W trakcie meczu jestem tylko trenerem
Rozmowa z Rafałem Górakiem, trenerem GKS-u Katowice
Trener Rafał Górak miał w trakcie rundy jesiennej kilka okazji do świętowania. Fot. PressFocus
– Całe 12 miesięcy było bardzo dobrych. Nasza droga do ekstraklasy to jedno, a drugie to sama gra w elicie. Szkoda więc, że ten rok już się kończy, bo był dla mnie i dla całego klubu bardzo udany. Życzyłbym sobie, żeby następne lata były takie same. Jeśli zdrowie będzie dopisywało, musimy pozostać na tej drodze, bo obraliśmy dobry kurs.
Czy gdy zaczynała się runda wiosenna w I lidze, sądził pan, że za kilka miesięcy będziecie w ekstraklasie?
– Nie planowałem tego. Nie zastanawiałem się nad tym, na którym miejscu i w jakiej lidze będę na koniec roku. Koncentrowałem się na tym, co jest przede mną. Wiedziałem, że przed zespołem była runda wiosenna, że mieliśmy stratę do strefy barażowej. Patrzyłem także na dół tabeli, czy jesteśmy bezpieczni, żeby nie musieć walczyć o utrzymanie do końca sezonu. Kilka razy też spojrzałem, ile punktów dzieli nas do czołowej dwójki. Strata była okropnie duża, więc głowy tym sobie nie zaprzątałem. Skupiałem się na tym, żeby do każdego kolejnego meczu odpowiednio się przygotować. Nie było mowy o długoterminowym planowaniu.
Ostatecznie GieKSa niespodziewanie awansowała do ekstraklasy. Czy od tego momentu zmieniło się pana życie?
– Życie się nie zmieniło i mam nadzieję, że się nie zmieni. Natomiast długo czekałem na to, żeby być trenerem w ekstraklasie. Starałem się do tego przygotowywać, będąc upartym. Miałem przeczucie, że moja trenerska droga będzie podobna do tej piłkarskiej. Jako zawodnik także chciałem zagrać w ekstraklasie, a wystąpiłem w niej bardzo późno, bo debiutowałem, grając w Szczakowiance Jaworzno w wieku ponad 29 lat. Jako szkoleniowiec miałem nadzieję, że nadejdzie sezon, kiedy wrota ekstraklasy się przede mną otworzą. Warto było czekać, bo gdy coś sam osiągnę, mam większą wewnętrzną satysfakcję.
W jaki sposób zmienił się pana system pracy? Zgaduję, że jest różnica, gdy trenuje się zespół w I lidze i w ekstraklasie.
– System pracy zmienia się nawet pod względem zarządzania grupą ludzi. Przed laty w sztabie trenerskim GKS-u Katowice pracowało siedem osób, a teraz 14. Tym samym zarządzanie sztabem znacząco różni się od systemu wypracowanego w II czy I lidze. Dużo czasu poświęcam, żeby pracę rozdzielić, żeby sztab był dobrze zorganizowany. Każdy musi być usatysfakcjonowany z tego, jakie zadania ma do wykonania i każdy ma się czuć odpowiedzialny za proces treningów czy analiz. Zlecam więc sporo pracy, której rezultaty wracają do mnie w surowej formie. Korzystam z tego po akceptacji i przekazuję zawodnikom. Praca więc się zmienia. Standardy idą do góry i jestem orędownikiem tego, żeby je jak najbardziej zwiększać. Wychodzę z założenia, że są one istotne i cieszę się, że klub stwarza mi odpowiednie warunki. Mam pod sobą wartościowy sztab – ludzi, którzy chcą się rozwijać i ciężko pracować. A pracy jest bardzo dużo.
Jej ilość w zawodzie trenera, szczególnie w ekstraklasie, może przytłoczyć. Narzeka pan na brak czasu wolnego?
– Parę lat temu miałem mniej czasu, bo pracę organizowałem wokół siebie. Wszystko zależy od nas i nie warto popadać w skrajne emocje związane z pracoholizmem. Sport jest pasją i polega na ogromnej chęci realizowania się. Trzeba umieć znaleźć złoty środek, rozglądać się wokół. Był moment, kiedy „leciałem” i potrafiłem pracować do późnych godzin nocnych, a rano wcześnie wstawać. Czy to jednak było tak jakościowe, jak praca zorganizowana wokół grupy ludzi, którym zaufałem i oddałem część obowiązków? Nie. Dzięki temu wygrałem i mam więcej czasu dla siebie i rodziny. Oczywiście sport pochłania, nawet z racji tego, że gramy w weekendy. Rywalizujemy na okrągło. Nawet ta przerwa zimowa jest krótka. Czasu może nie ma dużo, ale warto organizować pracę w taki sposób, żeby móc się zresetować.
Wyniki w ekstraklasie pokazują, że praca wykonywana przez pana, pański sztab i zawodników przynosi efekty. To stoi w kontrze do tego, jak radziła sobie część beniaminków w poprzednich latach. W poprzednim sezonie Ruch i ŁKS spadły od razu po awansie.
– Ostatnie sezony dla beniaminków w ekstraklasie nie były łaskawe. I nam nie jest łatwo. Poziom w ekstraklasie ucieka I lidze. Chcieliśmy być do rozgrywek przygotowani. Prawda jest taka, że będąc w GKS-ie przez ostatnich parę lat, przyglądałem się ekstraklasie uważnie. Myślałem o tym, że chciałbym do niej z GieKSą awansować i chciałem być na nią przygotowany. Chciałem, żeby wszyscy wiedzieli, że po awansie nie będziemy ekipą, która będzie tylko i wyłącznie drżała o utrzymanie. Drużyna musiała mieć swoje zasady, musiała być rozpoznawalna, musiała wiedzieć, w jaki sposób bronić i atakować. Nie chciałem, żebyśmy popadli w nerwowość wynikającą z braku punktów, nawet już po pierwszych miesiącach gry. Runda jesienna była dla nas bardzo ważna w perspektywie tego, co będziemy robić dalej. Założyliśmy, że w ekstraklasie mamy grać daną grupą ludzi i to nam wypaliło. Wiadomo, że transfery są istotne, ale u nas wielu zawodników grających w poprzednim sezonie w I lidze, umiejętnie weszła w rozgrywki na najwyższym poziomie.
Moim zdaniem letnie wzmocnienia były bardzo istotne. GKS racjonalnie podszedł do tematu transferów i ściągnął znanych na polskim rynku graczy. Bartosz Nowak, Adam Zrelak czy Alan Czerwiński nie są piłkarzami anonimowymi. Czy to jeden z kluczy do godnej rywalizacji na najwyższym poziomie?
– Zawsze planowaliśmy transfery z dyrektorem sportowym, rozpatrując, czy będziemy grać w I lidze, czy w ekstraklasie. Plan „ekstraklasa w Katowicach” zawsze istniał, choć przecież rok temu byliśmy na 11. miejscu w I lidze i trzeba było pilnować innych rzeczy. Często jednak rozmawialiśmy o tym, jak zareagujemy po ewentualnym awansie. Latem rozstaliśmy się z Grzegorzem Janiszewskim, który odszedł do Zagłębia Sosnowiec, a potem z Shunem Shibatą, który gra w Warcie Poznań. Reszta ekipy została i stwierdziliśmy, że potrzebujemy rozszerzyć kadrę. Chciałem, żebyśmy sprowadzili doświadczonych zawodników, aby nadali szatni pewności siebie. Chciałem, żeby dzięki zawodnikom, którzy zasmakowali ekstraklasy, zespół czuł się w tej lidze bezpieczniejszy. Byłem pewny, że zawodnicy, których miałem do dyspozycji w I lidze, poradzą sobie w elicie, ale potrzebowałem też graczy, którzy ekstraklasę znali.
Czy aspekt uniknięcia bariery językowej był dla pana ważny?
– Nie miało to znaczenia. Jeżeli mielibyśmy zakontraktować większą liczbę obcokrajowców, nie miałbym z tym problemu. Taki zawodnik musi jednak dopasować się do polityki klubu. Nigdy nie odstąpię od tego, że zawodnikami pierwszego wyboru będą ci z Polski. Nie mam oczywiście nic przeciwko zawodnikom z zagranicy, z wielką przyjemnością przyjmę ich w zespole, natomiast muszą być to piłkarze, którzy dadzą nam coś więcej. Nie może to być zawodnik, który zdecydowanie przegrywa rywalizację z zawodnikiem, który już w drużynie jest. Marten Kuusk, który rok temu dołączył do zespołu, dał nam jakość. Borja Galan na pierwszoligowych boiskach był zawodnikiem, który się wyróżniał. A Adam Zrelak jest klasą samą w sobie. Właśnie takich obcokrajowców szukam.
Zadałem to pytanie, ponieważ w jednym z ostatnich meczów w mijającym roku, z Lechią Gdańsk, wystawił pan jedenastkę złożoną z 10 Polaków. Natomiast rywale wyszli na boisko z taką samą liczbą… obcokrajowców.
– Dzisiaj rynek jest otwarty. Nie mogę krytykować decyzji personalnych w innych klubach. Dla mnie czymś naturalnym jest to, że moi zawodnicy, niezależnie od tego czy są z Hiszpanii, czy z Estonii, mają uczyć się języka polskiego. Mają być ludźmi, którzy doceniają to, że w szatni mówi się po polsku, a historia naszego klubu też pisana jest w tym języku. Ci zawodnicy muszą wiedzieć, w jakim są kraju. Nawet gdybym miał czterech zawodników z Hiszpanii, odprawy nie byłyby prowadzone w ich ojczystym języku. Musiałyby być prowadzone tak, żeby je rozumieli, ale muszą uczyć się polskiego.
We wspomnianym meczu z Lechią nie wystawił pan w pierwszym składzie zawodnika U-21. Po meczu dosadnie wypowiedział się pan o przepisie o młodzieżowcu, co nie może dziwić. GKS ma deficyt „młodzieżowych” minut. Co pana najbardziej irytuje w przymusie grania z piłkarzem U-21 pod groźbą zapłacenia kary?
– Jeżeli są wdrażane pewne przepisy, chciałbym, żeby dla każdego były one takie same. Dziś, jeśli GKS Katowice nie wystawiałby młodzieżowców, zapłaciłby trzy miliony złotych kary. To może być ponad 10 procent budżetu klubu. Tymczasem dla innego klubu może to być nikły procent budżetu i będzie w stanie taką karę bez problemu zapłacić. W tym aspekcie szanse nie są równe. Po drugie, idea przepisu nie ma sensu, jeśli słyszę, że ma on pomóc młodym piłkarzom w rozwoju. Beneficjentem tego przepisu są tylko kadry młodzieżowe. To nie jest dobry pomysł i można by było długo na ten temat rozmawiać, szukać za i przeciw, ale uważam, że taki przepis w ekstraklasie jest sztuczny i nierówny. Szanse w pozyskiwaniu czy wychowywaniu młodzieżowców nie są równe. W czasie mojej pracy w GKS-ie Katowice z klubu odeszło około 20 zawodników w wieku 13-15 lat. Dołączyli do klubów, które mają inną infrastrukturę, które wyłapują najlepszych piłkarzy. Rodzice natomiast myślą, że ich syn może być Robertem Lewandowskim i zawożą go do klubu na drugim końcu Polski. U nas długo też nie było ekstraklasy, która zawsze jest dobrym nośnikiem dla akademii. Chcemy wzbogacić infrastrukturę, ale na to musimy czekać. Jeżeli miałbym dostęp do tych młodych piłkarzy, którzy od nas odeszli, dziś być może doczekałbym się przygotowanego gracza z akademii. Tak nie jest. Trzeba więc pozyskiwać młodzieżowców z rynku tylko po to, żeby wypełniali limit przepisu. Dla mnie to jest sztuczne, a według mnie zawodnik w wieku 21 lat powinien się po prostu bronić swoją grą.
Na przepis o młodzieżowcu nie ma pan wpływu, podobnie zresztą jak na kontuzje, których często doznawali piłkarze GieKSy w rundzie jesiennej. Jak radzić sobie z plagą urazów?
– W ostatnich latach ten problem był znacznie mniejszy niż aktualnie. Zaatakowały nas mechaniczne i mięśniowe kontuzje. Na te pierwsze nie mamy żadnego wpływu. Czasem wydaje się, że możemy mieć wpływ na kontuzje mięśniowe. Zastanawiamy się, czy coś zostało zaniedbane, czy można coś poprawić. Rozmów z trenerami przygotowania motorycznego prowadzimy na ten temat wiele i nie zauważamy problemów w procesie treningowym. Faktem jest, że po awansie podniosła się intensywność. Zawodnicy są jeszcze bardziej eksploatowani i wchodzą na jeszcze wyższy poziom. Od tego nie uciekniemy i to może być jeden z problemów wywołujący kontuzje. Zadowolony jednak jestem z głębi kadry. Zawodnicy, którzy grali w I lidze, dawali sobie radę w ekstraklasie. Udźwignęli problem, gdy kontuzjowani byli kluczowi zawodnicy, jak Zrelak i Nowak.
Czy zadowolony jest pan też z wyników eksperymentu, który był pochodną kontuzji kilku piłkarzy? Chodzi mi o przesunięcie Alana Czerwińskiego do linii obrony i ustawienie Borji Galana, zawodnika stricte ofensywnego, w roli wahadłowego.
– O ile Czerwińskiego dość łatwo dało się przestawić do linii obrony, o tyle jeśli chodzi o Galana, ktoś mógł być zaskoczony, oglądając go na wahadle. W treningu, po poznaniu zawodnika i po wielu rozmowach z nim, czułem, że rozumie on każdą pozycję na boisku. Borja to szalenie inteligentny człowiek. Bardzo szybko wchłaniał wiedzę, żeby zagrać na tej pozycji. Wiele dzięki temu wygrał, bo w roli wahadłowego zagrał parę dobrych meczów.
Grając na wahadle, Galan często biega blisko linii, gdzie znajduje się pan. Nie jest on jednak narażony na krzyki z pana strony, bo zauważyłem, że rzadko próbuje pan coś głośno przekazać drużynie w trakcie meczu. Wykonuje pan natomiast mnóstwo kroków, poruszając się po strefie wyznaczonej dla trenerów. W ten sposób rozładowuje pan emocje?
– Często rozmawiam ze swoimi zawodnikami i kiedyś, gdy przy linii byłem bardzo impulsywny, zauważyłem, że nie zdaje to egzaminu. Zapytałem więc piłkarzy, czy w ogóle słyszą, co do nich krzyczę. Stwierdzili, że gdy trener do nich krzyczy, to zazwyczaj sądzą, że ma pretensje. A przecież nie zawsze o to chodzi. Postanowiłem więc pracować nad tym, żeby zapanować nad sobą. Żeby nie krzyczeć, zacząłem chodzić. Jest to też kwestia tego, że trener w trakcie meczu jest w swoim wewnętrznym, piłkarskim świecie. Wpada się w amok i w trakcie spotkania nie jest się ojcem, mężem czy kumplem. Jest się wyłącznie trenerem, który jest odpowiedzialny za mnóstwo spraw. Szkoleniowcy różnie reagują. Zdecydowałem, że nie ma sensu eksploatowanie się i krzyczenie podczas każdej akcji. Zawodnicy muszą być gotowi i więcej czasu poświęcam na rozmowy w trakcie procesu treningowego.
W rundzie wiosennej w kilku meczach GKS zagrał lepiej od rywali, ale ostatecznie nie wygrał. Czy jest jakiś mecz, w którym pański zespół powinien zdobyć trzy punkty, a nie zdobył?
– Piłka nigdy nie była sprawiedliwa i dlatego jest tak kochana przez ludzi. Mniejszy zawsze ma szansę na to, żeby wygrać z dużym. Gdy spotykają się drużyny na podobnym poziomie, sprawiedliwość się rozmywa, a o zwycięstwie może zadecydować detal. Były mecze, które powinniśmy wygrać. Takie było starcie z Koroną Kielce, gdy wydawało się, że powinniśmy zdobyć trzy punkty, a przegraliśmy. Z tego trzeba tylko wyciągnąć wnioski.
A był mecz, który od początku do końca się panu podobał?
– Nie było meczu idealnego i nie wiem, czy chciałbym, żebyśmy taki kiedyś zagrali. Natomiast wiele meczów sprawiło mi niesamowitą frajdę. Z wielu rzeczy byłem podczas spotkań dumny. Wygranie u siebie z mistrzem Polski, będąc beniaminkiem, jest naprawdę dużym wydarzeniem. Jednak każdy mecz przynosi wiele satysfakcji, bo wróciliśmy do ekstraklasy po 19 latach. GieKSa za tym tęskniła. Wiemy, jak trudno było do niej awansować. Pamiętamy, jak wiele klub przeszedł, żeby w końcu zagrać w elicie. Sam byłem w GKS-ie trenerem na trzecim poziomie rozgrywkowym. Teraz każdy moment w ekstraklasie jest nagrodą i trzeba to doceniać. Wynikowo szło nam raz lepiej, raz gorzej, ale z tego, w jaki sposób drużyna gra, jestem bardzo zadowolony.
Wkroczyliśmy w świąteczny nastrój, więc czego kibice mogą życzyć GKS-owi w nadchodzącym roku?
– Rozpoczniemy nową historię na nowym stadionie. Życzę sobie tego, żeby GieKSa się tam zadomowiła i żeby świetnie reprezentowała Katowice w nowym domu. Życzę tego, żeby zawsze na trybunach był komplet publiczności, żeby ekstraklasa w Katowicach pozostała na długie lata. Wszystkim natomiast należy życzyć zdrowia. Rozstanie z tak wielką postacią, jaką był Jasiu Furtok, daje do myślenia. Życie jest krótkie i kruche. Zdrowie jest najważniejsze i wszystkim, nie tylko związanym z GieKSą, tego życzę.
Rozmawiał Kacper Janoszka
