański, Oślizło, Ogaza, Jarosik, Furtok... Tylu wspaniałych piłkarzy tutaj się urodziło, że byłoby w czym wybierać.
Rozmawiał Zbigniew Cieńciała
AUTORZY I WYKONAWCY
„Łącznik – pieśń o Gerardzie Cieśliku”
20 września, Stadion ŚląskiAutor przedstawienia: Artur PAŁYGA
Reżyseria: Janusz ZAORSKI, Robert TALARCZYK
W roli Gerarda Cieślika: Maciej MUSIAŁ
W pozostałych rolach:
Jacek Beler – Czesław Szymański (funkcjonariusz Służby Bezpieczeństwa)
Dariusz Szpakowski – Wieczny Komentator
Katarzyna Hołub – Carmen Moreno
Maciej Kaczor – Działacz
Dorota Pomykała – Marta Cieślik (mama Gerarda)
Bogdan Kalus – trener
Olek Krupa – Jerzy Ziętek
Ola Przybył – Wanda (żona Gerarda)
Dariusz Niebudek – Henryk Reyman (selekcjoner reprezentacji)
Ponadto: Michał Piotrowski, Artur Święs, Jakub Podgórski, Błażej Bierzgalski, Marcin Wyrostek
Bogdan Kalus.
Fragmenty widowiska. Zdjęcia: Marcin Bulanda/PressFocus
Dariusz Szpakowski wystąpił w roli Wiecznego Komentatora.
Gerard Cieślik - w tej roli Maciej Musiał - pilnowany przez Służbę Bezpieczeństwa...
