Walka zakończona

Polski Związek Motorowy miał rzucać FIM-owi kłody pod nogi, a tymczasem na Stadionie Narodowym zorganizowany zostanie Puchar Świata.

Za rok na Stadionie Narodowym znów wysypana zostanie nawierzchnia żużlowa. Fot. Marcin Karczewski/PressFocus

Pod koniec poprzedniego roku w żużlowym świecie głośny był konflikt pomiędzy Polskim Związkiem Motorowym a Międzynarodową Federacją Motocyklową (FIM). Podstawą niezgody była decyzja o przyznaniu „dzikich kart" na tegoroczny cykl Grand Prix Mikkelowi Michelsenowi (Dania), Kaiowi Huckenbeckowi (Niemcy), Janowi Kvechowi (Czechy) oraz Jasonowi Doyle’owi (Australia). Sądzono, że na „dzikusa” zasłużył któryś z Polaków, Maciej Janowski lub Patryk Dudek. Tymczasem pozostaliśmy w mistrzostwach świata z dwoma reprezentantami, Bartoszem Zmarzlikiem i Dominikiem Kuberą.

Czterech Australijczyków

„Dzikie karty" zostały po części rozdane według klucza „promocyjnego”. FIM chce wywołać większe zainteresowanie żużlem w krajach, gdzie dyscyplina ta jest niszowa. Stąd właśnie nazwiska Jana Kvecha i Kaia Huckenbecka na liście startujących w Grand Prix 2025. Z kolei Michelsen dostał szansę za to, że w klasyfikacji generalnej w 2024 roku zajął 7. miejsce i brakowało mu tylko pięciu „oczek” do 6. lokaty, gwarantującej automatyczny awans do zmagań na kolejny rok. Tak zwyczajowo przyjęło się robić i jego kandydatura nie wywołuje kontrowersji. Natomiast wyróżnienie Jasona Doyle’a (16. miejsce rok temu, większość sezonu stracił przez kontuzję) powoduje, że będzie czwartym Australijczykiem w stawce po Jacku Holderze, Brady’m Kurtzie oraz Maksie Fricke’u. Tym samym ani nie wpasowuje się w kryterium promocji dyscypliny w mniejszych ośrodkach żużlowych, ani nie bronią go wyniki z zeszłego roku.

Groźby bez pokrycia

Taka decyzja FIM-u spowodowała, że polska federacja była – delikatnie sprawę ujmując – wściekła. W końcu to Polska jest żużlową potęgą na mapie świata. To właśnie na polskie areny przyjeżdża najwięcej kibiców, żeby oglądać najlepszych w walce o mistrzostwo globu. Co więcej, PGE Ekstraliga jest najbogatszą ligą na świecie, w której ci najlepsi rywalizują. Z tych powodów w tym roku w Polsce zorganizowane zostaną trzy rundy Grand Prix (w Warszawie, Gorzowie i Wrocławiu). Ponadto Speedway of Nations odbędzie się w Toruniu. Decyzja FIM-u była więc według PZM skandaliczna i związek groził nawet wycofaniem się z organizacji flagowej rundy na Stadionie Narodowym (zmagania w stolicy odbędą się 17 maja). Taki paradoks - najważniejsze imprezy odbywać się będą w Polsce, a w rywalizacji oglądać będzie można tylko dwóch Biało-czerwonych… Sytuacja jednak ucichła, FIM zdania nie zmienił, w Grand Prix będzie startować tylko dwóch Polaków, a w Warszawie mimo wszystko będzie można oglądać zmagania na najwyższym poziomie.

Jest zgoda?

Nie doszło więc do oficjalnego załagodzenia konfliktu, ale PZM obrał strategię całkowicie odmienną od grożenia wycofaniem się z organizacji warszawskiego GP. Na początku stycznia FIM ogłosił, że w 2026 r. zorganizowana zostanie runda Grand Prix w Toruniu (w 2025 r. wyjątkowo Motoarena nie znalazła się w kalendarzu GP). Ponadto ogłoszono też, że drużynowy Puchar Świata w 2026 r. odbędzie się na Stadionie Narodowym w Warszawie. W ten sposób płynnie przeszliśmy od jednej skrajności do drugiej. Nad Wisłą w przyszłym roku odbędzie się jedna z największych drużynowych imprez żużlowych, na stadionie, który jeszcze niedawno miał zostać wycofany z kalendarza Grand Prix. Jak to mówią anglojęzyczni (i nie tylko), business is business.

Kacper Janoszka