Wariat od negocjacji ze świętym Piotrem

Dla kardiochirurga Jacka Piątka kibicowanie Białej Gwieździe jest odskocznią od setek godzin spędzonych na bloku operacyjnym. Niedawno został jej akcjonariuszem.

Dr hab. n. med. Jacek Piątek przyznaje, że Wisła jest dla niego odskocznią od wymagającej pracy. Fot. archiwum prywatne

WISŁA KRAKÓW

W Wigilię, w gabinecie w Krakowskim Szpitalu Specjalistycznym im. św. Jana Pawła II, podpisał dokumenty potwierdzające zakup 19 tysięcy akcji i w akcjonariacie spółki posiada 2,13% udziałów.

Kilka dób przy stole

Średnio przeprowadza 30 operacji miesięcznie, każda zazwyczaj trwa od czterech do sześciu godzin. – Spędzam na bloku około 150–170 godzin miesięcznie, co daje pełnych 5-6 dni. I tak od 25 lat – wylicza Jacek Piątek. Kardiochirurgia potrafi uzależnić. Urlop po dwóch tygodniach zaczyna nużyć. Dłuższych przerw nie miał. Starszym kolegom powiedzenie „stop” nie przychodzi łatwo. Sam zastanawia się, jak to będzie, gdy biologia zacznie działać na jego niekorzyść i trzeba będzie zacząć myśleć, by odejść od stołu. Wtedy pozostanie przygotowywanie przyszłych pokoleń, co od lat zajmuje mu kolejne godziny. Cena? Najczęściej bolący kręgosłup. Jeszcze nie ma problemów, ale stanie w jednej pozycji, ogromne skupienie, presja decyzji, od których zależy życie sprawiły, że wielu kolegów musiało zdecydować się na operacje. – Lekarz potrzebuje lekarza – przyznaje z uśmiechem, choć sam serca własnego… nie bada. Paradoks wpisany w zawód. Daje pacjentom wskazówki, ale prywatnie nie zawsze stosuje się do zaleceń. 

Wielki skok

Przez ćwierć wieku kardiochirurgia zmieniła się nie do poznania. I nadal prze do przodu, biorąc przykład z prof. Zbigniewa Religi i innych odważnych lekarzy. – Technologicznie i technicznie nastąpił nieprawdopodobny przeskok. Pacjenci, którzy 20–25 lat temu byli dyskwalifikowani z powodu ryzyka, dziś trafiają na stół operacyjny jako standard. Myślę, że około 30 procent takich przypadków dziś spokojnie moglibyśmy operować. Kolejnym „game changerem” ma być robotyka. System da Vinci, choć znany od lat, dopiero teraz wkracza szerzej do kardiochirurgii. – Daje ogromną precyzję i komfort pracy. Chirurg siedzi przy konsoli, steruje ramionami robota – tłumaczy. Koszt? 12–15 mln zł. Do tego dochodzą szkolenia zespołów. Duży wydatek, ale przyszłościowy. Na jednej sali operacyjnej pracuje 7-8 osób. – To jak w sporcie. Gra zespołowa. Musi być jednak kapitan, który podejmuje decyzje w krytycznych momentach – mówi. A te bywają śmiertelne. Najdłuższe operacje? Nawet 15 godzin, szczególnie przy przeszczepach płuc, które wprowadził w 2023 roku. – Po takim zabiegu adrenalina trzyma, ale gdy opada, prowadzenie samochodu bywa niebezpieczne. Potrafi się zapomnieć drogi prowadzącej do domu – nie kryje.

Przedłużenie ręki Boga

Nowy Rok spędził na dyżurze. Po północy operował młodego chłopaka z pękniętą aortą, która nie została zdiagnozowana. Gdyby przyjechał godzinę później, nie miałby szans. Dzień przed naszą rozmową pacjent wyszedł ze szpitala. Z uśmiechem. Doktor Piątek dostał kolejne potwierdzenie, że robi ważne, pasjonujące rzeczy. Pytany, czy czasem czuje się przedłużeniem ręki Boga, odpowiada krótko: – Jestem zadaniowcem. Po prostu wykonuję swoją pracę. Cuda? Czasami coś nas zaskakuje. Ja półżartem, półserio mówię, że jak ktoś ma żyć, to żyć będzie. 

Są pacjenci, których zapamięta na zawsze. Jedną nogą byli już u św. Piotra, lecz udało się ich stamtąd ściągnąć. – Widzimy różne straszne rzeczy, ale nie bierzemy ich do siebie, nie myślimy, że możemy zachorować na tę samą chorobę – tłumaczy, dlaczego lekarze tak często unikają lekarzy...

Najważniejsze to dobry grafik

Jak sobie radzi z napięciem towarzyszącym przeciąganiu liny między życiem a śmiercią, w którym życie nie zawsze jest w stanie wygrać? – Wisła jest dla mnie odskocznią – powtarza. Kibicuje jej z synami, choć oni wybierają inne sektory na stadionie i chodzą na mecze z kolegami. Starszy chce być lekarzem, jak tata i mama. Młodszy, uczeń 8. klasy, na razie nie wykazuje podobnych zainteresowań. Raczej będzie robił coś innego. – Najważniejsze, by to lubił. Z nim często kłócę się o piłkarzy – śmieje się.

Na wyjazdowe mecze nigdy się nie wybierał, jednak robi wszystko, by nie opuszczać spotkań u siebie. – Gdy rozpisujemy dyżury, najczęściej nie biorę ich nie dlatego, że mam coś do zrobienia w domu, ale ze względu na mecz Wisły przy Reymonta. Ludzie w pracy wiedzą, że jestem wariatem i jak jest możliwość, to czmycham na dwie-trzy godziny, a koledzy mnie zastępują – nie kryje.

Akcjonariusz nie tylko z nazwy

Od miesiąca jest jednym z akcjonariuszy klubu. Nie miał czasu, więc prezes Jarosław Królewski w Wigilię przyjechał z umową do jego gabinetu, by mógł ją podpisać. – Rzuciłem kiedyś hasło, ale nie spodziewałem się, że to się wydarzy. Nie jestem żadną „grubą rybą”, tylko kardiochirurgiem. Chciałbym jednak dołożyć swoją cegiełkę: wiedzę, doświadczenie organizacyjne. – Nie chcę być akcjonariuszem tylko z nazwy – zaznacza. 

Czy liczy na realizację projektu klubu z krakowskimi uczelniami? Uważa, że to strzał w dziesiątkę. – Jeżeli to wejdzie w życie, naprawdę mamy szansę zrobić coś wielkiego. W piłce ważna jest wydolność, a funkcjonowanie serca ma olbrzymie znaczenie dla sportowców. Razem z innymi specjalistami z mojej dziedziny możemy się włączyć do projektu – zapewnia. 

Klucze do gabinetu przypiął do wiślackiej smyczki. – Pacjenci ją zauważają i szepcą: „Ja też jestem za Wisłą”. W zespole kwalifikującym do operacji jest profesor kardiologii, kibic Cracovii. – Wbijamy sobie szpileczki. Gdy usłyszał o akcjach, rzucił: „Jesteś po złej stronie mocy!”.

Z Hajtą w zespole

Jego serce do Białej Gwiazdy zabiło po przyjeździe na studia z Makowa Podhalańskiego. Grał amatorsko jako napastnik w lidze międzyuczelnianej, był kapitanem zespołu Collegium Medicum. Przytrafiła się kontuzja więzadeł i piłka w tym wydaniu się skończyła. Miał w życiu moment, gdy w głowie zaświtało, że może futbol to jego droga. Powołali go do reprezentacji makroregionu. – Pomyślałem, że pójdę do Gwarka Zabrze i tam skończę liceum, a po maturze może wybiorę AWF. Gdy usłyszał to mój ojciec, powiedział: „Po moim trupie, wykluczone, nigdzie nie jedziesz” – wspomina nasz rozmówca. 

Jego tata był lekarzem, więc od początku był wychowywany w tym nurcie. Znajomi ze środowiska medycznego często bywali w ich domu. Na studiach od razu wiedział, że chce być kardiochirurgiem. Zanim jednak to się stało, w rodzinnym Makowie kopał piłkę z późniejszym reprezentantem, Tomaszem Hajtą. Byli w jednym zespole Halniaka. – Wtedy jeszcze nie palił tylu papierosów – śmieje się doktor Piątek. – Był klasycznym stoperem starego formatu: piłka mogła przejść, zawodnik nie. Spotkaliśmy się po latach zupełnie przypadkiem, na śniadaniu w hotelu w Szczecinie. Ja byłem na kongresie, a Tomek mieszkał w Niemczech. Zdziwił się, gdy mnie zobaczył. Jego nie dało się nie rozpoznać: żel na głowie, modne ciuchy. Cały „Gianni”...

Michał Knura

Doktor Jacek Piątek (w środku) w grudniu brał udział w prestiżowym kongresie kardiochirurgicznym w Nowym Jorku. Fot. Krakowski Szpital Specjalistyczny im. św. Jana Pawła II

Materiał premium

Dalsza część jest dostępna dla subskrybentów

Odblokuj pełne wydanie i korzystaj bez ograniczeń. Czytaj ekskluzywne wywiady, analizy i felietony sportowe. Słuchaj podcastów oraz oglądaj materiały wideo.

Zobacz pakiety i odblokuj wydanie

Dostęp od 12,50 zł • BLIK / karta • Anulujesz online, kiedy chcesz

Masz już dostęp? Zaloguj się