W oczekiwaniu na czwartek

Częstochowianie w miniony weekend odpoczywali od ekstraklasy, ale złośliwością byłoby napisać, że się nudzili. W klubie głowią się, jak ograć na wyjeździe Maccabi Hajfa.

Jonatanowi Brunesowi chyba coraz mniej podoba się w Częstochowie. Fot. Grzegorz Misiak/PressFocus

Na pierwszy rzut oka Raków jest w bardzo niekorzystnej sytuacji. Porażka 0:1 w pierwszym meczu u siebie raczej nie stawia ich w roli faworyta do awansu. Szukając optymizmu, trzeba jednak stwierdzić, że to rodzaj tej rywalizacji, gdy wynik był gorszy od gry. Wicemistrz Polski długimi fragmentami zdecydowanie dominował nad ekipą z Izraela i tylko nieskuteczność w polu karnym rywala przesądziła o przegranej. Mówiąc najprościej - zabrakło bramkostrzelnego napastnika.

Co dolega Brunesowi?

W tym miejscu dochodzimy do najważniejszego pytania, jakie od kilku dni zadają sobie wszyscy w klubie oraz fani Rakowa: czy w rewanżu wystąpi Jonatan Brunes i co tak naprawdę stało za jego tajemniczą absencją w pierwszym spotkaniu? W kontuzję mięśniową za bardzo nikt nie chce wierzyć i nawet jeśli spiskowe teorie o zabronieniu przez Marka Papszuna wzniesieniu toastu bezalkoholowym szampanem (Norweg w dniu pierwszego meczu z Maccabi obchodził urodziny), a w efekcie obrażeniu się piłkarza też można potraktować z przymrużeniem oka, to już fakt, że obu dżentelmenom od jakiegoś czasu nie jest po drodze, nie jest raczej wielką sensacją. A już na pewno Brunesowi nie jest po drodze z pozostaniem w Częstochowie. Norweg od dawna zaczyna stroić fochy, a sytuacja spotęgowała się w momencie odejścia do Nowego Jorku Gustava Berggrena. Obaj zawodnicy się przyjaźnili, spędzali ze sobą dużo czasu poza boiskiem, polubiły się również ich partnerki. Nie można wykluczyć, że kuzyn Erlinga Haalanda jest tak bardzo zdeterminowany do opuszczenia miasta świętej wieży, że posunął się do symulowania kontuzji. Jeśli okazałoby się to prawdą, konsekwencje mogą okazać się dla niego opłakane. Z wielomiesięcznym zesłaniem do czwartoligowych rezerw włącznie.

Zostawiając już zupełnie na boku kwestię powodów, z jakich zabrakło Brunesa w pierwszym meczu, z naszych informacji wynika, że w czwartek ma być do dyspozycji Papszuna. Norweg pojawił się na poniedziałkowym treningu i raczej nic nie powinno mu przeszkodzić w występie. Przynajmniej od strony stricte sportowej.

Napięcie rośnie

Cierpliwość Michała Świerczewskiego od lat wystawiana jest na ciężkie próby, dotychczas przede wszystkim przez władze miasta, które sprawiają wrażenie jak by za punkt honoru postawiły sobie niewybudowanie stadionu. W ostatnim czasie barometr nastrojów właściciela Rakowa waha się jednak przede wszystkim za sprawą kwestii sportowych. Nie jest żadną tajemnicą, że już przegrane na ostatniej prostej mistrzostwo Polski wywołało u niego poczucie ogromnego rozczarowania, po którym długo zastanawiał się, czy rażąco nie zmniejszyć finansowania na drużynę piłkarską. Ostatecznie postawił wszystko na jedną kartę, Raków znów szalał na rynku transferowym, ale efekty na razie są mizerne. O ile straty punktów w lidze można przeboleć i przede wszystkim odrobić w późniejszej fazie, o tyle odpadnięcie z Maccabi Hajfa na etapie 3. rundy eliminacji Ligi Konferencji zostanie odczytane jako klęska mogąca mieć trudne do przewidzenia konsekwencje. Finansowo będzie oznaczać konieczność wytransferowania co najmniej jednego z najdroższych zawodników i kolejnej pożyczki właścicielskiej, a tego Świerczewski chce uniknąć.

Nawet jeśli ewentualne odpadnięcie w największym stopniu obciążałoby Papszuna, jego dymisja raczej nie będzie brana pod uwagę. Oznaczałaby bowiem prawdziwą rewolucję przy Limanowskiego, a co jeszcze istotniejsze - konieczność przyznania się do błędu przez właściciela. Do tego w Rakowie raczej nie przywykli.

Mariusz Rajek